sobota, 1 kwietnia 2017

Przygotowania do ćwierćmaratonu - pamiętniki



Cel: wziąć udział w ćwierćmaratonie (10km) i biec szybko.

Cel postawiony. Dziś jest 13 stycznia, a bieg odbędzie się 25 marca. Pozostało mi zatem jeszcze trochę czasu na trening.

Problem: biegacz ze mnie żaden 😓. Może nie do końca, bo wolnym tempem mogę biec chyba bez końca. Jak się jest upartym jak osioł, to łatwo się zmusić do wytrzymałości. Ale tutaj celem nie jest wytrzymać; tu celem jest biec szybko. Nigdy nie uczestniczyłam w maratonie, ani nie biegłam w grupie, więc nie wiem do końca, jak to będzie. Ale jakoś będzie...

Mam wrażenie, że wielu osobom podobały się pamiętniki z odrastania włosów, więc postanowiłam i tą przygodę udokumentować w formie pamiętników.

Miesiąc pierwszy:

Tydzień I:

Miniony tydzień był pierwszym tygodniem treningów i dodatkowo musiałam zmierzyć się nie tylko z bieganiem, ale też z wieczorami w szkole 3 razy w tygodniu. Ponieważ moje zajęcia w poniedziałki, wtorki i czwartki trwały do 22:00, nie było szans, by w te dni cokolwiek robić. Niestety zwiększona liczba zajęć bardzo odbiła się na poziomie mojej energii (którą trzeba było też poświęcić na pracę, odrabianie zadań domowych, zajmowanie się domem, spotykanie ze znajomymi...). Na to zwalę niskie wyniki! ;) Mam nadzieję, że z czasem przyzwyczaję się do tego tempa zadań.

Tydzień II:

Do pomysłu biegania zagoniłam jeszcze 3 osoby (wliczając w to Sławka) i jedną z nich jest N., która choć dzielnie chodzi na siłownię i zajęcia fitnessu, nigdy nie biegała. Dzisiaj wysłała mi zdjęcie statystyk swojego pierwszego biegu. Poczułam się jak matka kwoka, która z dumą patrzy na swojego biegającego pisklaczka xD.

W środę i w piątek udało mi się poprawić moje wyniki, zaś w niedzielę poszliśmy trenować razem na stadion narodowy - ma trasę do biegania, która jest zadaszona.


Tydzień III:

Czasami kusi mnie, by publikować te "pamiętniki" co tydzień, ale myślę, że nie ma to sensu. Żyjemy w erze rzeczy dostępnych "instant" i przekonania, że wszystko można osiągnąć w kilka dni. Pod każdym pamiętnikiem miałabym masę "internetowych specjalistów", krytykujących wszystko co robię i zapewniających, że jedyny powód, dla którego w 3 dni nie osiągnęłam poziomu olimpijskiego sportowca, to że albo nie słucham ich rad... albo nie słucham ich wystarczająco intensywnie i na pewno "coś robię źle". Wiecie, o jaki "specjalistach" tu mówię... Ale wiem, że moje metody zadziałają i że osiągnę swój cel. Nie za pomocą jakiś "haków" czy innych "sekretów", tylko starą i zapomnianą metodą systematycznej pracy ;p.

W tym tygodniu świętowaliśmy Chiński Nowy Rok i musiałam trochę poprzestawiać zaplanowane biegi. Biegałam w środę i czwartek, zaś w niedzielę znowu poszliśmy na stadion. Warunki pogodowe nie dopisały, bo było okropnie duszno. Ale może to i dobrze - potrenować trochę swoją wytrzymałość w mniej sprzyjających warunkach pogodowych.


Miesiąc II


Tydzień IV:


W środę bieg poszedł mi na tyle dobrze, że zaczęłam się zastanawiać, jak dalej pracować nad bieganiem szybciej, ponieważ dotychczas moje tempo przy bieganiu szybko i bieganiu długodystansowo wyglądało drastycznie różnie, ale wraz z treningami, nawet biegając długo, zaczęło mi się udawać utrzymywać tempo.

W sobotę czułam się okropnie... znacie to uczucie, gdy "muli" Was cały dzień i boli głowa? Jednak bieg wieczorem poratował beznadziejny dzień. Dzięki temu poczułam, że coś jednak w ciągu dnia osiągnęłam. Kiedyś nie rozumiałam, co właściwie tak pociąga ludzi w bieganiu, ale chyba zaczyna to do mnie docierać.

W niedzielę znowu zorganizowaliśmy sobie wspólny bieg, ale tym razem po rezerwacie przyrody. Nie do końca wiedziałam, czy uda mi się pobiec, bo nie najlepsza forma z poprzedniego dnia przerodziła się w ból głowy i dwustronne oczyszczanie układu pokarmowego... nie ma to jak mieć okres i źle go znosić :P. Gdy biegamy wspólnie, nie biegamy szybko, więc mimo niedogodności zdecydowałam się na bieg. Nabiliśmy niewiele ponad 6km, ale N. robi genialne postępy.

Tydzień V: Zwątpienie

O entuzjazm łatwo na początku swojej przygody, ale gdzieś czułam, że pojawi się moment załamania. Nie każdy tydzień będzie przecież przynosił sukcesy! Jednak nie spodziewałam się, że problemy pojawiają się tak szybko. Moje wyniki nie tylko nie poprawiają się, ale w tym tygodniu musiałam zmierzyć się z realiami złej pogody, kiepskiego samopoczucia i stresu związanego ze szkołą i pracą.

W środę przyszło mi biegać w równikowej ulewie. Bieganie w deszczu w tropikach nie jest tym samym, co bieganie w deszczu w Polsce. Przede wszystkim dlatego, że deszcz tutaj nie przynosi obniżenia temperatury - dalej jest około 25-26 stopni, tyle tylko że z nieba lecą krople wielkości naboi. Ponieważ jest parno i gorąco, nie ma mowy o jakiejkolwiek ochronie przed deszczem. Pozostaje więc biegnięcie będąc przesiąkniętym do ostatniej nitki...

W piątek znowu dopadły mnie problemy żołądkowe, tak jakbym nie mogła pozbierać się po menstrualnym rozstroju z poprzedniego tygodnia. Nie, nie jestem w ciąży, miałam okres dokładnie tydzień wcześniej. Dziwne, że muszę to podkreślać, ale zawsze gdy choćby wspomnę o problemach układu pokarmowego, macico-patrol rusza całą parą 😒


W niedzielę poszliśmy znowu na stadion z zamiarem, że będziemy biegać równo godzinę. Ja w swoją godzinę nabiłam 9 kilometrów, Sławek ponad 11, zaś N. dzielnie wywalczyła 7. Dla N. to naprawdę duży wysiłek nagrodzony dobrym wynikiem, osiągnięty bez zatrzymania się ani razu. Ja po godzinie biegu czułam się odrobinę zmęczona, ale nie jakoś wyjątkowo... Bardziej trochę rozczarowana, że nie wiem, jak zmusić moje mięśnie do cięższej pracy.

Muszę coś zmienić, bo - na chwilę obecną - nic nie zapowiada, że nawet zbliżę się do swojego celu  😢

Tydzień VI: Zmiana strategii

Podłamana poprzednim tygodniem, w poniedziałek poszłam biegać około 11 wieczorem (niestety w poniedziałki mam szkołę do ~21:30). We wtorek nie było szans na trening, ponieważ zajęcia skończyły się równo o 22:00 i jeszcze musiałam wrócić do domu, a to zajmuje sporo czasu.

W środę chciałam spróbować coś innego - zmienić swój styl biegania i mocniej się odpychać podczas każdego kroku. Bardzo poprawia to moją szybkość, ale mięśnie i serce nie dają rady. Po 2 km, stwierdziłam, że dodatkowo wbiegnę kilka razy pod górę (mieszkam w bardzo pagórkowatej dzielnicy), co całkiem rozwaliło mięśnie z tyłu ud.

W piątek przebiegłam swoje standardowe 4km z najlepszym czasem, jaki udało mi się kiedykolwiek osiągnąć na tym odcinku... i dalej jest to zdecydowanie zbyt długi czas :(.

W niedzielę czułam się trochę tą sytuacją przybita... N. jest obecnie w Indiach na wakacjach, S. nie pojawił się na treningu (imprezowicz jeden!), więc na stadionie byłam tylko ja i Sławek. Nie umiałam jednak wczuć się w trening, strasznie stresowało mnie, że nie wiem, jak popchać się dalej, jak podkręcić wynik :(. Moja zawziętość w osiąganiu celów, zaczęła mnie zjadać od środka... Sławek zaproponował, byśmy spróbowali biegać interwały. Sławek jest dużo szybszy ode mnie i spokojnie mógłby sobie ćwiczyć beze mnie, ale zaoferował pomoc. Zrobiliśmy więc dwa okrążenia stadionu (około 900 metrów każde) biegając interwałowo - wybrane odcinki sprintem, resztę zwykłym biegiem. Myślałam, że zostawię płuca i serce na bieżni, ale po raz pierwszy poczułam, że jest jakiś postęp!

A post shared by Cukier (@azjatyckicukier) on


Wieczorem bardzo czułam, że takie bieganie rozgrzało mięśnie i musiałam ratowałać je rajstopami uciskowymi. Kolejnego dnia nie miałam zakwasów jako takich, ale mięśnie ud, brzucha i tricepsy były dość obolałe.

Tydzień VII:

Zachęcona sukcesami niedzielnych interwałów, w środę ruszyłam znowu dzielnie na stadion... ale trening się całkiem rozkraczył. Nie wiem, czy przyczyną był cały dzień pracy plus długie czekanie na przystanku autobusowym, czy za mało wypiłam w ciągu dnia, ale strasznie nękały mnie skurcze śródstopia :(. Zrobiłam kilka rund wokół stadionu i choć dawałam z siebie wszystko, czas był taki sobie... Potem dwa okrążenia interwałów, ale byłam w tak tragicznym stanie, że nie zawracałam sobie nawet głowy mierzeniem czasu.

W czwartek czułam się tak sytuacją zdołowana, że poszłam biegać po zajęciach wieczorem. Robiłam tylko interwały i ku mojemu zdziwieniu, udawało mi się na drobnych odcinkach biec nawet w tempie 4:30 (min/km). Niby nic wielkiego, ale dla mnie sama świadomość, że mogę fizycznie przebierać nogami na tyle szybko, by nabijać taki wynik, jest ogromnie ważna.

Piątek był takim sobie smętnym dniem, nie czułam się najlepiej i w pracy nie wszystko się potoczyło... więc na poprawę humoru poszłam pobiegać. Ponieważ nie czułam się dobrze, nie narzuciłam sobie żadnego tempa i jakoś samo z siebie wyszło 9km.

W sobotę zaś poszłam biegać ze Sławkiem po jednym z lokalnych parków, gdzie jest dostępna ścieżka do biegania, ciągnąca się przez ponad 20 km - nam wystarczyła połowa. Bieganie ze Sławkiem jest bardzo motywujące, ponieważ on biega średnio znacznie szybciej. Nawet kiedy dla mnie zwalnia tempo i tak po chwili biegnie odrobinę z przodu, a ja i moja chora ambicja go gonimy 😆. Niestety nie udało mi się utrzymać stałego biegu i kilka odcinków trzeba było przejść. Po około 8km wszystko mnie bolało, łącznie ze spodami stóp, ale nabiliśmy pełne 10 km.


W niedzielę nie biegałam, bo odsypiałam obolałe mięśnie.

Tydzień VIII:

Trener Sławek zarządził lżejsze bieganie, ale jak biegać powoli, gdy zaznało się radochy sprintowania? 😉 W poniedziałek wieczorem znowu więc trochę pobiegałam interwałowo. Niesamowitym jest biegać szybko - szybciej, niż się kiedykolwiek biegło i móc podtrzymać tempo przez około 300-400 metrów. Na razie niestety tylko na tyle starcza mi obecnie interwałowej "pary".

We wtorek znowu zachciało mi się biegać szybko... ale po raz pierwszy mój organizm zaprotestował. Już po około kilometrze sprintu (poprzedzonego około 2,5 km na rozgrzewkę) dopadła mnie tak bolesna kolka, jak nigdy. Nawet nie wiedziałam, że kolki mogą tak boleć! Na skali 1 do 10, dałabym jej z 7. Do tego ból kolana, który nagle zaczął się pojawiać nie tylko podczas biegu, ale też po przebudzeniu i siedzeniu przy biurku...

Środę i czwartek poświęciłam więc na odpoczynek. Zbiegło się to z kolejnym okresem; niestety, dla mnie bóle stawów to też często symptom towarzyszący menstruacji. Serio, jak kobiety profesjonalnie zajmujące się sportem radzą sobie z takimi sprawami? 😓 Pamiętam, jak w tym roku chińska atletka narzekała podczas olimpiady, że mogłaby płynąć szybciej, ale ma okres i jakoś nie do końca umiałam zaakceptować jej wypowiedzi. Ale teraz zaczynam rozumieć...


W piątek dopadła mnie bezsenna noc... po godzinach leżenia czekając na sen, stwierdziłam, że lepiej poszukać blogów i artykułów na temat biegania xD. Okazało się, że moja forma nie jest dobra. Zdecydowanie robiłam za długie kroki i lądowałam za bardzo na pięcie, co w rezultacie dawało intensywne uczucie zmęczenia.

W sobotę wieczorem zaczęłam biegać z metronomem, pikającym w częstotliwości 3 Hz. O ile bez problemu mogę utrzymać tempo kroków, moje odbicie jest trochę za słabe. Bieganie małymi krokami w bardziej wyprostowanej pozycji pozwala utrzymać szybkość bez intensywnego uczucia zmęczenia. Udało mi się jednak przebiec tylko trochę ponad 3 km zanim zaczęło mi się kręcić w głowie.

W niedziele poszliśmy znowu na stadion. N. wróciła z wakacji, więc Sławek trenował z nią osobno interwały, ja biegałam z S., który sprintuje wolniej niż ja, ale ma dużo lepszą wytrzymałość.  Plan jest taki, by spotkać się więcej razy w przyszłym tygodniu, ponieważ do maratonu zostało niewiele czasu. Co ciekawe, S. zaczął przebąkiwać coś o zapisaniu się na kolejny maraton 😁. Mam przeczucie, że to byłby dobry pomysł. Dużo pracy wkładam w przygotowanie do tego maratonu, ale co stanie się z motywacją, gdy nie będzie celu, by podtrzymać formę?


Miesiąc III



Tydzień IX

Samodzielnie biegałam w tym tygodniu we wtorek i środę, a w piątek biegaliśmy interwały na stadionie. Poszły naprawdę dobrze i myślę, że wszyscy w grupie byli zadowoleni z postępu.

Moje sprinty robią się naprawdę dobre, ale... po kilometrze potrzebuję przerwy. Zaczęły mnie też nękać kolki i intensywne skurcze śródstopia. 
A post shared by Cukier (@azjatyckicukier) on


W niedzielę spotkaliśmy się zaś na docelowy bieg 10 km dookoła stadionu. Kompletnie go zawaliłam... po raz kolejny ambicja zżarła mnie od środka. Bardzo chciałam nabić dobry czas, więc przez większość czasu biegłam sprintem, ale potem musiałam kawałek przejść. Ostatecznie wykończyłam się sprintami i nie udało mi się ukończyć 10 km. Cała ta sytuacja robi się dla mnie bardzo frustrująca :(. Nie byłam nawet zmęczona, problemem było wrażenie, że dosłownie zemdleję na bieżni. Nie rozumiem, czemu nie mogę biegać tak szybko, jakbym chciała.


Tydzień X


Po nieudanej niedzieli, w poniedziałek wieczorem postanowiłam zrewanżować się i pobiec koło 10 km. By się nie stresować tempem, wyłączyłam telefon i nie sprawdzałam tempa podczas biegu. Efekt? 8.58 km w tempie 6:30 min/km. Tragedia, nawet nie koło czasu, który sobie wymarzyłam... Chyba czas się poddać i po prostu pobiec jak najlepiej, zaś wymarzony czas odstawić na inny maraton.

Niestety muszę zanotować kolejny problem. Kolki i skurcze to już powoli standard, ale zauważyłam, że po dłuższych biegach zaczyna mnie strasznie mulić. Miałam już kilka przypadków, gdzie przez kilka godzin po biegu, wszystko co jadłam czy piłam, wywoływało wymioty i wygląda na to, że to dość typowy objaw, który inni biegacze też obserwują u siebie. Na co dzień prześladuje mnie choroba lokomocyjna, bo nawet ruszenie windy w górę, daje mi wrażenie, że żołądek mi się przesuwa. Bieganie oferuje dokładnie to samo wrażenie w małych dawkach przez długi czas, więc nic dziwnego, że pojawiają się problemy. Może bieganie nie jest jednak dla mnie...

W piątek spotkaliśmy się na mieście, by pobiegać trochę po trasie maratonu. Zaś w niedzielę N. zarządziła, że będziemy przez godzinę biegać dookoła stadionu. Udało mi się ukończyć 9.1 km w tempie 6:35 min/km... mizerne 13 sekund lepiej, niż gdy 12 lutego po raz pierwszy biegaliśmy godzinę po stadionie.

Tydzień XI

Tydzień maratonu! We wtorek zrobiłam samodzielne sprinty, zaś w środę poszliśmy odebrać koszulki i numery na maraton. Miało być przy okazji bieganie, ale zaczęło nas dopadać coś, co mogę jedynie opisać jako "zmęczenie materiału". Nikomu nie chciało się biegać, więc poszliśmy tylko razem na kolację.


Dzień BIEGU - moje pierwsze oficjalne 10 km

Nasz bieg odbywał się w ramach imprezy zwanej "OSIM Sundown Marathon" i cała idea jest taka, że odbywa się on późnym wieczorem. Po godzinie 20:00 zaczynały się biegi 5 km, kierowane głównie dla rodzin, dzieci i młodych biegaczy. Nasz bieg na 10 km rozpoczynał się o 21:35 i biegacze podzieleni byli na przynajmniej 3 fale. O północy startowali uczestnicy 42 km, zaś o 1:00 w nocy dołączali półmaratończycy. Łącznie... koło 30 tysięcy osób.

A post shared by Cukier (@azjatyckicukier) on


Na miejsce startu przybyliśmy około godziny 20:00 i niestety nie było szansy na rozgrzewkę... trzeba się było ustawić w kolejce. Udało się nam załapać do pierwszej fali i względnie z przodu wielotysięcznego tłumu... Przyznam, że moment startu był dość.. magiczny. Wspólne odliczanie, start, bieg w ciemność, w tłumie, emocje... Magia!

Pierwsze kilometry były dość trudne. Mimo, że zasada głosi, że osoby biegnące wolno powinny ustawić się po lewej stronie, wiele osób nie chciało się dostosować. Dwie paniusie (wyglądające na Europejki) uparły się, że będą biec koło siebie ramię w ramię i po prawej stronie - praktycznie zatkały cały tor i prawie spowodowały upadek sporej grupy, w której przyszło mi biec. Rozumiem, że można mieć swoje przyzwyczajenia, ale jeśli się na upartego chce robić po swojemu, to może lepiej zostać u siebie i nie pchać się na bieganie za granicą? 😤

Sławek i S. wystrzelili do przodu, N. zaś szybko została w tyle.

Pierwsze 5 km było dla mnie trudne głównie przez bieg w tłumie i ciągłe wyprzedzanie się z innymi. Przebiegnięcie pierwszej połowy maratonu zajęło mi 35 minut i nie było tyle trudne, co frustrujące. Ale po pierwszych kilometrach biegacze bardzo się przerzedzili, zaś trasa poprowadziła nas wzdłuż rzeki i parku. Kolejne kilometry minęły mi na biegu w ciszy i skupieniu. Organizatorzy maratonu zorganizowali ochotników, którzy stali przy trasie co około 500 m i zagrzewali nas do szybszego biegu, ale poza tym było cichutko... Zdecydowałam się nie zatrzymywać przy żadnej stacji z wodą i po prostu biec.

Druga część biegu minęła mi jak w transie... Otoczeni ciemnością z tłumem innych, zmęczonych, zasapanych, a jednak dających z siebie wszystko, biegaczy. Wybiegliśmy z parku na długą prostą, wzdłuż odgrodzonej dla nas drogi. Zaczęłam zostawiać w tyle tych, co na początku mnie wyprzedzili. Mnie też zaczęli wyprzedzać ci, którzy znaleźli w sobie determinację, by biec do samego końca.

Ostatnie 500 metrów składało się z długiego odcinka, który biegło się w prawie całkowitej ciemności. Ale nagle, za zakrętem drogi wyłoniła się meta i świecące na złoto cyfry: 01:08:03. Nagle zdałam sobie sprawę, że jeśli przyspieszę, przebiję metę, zanim ósemka zmieni się w dziewiątkę. Myślałam, że moje mięśnie eksplodują, ale jak najszybciej chciałam przekroczyć metę. Ku mojemu zdziwieniu, wiele osób, widząc metę, zwolniło swój bieg lub nawet zaczęło iść. Ja chciałam biec. Udało mi się zdążyć przed dziewiątką.

Za metą czekali na nas wolontariusze, zaopatrzeni w schłodzone puszki napojów sportowych i banany. To był najlepiej smakujący napój, jaki kiedykolwiek zdarzyło mi się pić! 😋. Ktoś wręczył mi medal, ktoś inny pokierował do wyjścia i zanim się obejrzałam, było po wszystkim.

W umówionym miejscu znalazłam Sławka, który swój bieg ukończył w 58 minut. Po czasie dołączył do nas S., który metę przekroczył w godzinę i 14 minut. Nawet nie wiem, w którym momencie udało mi się go wyprzedzić! S. nie był zadowolony ze swojego wyniku, bo zazwyczaj biega szybciej niż ja. Może mi się bardziej poszczęściło z wymijaniem tłumu. N. dołączyła do nas około pół godziny później.

Bieg dla N. był chyba najtrudniejszy, gdyż inni powolni biegacze wydawali się mieć najmniej dyscypliny, jeśli chodzi o wyprzedzanie się czy dbanie o przepustowość trasy. Ale dała radę i skończyła w całkiem przyzwoitym dla siebie czasie.

Zdecydowaliśmy się skoczyć do naszej ulubionej knajpy na sok i praty, by uczcić 3 miesiące wspólnych treningów. To na pewno nie nasz ostatni bieg.

Kilka myśli na zakończenie




Cała ta przygoda zaczęła się od przypadkowego pomysłu. Na początku myślałam, że będę biec tylko ja. Nawet nie wiem kiedy, ale jakoś tak wyszło, że nagle miałam biec z S., a Sławek zaoferował się, że się dołączy i jakoś namówiliśmy N., by mieć 4-osobową drużynę i móc się oficjalnie zarejestrować jako zespół.

Gdy zaczynaliśmy treningi, większość z nas ledwo umiała przebiec kilometr. Tydzień po tygodniu, trening po treningu, coś zaczęło z tego wychodzić. Wiele też wydarzyło się w te kilka miesięcy. Ja skończyłam pierwszą część swojego kursu komunikacji wizualnej, Sławek ukończył studia podyplomowe, N. się zaręczyła, a S. dostał fantastyczną ofertę pracy....

Sam bieg był niesamowitym doświadczeniem. Wyzwaniem samego siebie, postawieniem się dobrowolnie w sytuacji, gdzie nie musisz nic robić, ale chcesz i jesteś gotowa ścierpieć tą chwilową niewygodę... przypomina Ci to w jakiś dziwny sposób, by być wytrwałym nie tylko podczas biegu. Że ból i zmęczenie są nietrwałe.

Nieoczekiwanym elementem całej przygody było starcie się z problemem biegu w tłumie. Nie umiem wymyślić, jaka strategia byłaby najlepsza... Bo manewrowanie i szukanie sposobu, by wyprzedzać, jest bardzo energożerne... Czy lepiej biec wolno na początku i poczekać, aż tłum się rozciągnie i przerzedzi, czy lepiej zainwestować tą energię i wyprzedzać na początku? Trudno mi powiedzieć.

Kolejny bieg już w maju i prawdopodobnie jeszcze jeden gdzieś pod koniec roku. Myślę, że nie będę kontynuować tematów związanych z bieganiem, bo wiem, jak nudne są dla osób, które nie biegają ;). Ale ten pamiętnik zostawię tutaj, mając nadzieję, że może kogoś zachęci do spróbowania.

9 komentarzy:

  1. Hejka ! Myślę, że jednak kontynuowanie tych wpisów o bieganiu w formie takiego pamiętnika byłby bardzo dobrym pomysłem i na pewno z czasem przyciągnął by nowych czytelników do bloga^^ Mi cały wpis ogromnie się spodobał i z wielką przyjemnością go przeczytałam, tym bardziej, że także troszkę amatorsko biegam :P Gratuluje przebiegnięcia pierwszego maratonu! ♥ oraz Życzę kolejnych sportowych sukcesów ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Oh, Cukrze, uwielbiam Twoje dzienniki postępów; są dla mnie bardzo inspirujące. :) Może niedługo w końcu i ja uzbieram siły do wprowadzenia zmian do swojego życia? Przydałoby się! ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. proszę kontynuuj biegowe pamiętniki! naprawdę świetnie się je czyta!
    życzę świetnych sukcesów i nie poddawania się ;) (sama trochę biegam ale tylko po to by odgonić myśli całego dnia ;P)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja też uważam że kontynuowanie takich wpisów jest fajne (chyba fajniejsze od włosów ;)) a nie biegam i nie zanosi się bym zaczęła, (jestem zbyt leniwa oraz moja praca i tak wystarczająco męczy mnie fizycznie). A spodobał mi się ten wpis, ponieważ lubię patrzeć na sukcesy innych, niezależnie na jakiej płaszczyźnie, jakoś napawają mnie szczęściem i cieszę się razem z innymi :D więc z chęcią poczytam o twoim bieganiu, szczególnie jeżeli masz się w tym rozwijać! :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetnie się czyta takie motywujące wpisy! A z jakimi kontuzjami walczysz? Bo ja musiałam przerwać bieganie z powodu kontuzji://

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja byłabym zainteresowana przygotowywaniami, jeśli chciałabyś pobić swój rekord i przebiec ponad 10 kilometrów. Sama nie mogę biegać przez problemy ze stawami jednak opisy przygotowań, hart ducha i emocje motywują, żeby ruszyć się z łóżka i coś porobić :) Ja spróbuje poprawić pływanie! Ot jutra a co. Dzięki za wpis i powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  7. W 2015 uważałaś, że fitness to tylko biznes, bo pomimo treningów cardio Twoje "ciało było okrągłe i miękkie"... skoro więc fitness to zło, to jak to się stało, że zaczęłaś biegać? I dlaczego usunęłaś tamte wpisy na temat anty-diety i życia bez ćwiczeń z facebooka i bloga?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja opinia o biznesie fitness jest dalej negatywna. To całe s*ranie w banie o "endorfinkach" by wciskać ludziom DVD, karnety i wejściówki... Mierzenie sukcesu nie wzrostem sprawności, ale spadkiem wagi czy osiągnięciem konkretnej modyfikacji w wyglądzie. Budowanie dziwnej filozofii w oparciu o bycie "słabym", bo zachciało Ci się zjeść ciastko i je zjadłaś (oh jak śmiałaś!). Kłamanie w żywe oczy, że to czy inne ćwiczenie cokolwiek wyszczupli. Chwalenie się w mediach społecznościowych, kto się ile turlał po dywanie, bo nabył to czy inne DVD. Dla mnie to jest odrażające.

      Dlaczego zaczęłam biegać, jest jak wspominałam we wpisie, dłuższą historią, która zasługuje by być opowiedziana w całości. Uwzględnia pewną osobę, bez której wiele rzeczy, łącznie z blogiem Azjatycki Cukier, być może nigdy by się nie wydarzyły. Ale jest to historia, która jeszcze się nie skończyła, więc jeszcze nie nadszedł jej czas. Mogę jedynie powiedzieć, że nie miała ani krztyny związku z oczekiwaniem spadku wagi, czy osiągnięcia jakiegoś wyglądu czy samopoczucia.

      Bieganie nie wpłynęło w żaden sposób na moją wagę czy kształt ciała, czy ogólne samopoczucie. Bieganie jest w dużej mierze jak umiejętność, porównywalna do grania na instrumencie - im więcej praktykujesz, tym więcej będziesz w stanie wycisnąć z tej umiejętności. Bieganie to sport, który można praktykować po tak minimalnych kosztach (zwłaszcza w Singapurze, gdzie pogoda dopisuje cały rok), że ciężko mi znaleźć porównanie. Jeśli masz buty sportowe, możesz w dowolnej chwili iść pobiegać. Postęp liczy się w sekundach i kilometrach, nie utracie wagi czy osiągnięcie płaskiego brzucha czy okrągłego tyłka, jak to niestety jest w fitnessie. Biegając nie trzeba kupować DVD, zapisywać się na zajęcia czy mieć karnetu na siłownie.

      Pisałam też wielokrotnie dlaczego musiałam usunąc wpisy na temat anty-diety. Zawsze wiedziałam, że odchudzanie to mroczny świat, ale to, co ten temat przyciągną, przerosło moje najśmielsze oczekiwanie. Dziesiątki kobiet, których życie kręci się wokół kontrolowania siebie, czucia się winnym, bo coś zjadły; kobiet, głęboko przekonanych, że jak tylko schudną, ich życie będzie idealne, i że póki nie dręczą swojego ciała głodem i ćwiczeniami, nie osiągną szczęścia. Obojętnie ile podkreślałam, że diety, ćwiczenia i etos samokontroli - że to bzdura, tym bardziej przyciągałam osoby chcące się kontrolować, umartwiać i samo-gnębić. Tym ludziom nie da się pomóc, a moje próby przedstawienia alternatywnej rzeczywistości, tylko dolewały oliwy do ognia tego szaleństwa.

      Jeśli miałabym innej blogerce coś doradzić, polecałabym nigdy nie tykać się tematu odchudzania, ćwiczeń czy formowania ciała. Ja żałuję, że kiedykolwiek o tym mówiłam. Wątpię, bym kogokolwiek przekonała, by zastąpił dietę i fitness, normalnym, zrelaksowanym podejściem. Zamiast tego dostałam kilkanaście maili, gdzie kobiety na serio pytały, czy powinny jeść, kiedy nie są głodne (serio, jaka rozumna osoba rozważa scenariusz wpychania w siebie jedzenia, kiedy nie jest głodna?!) i czy dzięki temu schudną. Ten temat to szambo, którego lepiej nie tykać.

      Usuń
  8. Bardzo podobają mi się Twoje pamiętnikowe wpisy :)
    Od niedawna też biegam i było kilka momentów kryzysowych. Teraz dołączyła do mnie przyjaciółka i wzajemnie się motywujemy przesyłając sobie wyniki. Twój wpis napełnił mnie motywacją. Dziękuję i powodzenia! :D

    OdpowiedzUsuń

Komentarze pisane w celach promocji własnego bloga lub innych stron nie będą publikowane. Linki do relewantnych wpisów na blogach czy innych stronach są mile widziane. ale linki nie związane z tematem lub komentarze zawierające dopisany link do bloga nie będą publikowane.

Przedstawiane tutaj treści mają jedynie charakter informacyjny. Autor nie ponosi odpowiedzialności za działania czytelników, ani żadne konsekwencje wynikłe z zastosowania podanych tu pomysłów oraz technik. W razie wątpliwości skontaktuj się ze specjalistą.