czwartek, 23 października 2014

Etude House Play 101 wielofunkcyjne kredki - hit czy kit?


Rzadko recenzuję kolorówkę, bo choć uwielbiam koreańskie kosmetyki do pielęgnacji oraz kremy BB, kolorówka rzadko robi na mnie jakieś szczególne wrażenie.

Od razu zaznaczam, że o wielofunkcyjnych kredkach Etude nie mam wiele dobrego do powiedzenia. Pomysł jest zasadniczo dobry - zamiast inwestować w szminki, cienie, eyelinery, róże na policzki itp. firma Etude proponuje serię wielofunkcyjnych kredek, które można używać w dowolny sposób.


Jako promotorkę tego pomysłu zatrudniono Pony - gwiazdę stylizacji i makijażu.





Z kolekcji Play 101 nabyłam łącznie siedem kolorów - w tym jeden czarny, oraz cielisty (więc jego funkcja ogranicza się do bycia korektorem). Kredek nie trzeba temperować, co dla mnie jest ogromną zaletą, bo nie cierpię łamiących się w "strugaczce" rysików. Nie wiem, czy to kwestia wilgoci w Singapurze, ale wszystkie moje kredki łamią się okropnie (nawet trik z chłodzeniem w lodówce nie pomaga).



Rysik kredek jest miękki i żelowy, ale po nałożeniu zasycha i przylega do skóry. Zanim zaschnie można go delikatnie rozprowadzić, choć nie jest to produkt, który się ładnie rozciera. Kredki tworzą naprawdę trwały efekt i to ich największa zaleta.
Moja "kolekcja"

A wady? Jest ich sporo:
- Kredki mają być z natury wielofunkcyjne, ale nałożenie koloru na policzki czy powieki maleńką powierzchnią rysika jest bardzo czasochłonne! Dodatkowo, jak wspomniałam wcześniej, produkt słabo się rozciera, więc trzeba się nieźle napracować. Nie wspominając o fakcie, że takie rysowanie po powiece trochę jednak ciągnie skórę.
- Kredki są zdecydowanie zbyt suche, aby używać ich na usta! Nie wiem jakim cudem Pony się to udaje, ale u mnie żadna ilość baz pod spód ani kombinowania nie są w stanie tego zmienić.
- Kredki ze świetlistym wykończeniem (6 i 44), które posiadam, nie dają wyraźnego efektu i wydają się znikać szybciej niż pozostałe kolory.
- Kredki są relatywnie drogie - 6000 koreańskich wonów za sztukę.

Podsumowując... nie jestem przekonana. Kredki są trwałe i pomysł jest dość ekscytujący, ale sposób nakładania nie jest praktyczny. Na dodatek kredki po zastygnięciu na skórze są zbyt suche :(. Jedyna kredka, z jakiej jestem zadowolona, to kolor czarny - postawiłabym ją niedaleko Urban Decay 24/7 Glide On Pencil, choć ten drugi trzeba zastrugać.

Chyba najlepsze w całej kolekcji są pomysłowe makijaże Pony, ale można je odtworzyć bez użycia kredek. Nawet miałam plan zrobić sobie makijaż "Bad Girl" (mam do niego wszystkie odcienie), ale żal mi było dręczyć powiek złotą kredką i ryzykować kolejnej katastrofy na ustach, więc dałam sobie spokój.

Jakie jest Wasze zdanie na temat wielofunkcyjnych kosmetyków? Macie jakiś ulubieńców?


środa, 22 października 2014

Jak radzić sobie z trądzikiem i bliznami po trądziku - kosmetyki azjatyckie i co mają one do zaoferowania



Często kiedy poruszam kwestie problemowej cery (trądzik, zmarszki, itp.) "dostaje mi się", że nie mam prawa o tym mówić, bo nie mam takich problemów. Często nie mam, bo wiem, jak sobie z nimi radzić ;).

Dzisiaj chciałam opisać, jakie są moje sposoby na radzenie sobie z problemową cerą - pryszczami, zapaleniami i okazjonalnymi cystami trądzikowymi. Choć przyznaję, że jestem szczęściarzem, któremu poważne zapalenia zdarzają się bardzo rzadko, nie jestem wyjątkiem i też czasami zdarza mi się zmierzyć z gniewną cystą, głównie w rejonie brody.


Od razu zaznaczam, że poniższe rady i kosmetyki nie są kierowane do osób z poważnymi problemami natury trądzikowej - jeśli Twoja cera jest w bardzo złym stanie, lepiej skonsultować się najpierw ze specjalistą.

Dla mnie problem pryszczy i cyst ma głównie dwa komponenty: powolne gojenie się (zaczerwienienie, jątrzenie, łuszczenie), oraz pozostawianie przebarwienia w formie bordowo-szarawej plamki. Kiedyś te przebarwienia znikały w miesiąc, ale teraz, gdy bliżej mi do 30stki, te plamki potrafią utrzymywać się nawet 3-4 miesiące :(. To głównie walka z przebarwieniami potrądzikowymi zachęciła mnie do poszukiwań sposobów na radzenie sobie z tego typu problemami.

Jak oczyszczać cerę skłonną do trądziku?


Niektórzy z nas obdarzeni są cerą, która łatwo sama się "zapycha", ponieważ produkuje więcej keratyny i sebum, niż potrzebuje. Zapchane pory zakażają się i tworzą bolesne cysty. U niektórych osób przyczyny trądziku mogą być znacznie bardziej skomplikowane i te osoby zachęcam do skonsultowania się ze specjalistą.

Jak radzić sobie z takim problemem? Ja polecam oczyszczanie, polegające na delikatnym chemicznym złuszczaniu z użyciem kosmetyków z łagodnymi roztworami AHA lub retinolem, które rozpuszczają keratynowe wiązania i ułatwiają oczyszczanie porów. Nie jestem fanem głębokiego złuszczania, które jest tak modne w Polsce. Ale delikatne złuszczanie na co dzień - jak najbardziej! Łatwiej jest wtedy skórę dogłębnie oczyścić i odżywić.

Jakie kosmetyki polecam? Wymienię swoich ulubieńców, ale oczywiście nie znaczy to, że są to jedyne i słuszne kosmetyki! Ja używam właśnie tych i bardzo je lubię, ale jeśli znacie zamienniki, to oczywiście można ich używać. Nie znam polskiego rynku kosmetyków, więc nie jestem w stanie wskazać zamienników - ale zawsze podaję nazwę aktywnego składnika, więc można szukać na własną rękę zamienników z tym właśnie składnikiem.

Moim faworytem jest jest krem myjący "Tamagohada" z firmy Hada Labo. Jest bardzo delikatny, nie powoduje uczucia ściągnięcia czy wysuszenia, ale po kilku tygodniach używania znikają suche skórki oraz łatwiej doczyścić zapchane pory.

Okazjonalnie lubię też zrobić sobie miesięczną kurację serum z retinolem firmy Sidmool. Nie spodziewajcie się po tym serum mega-łuszczenia ani podrażnionej cery, ale z czasem cera staje się gładsza, czystsza i mniej pozapychana. Choć przez pierwsze tygodnie może być odrobinę ściągnięta.


Pryszcz, cysta, zapalenie - pierwsze dni są bardzo ważne!


Gdy dochodzi do zakażenia i na twarzy formuje się cysta lub pryszcz, nasze ciało uruchamia małą armię przeciwciał, by zwalczyła infekcję. Zanim jednak stan zostanie złagodzony, może minąć kilka dni (lub nawet tygodni), gdy infekcja sieje spustoszenie w skórze. To w tym momencie dochodzi do uformowania się przyszłej pigmentacji! Skóra nie jest w stanie rozpoznać, czy jest niszczona słońcem czy inwazją bakterii, więc uruchamia znany sobie mechanizm ochronny - produkcję melaniny.

Dlatego warto już w tym momencie zacząć działać. Krok pierwszy - ugasić stan zapalny. Jest masa kosmetyków, które obiecują cudowne efekty właśnie w tych pierwszych dniach, kiedy pryszcz czy cysta są gniewne, czerwone i bolesne, ale ja znam tylko jeden kosmetyk, o którym mogę powiedzieć, że działa (choć testowałam naprawdę sporo -_-). Jest to żel z firmy Mizon oparty na oleju z drzewa herbacianego. Nałożony na miejsce infekcji tworzy przezroczystą błonkę, która może nie wygląda dobrze, ale chroni zaognione miejsce. Ten żel jest GENIALNY i bardzo cieszę się, że znowu można go kupić (zniknął z oferty producenta na dobre kilka miesięcy). Można go stosować do odkażenia małych ranek, itp. Przynosi natychmiastową ulgę oraz pomaga przyspieszyć proces gojenia.


Inny kosmetyk to proszek z fasolki mung. Pisałam już o maseczce z fasolki mung i dalej upierać się będę, że to jeden z najlepszych naturalnych kosmetyków dla problemowej cery. Jeśli nie mam czasu na robienie maseczki, biorę szczyptę proszku ze zmielonej fasolki, rozrabiam z wodą na pastę i nakładam bezpośrednio w miejscu zapalenia.



Krok drugi - zapobieganie przebarwieniom.

Jak wspominałam, moment formowania się przebarwienia następuje już w pierwszych dniach zapalenia i jeśli nic nie zrobimy, nawet po zagojeniu ranki będziemy mieć przebarwienie, które zniknie dopiero po czasie.

Ogromnym sprzymierzeńcem w zapobieganiu przebarwieniom jest lukrecja, która nie tylko łagodzi stany zapalne, ale również blokuje pracę melanocytów, odpowiedzialnych za przebarwienia.

Lukrecja występuje w ogromnej ilości kosmetyków (przynajmniej azjatyckich ;)) właśnie przez swoje dobroczynne działanie. Ale ważnym jest, aby używać jej zanim pojawi się problem.

Moje ulubione kosmetyki z lukrecją to przede wszystkim maseczka ze sproszkowanej lukrecji. W Korei można kupić pakieciki sproszkowanych ziół i tak między innymi trafiła do mnie sproszkowana lukrecja. Niestety sama w sobie jest trochę zbyt "sucha" jako materiał na maseczkę, dlatego często mieszam ją z innymi ziółkami i proszkami (np. świetnie działa w duecie ze sproszkowanymi algami rozrobionymi z wodą i odrobiną kwasu hialuronowego).

A photo posted by Azjatycki Cukier (@azjatyckicukier) on

Jest też krem It's Skin z lukrecją, jeśli ktoś lubi tą serię.


Zwalczanie już istniejących przebarwień.

Jeśli borykamy się z już istniejącymi przebarwieniami, niestety sytuacja nie jest prosta i zapewniam Was, że lepiej zapobiegać niż leczyć jeśli chodzi o przebarwienia potrądzikowe. Jeśli przebarwienie powstało, oznacza to, że melanocyty w tym konkretnym miejscu są nadmiernie aktywne i odkładają do komórek naskórka dodatkową melaninę na poziomie skóry właściwej. Nawet jeśli uda się nam je uspokoić i tak minie kilka tygodni, zanim zrzucimy przebarwiony naskórek.

Warto też pamiętać, że proces regeneracji skóry zaczyna się dopiero około 3 tygodnie od momentu uszkodzenia skóry, zwłaszcza, jeśli mówimy o głębokich uszkodzeniach.

Co można robić? Na pewno zainwestować w kosmetyki z witaminą C, która przyspiesza proces wymiany naskórka. Krem z filtrami to konieczność! Można też spróbować głębszego złuszczania, ale trzeba być ostrożnym - źle przeprowadzone głębokie złuszczanie może skończyć się większą ilością pigmentacji niż przed złuszczaniem.

Z kosmetyków mogę polecić krem z chińskim yamem oraz wyciągiem z wydzieliny ślimaka z firmy Sidmool. Yam ma działanie regeneracyjne i ten krem bardzo mi pomógł, gdy moja skóra przechodziła przez trudniejszy okres. Firma Sidmool ma wiele interesujących kosmetyków, które można używać właśnie, gdy walczycie z już istniejącymi przebarwieniami, ale najbardziej do gustu przypadł mi właśnie ten krem.



Na tym etapie doskonale sprawdza się też... maseczka z kurkumy! :D Przyspiesza wymianę naskórka, łagodzi pozostałości przebarwień, i znamienniejsza ilość produkowanych w skórze pigmentów! Czy można chcieć więcej? ;) Może tylko, żeby tak nie barwiła ;p.

I jak zawsze przy okazji tego tematu muszę podkreślić - przebarwienia potrądzikowe to nie to samo co przebarwienia posłoneczne. Przebarwienia potrądzikowe są tymczasową reakcją na uszkodzenie skóry. Przebarwienia posłoneczne są TRWAŁE i nie da się ich łatwo pozbyć. Wiele genialnych kosmetyków, pomagających na nietrwałe przebarwienia, zbiera negatywne opinie, od osób, które próbują nimi zwalczyć przebarwienia posłoneczne, które wymagają innego podejścia!

Podsumowując...

Jestem pewna, że istnieje masa sposobów i "systemów" dbania o cerę problemową i mam nadzieję, że jeśli szukacie swojego idealnego sposobu, powyższy wpis was zainspiruje. 

Jeśli macie jakieś rady, jak radzić sobie z trudną cerą, zachęcam do zostawienia komentarza :D

środa, 8 października 2014

Kulturowe przywłaszczanie, czyli dlaczego nie powinnaś zakładać kimona?


Kulturowe przywłaszczenie to temat, który powinien się tu pojawić dawno temu, ale to grząski grunt i przyznam, że nie jestem pod żadnym względem specjalistą w temacie, ani nie mam szczególnie wyrobionego zdania... jestem jednak ciekawa, co Wy o tym myślicie.


Kulturowe przywłaszczenie (w wielkim skrócie) to bezrefleksyjne i pozbawione kontekstu adoptowanie elementów kultury innej grupy i zmienianie je w produkty kultury masowej. Ostatnio ten termin pojawia się głównie w odpowiedzi na wyczyny artystek jak Katy Perry czy Miley Cyrus, które śmiało czerpią z innych kultur i traktują je jak modne akcesoria.


"Twerking" w wykonaniu Miley jest przywłaszczeniem, ale w wykonaniu Niki nie jest?
 

Przykładów kulturowego przywłaszczania jest wiele: od dredów, "tribalowych" tatuaży, przywożony z wakacji sombrero, po choćby modne na festiwalach typu Coachella pióropusze.

Czy przywłaszczenie kulturowe jest z natury złe? Wiele osób upiera się, że tak. Przywłaszczenie trywializuje kulturę innej grupy, odcina symbolikę od jej korzeni, "komodytyzuje" dobra kulturowe i zmienia je w produkty masowej konsumpcji.

Ale z drugiej strony interakcja z elementami obcej kultury oswaja nas z innością, przedstawia nam ją, poszerza horyzonty i inspiruje. Sam fakt, że jesteśmy gotowi zrobić czy ubrać coś innego, nieznanego, nie do końca rozumianego, wyrywa nas z ram codzienności.


Warto tutaj zaznaczyć coś jeszcze - kulturowe przywłaszczenie nie jest zarezerwowane jedynie dla relacji obcy-obcy. Każdy akt traktowania kultury jako akcesorium może być interpretowany jako akt przywłaszczenia kulturowego, nawet w wykonaniu osoby, która się z owej kultury wywodzi.
 *
*
Jaka jest moja opinia? Szczerze mówiąc, mam mieszane uczucia. Żyję w azjatyckim kraju i fascynuje mnie azjatycka kultura piękna. Ale obojętnie jak dobrze poznam Azję, jak bardzo nauczę się mówić lokalnym slangiem i rozumieć lokalną symbolikę, zawsze czuję, że wobec obcej kultury powinniśmy się zachowywać jak goście - korzystać z tego, gdzie nas zaproszono, ale nie pchać się z butami tam, gdzie nas nie chcą.

Dlatego nie mówię singapurskim slangiem, nie znajdziecie u mnie w domu obrazów z chińską kaligrafią, ani nigdy nie złapiecie mnie na mieście w kimonie, sari czy innym tradycyjnym stroju obcej kultury (ale gdybym miała okazję wdziać typowy strój regionalny opolszczyzny - bardzo chętnie!).

Mam też mocno mieszane uczucia, widząc zachodnie dziewczyny w stylizacjach Gyaru/Ulzzang/Lolita... Nie chodzi mi tutaj o inspirowanie się tym stylem i noszenie go we własny sposób, tylko kopiowanie i ogłaszanie się kaukaską Lolitą/Ulzzangiem czy Gyaru... Po prostu coś mi w tym nie leży :X. Może dlatego, że znam zbyt dobrze kulturowe korzenie tych trendów?

Z drugiej strony, nigdy nie odpuszczam okazji, by poznać i obserwować życie innych. Nic nie pozwala tak poznać siebie, jak poznanie innych, którzy są... inni :). Dopiero to daje nam możliwość spojrzeć na siebie z nowej perspektywy.

Dla mnie poznawanie kultury piękna Azji zawsze jest źródłem inspiracji i kierunkiem w poszukiwaniach rozwiązań problemów i zaspokajaniu potrzeby, których moja własna kultura nie umiała zaspokoić. Ale zawsze czuję, że trzeba pozostać zdystansowanym....


Wiem, że wiele osób w moim życiu widzi "robienie się na Azjatkę" - podejrzewam, że głównie chodzi o noszone przeze mnie circle lens, które tradycyjnie kojarzone są z Azją Wschodnią. Tutaj chyba najlepiej widać problem kulturowego przywłaszczenia: ja noszę soczewki z tych samych powodów, dla których nosiła je choćby Kristen Stewart w filmie Zmierzch (czwarta cześć - przypatrzcie się w pierwszych częściach filmu), z tych samych powodów dla których nosiła je Samantha Ruth Prabhu w Anjaan - bo podoba mi się efekt jaki dają. Nie wiążę ich z Azją, tak jak nikt z Azją nie wiąże klapek zwanych "japonkami". Soczewki są modne w Azji - czy to znaczy, że każdy, komu się podobają, dokonuje kulturowego przywłaszczenia, mimo, że mówimy o czymś, co nie ma korzeni w innej kulturze czy tradycji? Hmmm....

"Polska" w anime "Hetalia: Axis Powers"
Myślę też, że my, Polacy, znamy temat kulturowego przywłaszczenia bardzo jednostronnie - o ile stykamy się z przywłaszczeniami z innych kultur, nasza kultura rzadko jest tematem przywłaszczenia. Ale zastanawiam się, jakbyśmy się czuli, gdyby np. Chińczycy przyjeżdżali do Polski, przebierali się w tradycyjne stroje i "bawili się" w bycie Słowianami....

Co myślicie o tym temacie? Czy przywłaszczenia kulturowe uważacie za coś dobrego, czy złego? Gdzie stawiacie granicę?


niedziela, 5 października 2014

Jak pozbyć się zmarszczek na czole? Prosty sposób na "lwią zmarszczkę" i poziome zmarszczki


Ostatnio bardzo dużo dostaję zapytań, czy jest jakiś sposób na pozbycie się zmarszczek na czole - część z was pyta o poziome "krechy", część zaś o "lwią zmarszczkę"/"11", czyli pionowe zmarszczki przy brwiach.

Jest na nie sposób, choć nie jest łatwo wytłumaczyć o co chodzi. Dlaczego? Ponieważ część osób ma zmarszczki, ponieważ ich skóra nie jest wystarczająco zadbana i niestety, póki ten problem nie zostanie rozwiązany, nie ma sensu sięgać po inne techniki.

Ale jeśli jesteście w sytuacji, gdzie wasza skóra jest zadbana, nawilżona i gruba, a zmarszczki na czole nie chcą zniknąć - mam dla was sposób :D. Prosty masaż, który można stosować, by rozprostować zmarszczki, jak również, by się ich pozbyć.



Kosmetyk, który polecam do masażu to serum firmy Sidmool - mojego koreańskiego ulubieńca, który produkuje całą masę naturalnych i pomysłowych kosmetyków, które nie są testowane na zwierzakach. Serum bogate jest w peptydy, które pogrubiają skórę, oraz ma też małą dawkę acetylhexapeptide, który delikatnie rozkurcza zmarszczki.


Wiem, że wiele osób próbowało pozbyć się "lwiej zmarszczki" za pomocą wypełniacza bez wstrzykiwania, ale wierzcie mi, rozkurczanie jest tutaj o wiele lepszym pomysłem.

Mam nadzieję, że dacie tej technice szansę :D 

czwartek, 11 września 2014

"Azjatycki sposób na rozstępy"? Brak.

Często pytacie mnie or rozstępy i czy jest na nie jakiś fantastyczny "azjatycki sposób" lub kosmetyk, który robi furorę na rynkach w Azji. Niestety jeśli chodzi o rozstępy, to takowych innowacji brak.

W przeciwieństwie do problemu cellulitu, który w Azji zwyczajnie nie jest aż tak demonizowany i brak na rynku popytu na produkty z nim związane, innowacji związanych z rozstępami brak, ponieważ na ten problem wcale nie łatwo znaleźć rozwiązanie.


Rozstępy to bliznowacenie skóry na jej głębszym poziomie - skóry właściwej, gdzie większość kremów nie dociera. Wiele osób zakłada, że rozstępy to efekt rozciągania się skóry, ale istnieją podejrzenia, że może to być raczej efekt błędnego działania naturalnie funkcjonujących w naszym ciele enzymów. Pod wpływem nierównowagi hormonalnej (ciąża, dorastanie, itp.) zaczynają one dziwnie działać i doprowadzają do zniszczenia na poziomie skóry właściwej. W uszkodzonych miejscach skóra nie odbudowuje się poprawnie, tylko na szybko tworzy zbite struktury kolagenu - czyli tkankę bliznowatą.

Żaden krem nie jest w stanie rozpuścić tkanki bliznowatej na tak głębokim poziomie i zastąpić ją odbudowaną strukturą skóry. Kremy mogą jedynie polepszyć wygląd cery, jej jędrność czy koloryt, ale cudów nie zdziałają. W Azji możecie znaleźć kremy z żeń-szeniem, które czasami oferowane są właśnie na rozstępy, ale te kremy po prostu ujędrniają i tyle. Tak samo jedynie ujędrnić może olejek z kamelii.

Z tego co wiem, pewną poprawę stanu rozstępów można uzyskać laserami typu "fractal" lub igłowaniem - poprzez niszczenie zbliznowaciałej tkanki można doprowadzić do odtworzenia poprawnych struktur skóry. Ale te zabiegi powinny być przeprowadzane ostrożnie i przez profesjonalistów (źle przeprowadzone doprowadzają do odtworzenia struktur skóry w postaci "wysp" wewnątrz rozstępów). Lepiej też nie liczyć na spektakularne i szybkie efekty.

Dużo też zależy od indywidualnych predyspozycji. Sama widzę po sobie, że prawie wszystkie moje blizny znikają samoistnie i ten sam los spotkał rozstępy, które zrobiły mi się w wieku dorastania. Z drugiej strony, znam osoby, u których nawet najmniejsza rana zmienia się w ciemną bliznę. W Azji też wiele osób ma predyspozycję do tworzenia blizn keloidowych...

Wiem, że wiele osób pała ogromną nienawiścią do swoich rozstępów, ale myślę, że warto się zastanowić, czy naprawdę ma to sens... Są rzeczy, na które możemy wpływać, ale pałanie niechęcią do czegoś, na co nie ma się wpływu, jest trochę jak pałanie nienawiścią do dziurki w nosie czy małego palca na stopie. Dla wielu z nas "paski" są częścią naszej historii - pamiątką okresu dorastania, czy okresu ciąży.

wtorek, 2 września 2014

Moja mangowa i j-popowa historia: jak to się zaczeło i dlaczego się skończyło ;)

Wiem, że wiele osób, które tutaj zaglądają, interesuje się mangą i anime, więc pozwolę sobie na autobiograficzną opowieść o tym, jak przebiegał mój romans z japońską kreską.

Jako dzieciak wiedziałam, że na kanale Polonia 1 lecą okazjonalnie bardzo dziwne i jednocześnie niesamowicie pięknie rysowane bajki. Ale niestety nie było dane mi ich oglądać - przy okazji wizyt u rodziny widziałam jeden czy dwa fragmenty "Generała Daimosa" czy "Czarodziejki Bii".


Pierwszym anime, jakie widziałam w całości, była "Czarodziejka z Księżyca". Wiedziałam też, że równocześnie w telewizji leciał "Kapitan Tsubasa", ale nie miałam okazji go oglądać. Choć uwielbiałam Czarodziejkę, nie zawsze się do tego przyznawałam xD

W zimowych miesiącach roku 1997 (miałam wtedy 13 lat), moja klasa została wybrana do przygotowania występu z okazji nadchodzących Świąt Bożonarodzeniowych. Spędzaliśmy masę czasu w szkolnym audytorium, często nudząc się przeokropnie. I wtedy, pewnego bardzo pamiętnego dnia, gdy siedziałam na ławce czekając, aż w końcu będziemy mogli pójść do domu, podeszła do mnie przyjaciółka, o której wiedziałam, że ogląda Kapitana Tsubasę i że jest wielkim fanem. Zapytała mnie, czy wiem, że Czarodziejka z Księżyca to anime i wręczyła mi kolorowe czasopismo. Był to czwarty numer kultowego "Kawaii".


Otworzyłam trochę na chybił-trafił i moim oczom ukazał się artykuł o "Gunsmith Cats" - mandze, słynącej z doskonale odwzorowanych rysunkowych broni, samochodów czy innych sprzętów. Choć zabrzmi to dość kolokwialnie, mój mózg eksplodował xD. Chciałam więcej!

W roku 1997 coś takiego jak "manga" czy "anime" nie do końca istniało w masowej świadomości. Może trochę... jako hentai ;p. Ale nie było możliwości kupienia czegokolwiek w sklepie, nie było wydawnictw i tłumaczeń. Nie były to czasy Internetu, więc nie było mowy, by coś sobie ściągnąć czy streamować. Moje hobby więc opierało się głównie na maniakalnym czytaniu "Kawaii".

W 1998 roku razem z dwoma przyjaciółkami zrzuciłyśmy się na zakup naszego pierwszego anime xD. Zamówiłyśmy kasetę VHS z anime "Dragon Half", trochę nie do końca wiedząc na co się dokładnie piszemy xD

Na szczęście rok 1998 nie był aż tak zły - powoli zaczął wykształcać się podziemny świat fanów, pojawiały się pierwsze konwenty, fanziny i oczywiście handel kasetami VHS. Miałam w domu 2 odtwarzacze video, które podłączyłam tak, by móc łatwo kopiować kasety i masowo kupowałam 3 godzinne puste VHSy, które zapełniałam czym popadnie. Za pomocą barterowych wymian udało mi się między innymi załapać na "Ghost in the Shell", kilka odcinków "NGE" oraz jeden z filmów Ranmy 1/2. Przy okazji konwentów przed rokiem 2000 udało mi się zobaczyć kilka odcinków "OMG", "Slam Dunk", itp.

Bardzo jednak chciałam mieć w rękach mangę - wtedy mało kto je wydawał i dostęp był niezwykle ograniczony. Ale w "Kawaii" pewnego razu pojawiła się oferta importowanych komiksów i tak stałam się posiadaczem 3 tomów mangi "Oh My Goddess"... w języku francuskim. Byłam tak zdeterminowana, by je przeczytać, że kupiłam słownik i siedziałam nad komiksami tłumacząc słowo po słowie. Po tym doświadczeniu została mi umiejętność rozumienia z grubsza prostych francuskich tekstów xD.

Koło roku 2000 sytuacja się poprawiła wraz z lepszym dostępem do Internetu. Gdy tylko w moim domu pojawiło się stałe łącze, praktycznie cały czas miałam włączony program Kaaza. Zamieniliśmy kasety VHS na CD/DVD, więc obiektem pożądania stała się wypalarka CD; lol.

Pamiętam, że oglądałam wiele anime i przeglądałam wiele mang, ale niewiele robiło na mnie wrażenie. Fandom był głównie zainteresowany tłumaczeniem i wypuszczaniem różnych wariacji gatunku ecchi, które może bawią przez pierwsze 20 minut, po których z kolei gagi i widok majtek robią się zwyczajnie zbyt płytkie i repetywne. Anime z tych czasów, które zrobiły na mnie wrażenie to "Kare Kano", "Serial Experiments Lain" oraz lżejsze "Azumanga Daiho". Jeśli była okazja oglądać cokolwiek Miyazakiego, to oczywiście zawsze korzystałam.


Kare Kano

Ponieważ ściąganie anime szło naprawdę powoli, a nie było alternatywy kupienia, z przyjaciółką umawiałyśmy się, która co ściągnie i wymieniałyśmy się ciągle CDkami. Przy któreś wymianie przyjaciółka podpowiedziała mi. bym zobaczyła teledysk, który znalazła, jeśli dobrze pamiętam, szukając piosenek z anime. Był to teledysk "Vanilla" w wykonaniu Gackt'a. I tak się zaczęła przygoda z j-popem.

Gackt był dla mnie ogromnym odkryciem. Przystojny, utalentowany, pracowity i niesamowicie "kakkoi", męski i kobiecy za razem. Spędziłam wiele miesięcy zapoznając się z jego twórczością. Gackt poza byciem muzykiem, słynął też swego czasu z dość specyficznego talentu komediowego. W jednym z krążących po sieci filmików prowadzi dziwną konwersację z 13sto letnią dziewczynką.



Dziewczynka wydawała mi się absolutnie prześmieszna i byłam pod wrażeniem jej pewności siebie i tego, jak sponiewierała biednego Gackta xD. Po nitce do kłębka trafiłam, szukając informacji o niej, na zespół Morning Musume, który stał się moim hobby na wiele, wiele lat.



Tak jak w przypadku Gackta, ogromne wrażenie robił na mnie gender-bending w wykonaniu Hitomi Yoshizawy. Jeśli znacie mnie lepiej, wiecie, że jestem feministką (jeśli ktoś nie rozumie co to znaczy, odsyłam TUTAJ) i wierzę, że wszystkim należą się jednakowe prawa i szanse - i że powinniśmy być oceniani przez pryzmat zasług, nie organów płciowych. Gackt i Yoshi byli moimi idolami - osobami ciężko pracującymi, jednocześnie nie spętanymi typowymi oczekiwaniami wobec wyglądu i twórczości.

Kiedy zainteresowałam się "Musumkami", przyznam, że moje zainteresowanie mangą i anime bardzo przygasło. Dalej czytałam mangi, zwłaszcza te, które były łatwiej dostępne (zwłaszcza, że koło roku 2005 pojawiło się coraz więcej dostępnych lokalnie wydań), ale mało którą byłam w stanie "zmęczyć" do końca. Jednym z ostatnich anime, jakie oglądałam, była "Nana" i jakoś po niej miałam dosyć anime... Nie, że "Nana" była zła - była naprawdę doskonałym anime, bardzo dramatycznym i pięknie wykonanym, ale pod koniec pojawiło się wrażenie pustki i niedosytu. Tak jakby wydarzenia w ramach serii były potrzaskiem, z którego główni bohaterowie nigdy się nie uwolnią.

Mój problem z anime polega na tym, że anime nie dorasta z widzami. O ile świat anime był dla mnie fascynujący w wieku 14 lat (zwłaszcza twory jak "NGE"), w wieku 24 lat miałam wrażenie, że czytam i oglądam ciągle tą samą historię. Mój ulubiony typ treści zawsze krąży koło relacji - niekoniecznie romantycznych, ale relacji międzyludzkich. Jako mężatka i osoba, która ma za sobą wiele lat bycia w związku, nie umiem odnaleźć się w historiach, gdzie przez 20 czy 100 odcinków ludzie schodzą się i na samym końcu dochodzą do wniosku: "ok, to teraz będziemy razem", kiedy z mojej perspektywy najciekawsze historie w ludzkim życiu zaczynają się po tym momencie i nie zawsze związane są z poszukiwaniem partnera życiowego.

Choć okazjonalnie zdarza mi się jeszcze zerknąć na anime ("Kimi ni Todoke" było całkiem przyzwoite, "Hataraku Maou-sama!" też nie złe, głównie przez zdające test Beshdel główne bohaterki, choć nie udało mi się wytrzymać do końca), to przyznam, że większość odrzuca mnie tym skupieniem na fazie "schodzenia" się w związku, ale mało które jest się w stanie przebić ponad pierwszy pocałunek i deklarację bycia parą. Wszystkie są o "żurawiowaniu i czaplowaniu" i z perspektyw osoby w moim wieku i w tym momencie życiowym, zwyczajnie nic nie umiem sobie znaleźć (ten sam zarzut kieruję również pod adres k-dram). I nie, "Honey&Clover" nie wychodzi ponad ten standard. A że anime detektywistyczne, akcji, wojny czy tragedie mnie absolutnie nie interesują, myślę, że moja przygoda z anime i mangą dobiegła końca. Choć była to fantastyczna przygoda! Pod wieloma względami.

Ze światem j-popu też straciłam kontakt. 10 lat temu była to alternatywa dla zachodniego popu, pełnego mega-seksownych blondynek. Dla mnie świat japońskich idolek, z ich pospolitymi rysami i nieidealnymi zębami wydawał się bardziej inkluzywny i przyjazny. Ale na chwile obecną j-pop, jak i k-pop stracił wiele z tej dziewczęcości i niewinności, zaś artyści-dinozaury pokroju Hamasaki czy Amuro nie robią nic nowego...

To tyle jeśli chodzi o moją historię :). A jaka jest Twoja?

czwartek, 21 sierpnia 2014

Cała prawda o starzeniu twarzy - zapomnij o zmarszczkach, tu chodzi o coś innego!


Kiedy zaczynałam moją przygodę z przeciwdziałaniem starzeniu, myślałam, że starzenie to zmarszczki, a zmarszczki są problemem skóry. Nie jest wcale trudno dojść do takich wniosków - wszyscy wiemy, że z wiekiem skóra traci elastyczność, więc naturalnie odbija się to na tym, jak wygląda i jak się zagina.

Im więcej jednak czytam w temacie, im więcej źródeł przeglądam, tym bardziej dochodzę do wniosku, że zmarszczki to tylko maleńki komponent całego procesu, jednocześnie bardzo fetyszyzowany - są tysiące kremów na zmarszczki, zabiegów w salonach kosmetycznych, maseczek, serum, lotionów... i one wszystkie dbają o skórę, co do tego nie mam wątpliwości. Ale ile zadbana skóra ma wspólnego z oznakami starzenia?

Większość z nas bez większego problemu rozpoznaje wiek osoby i wbrew pozorom nie opiera się to na liczeniu zmarszczek. Są młode osoby ze zmarszczkami na czole czy pod oczami i jakoś bez problemu widzimy, że osoba jest młoda. Co więc wpływa na ocenę wieku twarzy? Jej kształt.


Z wiekiem zachodzą subtelne zmiany nie tylko w samej skórze, ale też strukturze kości, mięśni i tkanki tłuszczowej. Bez ich zrozumienia można bez końca inwestować w kremy i zabiegi, ale efektem będzie tylko ładna skóra. Dla osób, które chciałyby lepiej zrozumieć jakie zmiany zachodzą na twarzy z czasem, jest dzisiejszy wpis.

Zmiany w tkance mięśniowej

Mięśnie twarzy są wyjątkowe i różnią się od mięśni w innych partiach naszego ciała. Mięśnie twarzy są przyczepione do skóry i do siebie nawzajem, pozwalając nam na wyrażanie się poprzez bogatą mimikę twarzy. Mięśnie te są też wyjątkowe, ponieważ kurczą się niezależnie od siebie - nie mamy na twarzy tandemów jak biceps i triceps, gdzie jeden nie może być skurczony, jeśli drugi jest skurczony. Wszystkie mięśnie na naszej twarzy działają niezależnie od siebie.

Twarze, które wyglądają młodo, mają korzystnie rozwinięte mięśnie twarzy - mięśnie, które kurczą się i rozkurczają bez problemu, są symetrycznie rozwinięte i naturalnie silne. Z wiekiem jednak dochodzi do osłabienia tych mięśni oraz ich asymetrycznego rozwinięcia (głównie przez złe nawyki mimiczne - np. "uśmieszek" na jedną stronę, podnoszenie jednej brwi, itp.).

Jak symetryczne są mięśnie Twojej twarzy? Czy potrafisz podnieść każdą z brwi osobno? Mrugnąć każdym okiem osobno bez angażowania mięśni policzka? Czy potrafisz zrobić pół-uśmiech z każdej strony? Czy, gdy się uśmiechasz, kąciki ust są na tym samym poziomie?

Efekty degeneracji mięśni twarzy:

- Pionowe zmarszczki na czole - tak zwane "11" są efektem trwałego zaciśnięcia mięśni. Stają się one zbyt słabe, by się naturalnie rozkurczyć.
- Opadanie brwi - mięśnie okalające oko zaciskają się trwale i "ciągną" w dół doczepiony do nich mięsień czoła.
- Poziome zmarszczki na czole - pionowe mięśnie czoła służą nam głównie do unoszenia brwi, zaś mięśnie oczu służą do ich obniżania (corrugator supercilii i depressor supercilii). Gdy dochodzi do degradacji mięśni oka, czoło zostaje trwale naciągnięte w dół, ale mięśnie czoła nie tracą zdolności napinania się. W efekcie na czole robi się "za dużo" skóry i mięśnia, który staje się coraz słabszy i zaciśnięty.
- "Kurze łapki" - mięśnie przy oczach są zbyt słabe, by się naturalnie kurczyć i rozkurczać, więc pozostają zaciśnięte, nawet gdy twarz jest w spoczynku.
- Opadające policzki - w przeciwieństwie do grup wymienionych wcześniej, mięśnie policzków naciągają się i tracą kurczliwość. Stają się dłuższe i słabsze. Objawy naciągnięcia mięśni policzków to opadające kąciki ust, wydłużająca się rynienka nosowa, "zwisające" policzki. Gdy jesteśmy młodzi, uśmiech podciąga górną wargę tak, że odsłania ona sporo naszych górnych zębów. Z czasem uśmiech staje się coraz niżej "zawieszony", aż w końcowej fazie nie widać w ogóle górnych zębów, a głównie w uśmiechu odsłaniają się dolne.

Zmiany w tkance tłuszczowej 

Kształt twarzy jest w ogromnej mierze definiowany właśnie przez rozmieszczenie poduszeczek tłuszczu w twarzy - mamy ich całkiem sporo i delikatnie się od siebie różnią. Przegrody podskórnego tłuszczu ulokowane są na czole, skroniach, nad i pod oczami, aż 3 różne poduszeczki składają się na policzek, można znaleźć osobne przegrody w tkance ust, brodzie, jak i osobne poduszeczki w głębszych strukturach twarzy. W zależności od lokacji, sposób w jaki są zbudowane, owe poduszeczki oraz ich funkcje są różne. Ale za ich jakość i lokację odpowiada tkanka łączna oraz kolagen, które - jak wiadomo - ulegają osłabieniu z wiekiem.



W czasie naszego życia owe przegrody tłuszczowe ulegają znacznym zmianom - zaczynają się przesuwać, ciążyć, zmniejszać się. To właśnie migracja tłuszczu w dużej mierze odpowiada za oznaki starzenia, które łatwo rozpoznajemy:

- Poszerzająca się żuchwa i nieregularna linia żuchwy
- Spłaszczony policzek
- Wybrzuszenie nad linią oczodołu
- Zapadająca się lub marszcząca górna powieka
- Zmarszczka nosowo-ustna
- Zapadnięta skroń
- Zmniejszone usta

Zmiany w tkance kostnej


Te zachodzą relatywnie wolno, choć przyspieszają w okresie menopauzy. Kości czaszki zmieniają z czasem kształt - nie wiadomo do końca dlaczego, ale jest to znany i potwierdzony fakt. Kości policzkowe tracą swoją masę i przez to oczodół zaczyna się rozciągać w dół. Żuchwa też wyciąga się delikatnie w dół, tworząc efekt bardziej pociągłej twarzy.

Skóra

Zmarszczki to nie jedyny objaw starzenia się skóry. Można nie mieć ani jednej zmarszczki, a i tak mieć skórę, która bez problemu zdradza wiek. W dużej mierze stan skóry rozpoznajemy po tym, jak "pracuje" na twarzy. Czy kiedy osoba mówi, skóra marszczy się w przeróżne sposoby? Czy gdy się uśmiecha, na policzkach pojawia się grupa pionowych linii? Czy przy uśmiechu przy kącikach oczu tworzą się pojedyncze linie, czy plejada "kurzych łapek" ciągnących się aż do skroni?

Z wiekiem zmienia się też kolor cery - oznaką młodości jest dobrze ukrwiona, zaróżowiona cera. Większość osób z wiekiem utraci rumieniec na policzkach (cała twarz może dalej się czerwienić, ale bez koncentrowania się w policzkach).  Z wiekiem skóra staje się gorzej ukrwiona (a jeśli ktoś pali, to ten proces jest BARDZO przyspieszony), z drugiej strony jest cieńsza, więc może nabrać bardziej ziemistego, sinego koloru.

Ponieważ skóra staje się cieńsza, bardzo szybko traci naturalny blask - nie będzie ona wystarczającej grubości, by "chwycić" światło.

By to wszystko zebrać razem, prawdziwe oznaki starzenia to:

Objawy starzenia: poszerzająca się żuchwa, obniżony uśmiech, wydłużona rynienka nosowa

  • Zmiany w linii żuchwy i jej poszerzenie - dolna połowa twarzy staje się "cięższa"
  • Wydłużająca się rynienka nosowa
  • Opadające kąciki ust
  • Obniżenie uśmiechu (nie widać dziąseł) oraz nagromadzenie asymetrii
  • Zawijająca się do środka górna warga
  • Spłaszczający się policzek i kość policzkowa
  • Pojawienie się pod wpływem ciążenia policzka zmarszczki nosowo ustnej (zwanej "od uśmiechania")
Powiększające się worki pod oczami, delikatnie opadające powieki oraz ich załamanie, obniżone brwi.
  • Worki pod oczami stają się lepiej zarysowane, obniżone oraz pojawiaj się ich zewnętrzny kontur
  • Zapadnięcie na linii oczodołu ("dolina łez")
  • Zmarszczki na czole oraz "kurze łapki"
  • Obniżanie się górnej powieki oraz linii brwi - tęczówka mocniej przykryta powieką
  • Zagięcie powieki staje się mniej poziome - zaczyna mocniej zaginać się w dół
  • "Zaokrąglanie" dolnej powieki - oczy stają się okrąglejsze, zaś wewnętrzna linia dolnej powieki 
  • Opadający koniuszek nosa

Zmiany te mogą pojawiać się w dowolnych kombinacjach - dużo zależy od anatomii twarzy.


Podsumowując

Proces starzenia twarzy to nie tylko zmarszczki... To cała masa różnych zmian, zachodzących pod skórą. Intuicyjnie znamy te zmiany, dostrzegamy je podświadomie. Jednocześnie przemysł kosmetyczny całkowicie zagłusza te informacje i przekierowuje naszą uwagę jedynie na zmarszczki i skórę.

Ale to nie jest tak, że to zmiany i procesy nie są znane - intensywnie studiują je lekarze chirurgii plastycznej i jeśli chcecie szukać materiałów w tym temacie, warto przejrzeć czasopisma naukowe dla chirurgów plastycznych.

Ale co można z tymi zmianami robić? Na wszystko są sposoby - od masaży, przez ćwiczenia, czy ciekawe gadżety. Oczywiście wszystko, co robimy, by wpływać na zmiany na twarzy, będzie jedynie ograniczać ich postęp. W cyklu całego życia są one nieuniknione, choć mamy znaczny wpływ na tempo ich rozwoju.


Ale po co to?!

Jednym z powracających motywów, zawsze gdy mówię o przeciwdziałaniu starzeniu jest generalne kontestowanie istnienia samego tematu. "I tak się zestarzejesz", "Po co się przejmować", itd.. Gdy się jest młodym, każdy myśli, że się nigdy nie zestarzeje, a jeśli już, to nastąpi to w sposób łagodny i ładny. Proces starzenia twarzy jest tak naprawdę dość brutalny - wiele zmian pojawia się "z dnia na dzień" i nagle budzimy się z twarzą, której nie kojarzymy jako naszej własnej.

Czasami zmiany są pozytywne - niejedna z nas może być zadowolona z twarzy, która wygląda bardziej kobieco, szlachetnie. Ja sama wolę moje policzki z ostatnich lat, niż "chomicze" poliki, które dominowały na mojej twarzy przez większą część mojego życia.

Ale czasami zmiany są negatywne i ciężkie do zniesienia, n.p. worki pod oczami, "lecący" z jednej strony uśmiech, wyraźna zmarszczka "od uśmiechania", która wcale nie kojarzy się z uśmiechem. Wiele kobiet (mężczyzn z resztą też...), nagle dostrzegając te zmiany na swojej twarzy, wpada w panikę i nie jest to wcale pozytywne doświadczenie.

Mamy pewne wyobrażenie co do tego, jak wygląda nasza twarz - konfrontacja z galopującymi zmianami wcale nie jest łatwa. I tutaj moim zdaniem wchodzi przeciw-starzenie. Łagodne formy dbania o siebie, które pomagają zapanować nad zmianami i ich tempem. 

Ok, ale co dalej? Proces starzenia wyjaśniony, ale co dokładnie należy robić? Pytanie wcale nie takie proste. Nie ma jednej odpowiedzi, jednego kompletu kosmetyków, ani jednego sposobu. Wiele zależy od indywidualnych potrzeb. Nawet doradzenie kosmetyków jest trudne, bo każdy ma trochę inną cerę i trochę inne potrzeby. Choć najprościej zawrzeć przepis na anty-aging w zestawie: kosmetyki, gadżety, ćwiczenia i masaże.

---

Trochę nie wiem jak ten temat ugryźć - bo jest ogromny! Same ćwiczenia twarzy to temat rzeka, nie wspominając o kosmetykach, czy technikach masażu.... Jeśli chciałabym go tutaj naprawdę dobrze rozpracować, to mogłabym robić wpis o przeciw-starzeniu właściwie codziennie. Ale przy takiej ilości informacji forma tego bloga może nie być odpowiednia. Dlatego sama nie bardzo wiem, czy i jak rozwijać ten temat...


Przedstawiane tutaj treści mają jedynie charakter informacyjny. Autor nie ponosi odpowiedzialności za działania czytelników, ani żadne konsekwencje wynikłe z zastosowania podanych tu pomysłów oraz technik. W razie wątpliwości skontaktuj się ze specjalistą.

Posty, które moga Cie zainteresowac

Related Posts with Thumbnails