Dzisiaj czas na recenzję, którą obiecałam Wam baaaardzo dawno temu. Dlaczego zwlekałam? Ponieważ kosmetyk, o który chodzi, jest dostępny na
Azjatyckim Bazarze i czasami, kiedy zrobię recenzję jakiegoś kosmetyku, niektórym wydaje się, że zachwalam dlatego, że jest na Bazarze. Kochani, na Bazarze są kosmetyki, które testowałam na sobie i które mi się spodobały, i w które prawdziwie wierzę, nie na odwrót ;).
W każdym razie, czas na recenzję
Bio-Essence "Inchloss", kremu drastycznie ujędrniającego, którego można używać do odchudzania kłopotliwych lub "upartych" miejsc.
Jak większość kobiet, borykam się z wagą, ale nie jestem fanką wyglądania jak szkielet. Choć zalewacie mnie komplementami, kiedy moja waga schodzi do niebezpiecznie niskich numerów, ja wolę siebie w bardziej unormowanym przedziale. Ale.. niestety jest pewne ale. Moim problemem przez długi czas były uda całkowicie odporne na wszelkie zmiany wagi całego ciała.
Każdy ma takie miejsce na ciele - ramiona, uda, albo i podbródek, które nie zmieniają swojej masy, niezależnie ile schudniemy. Dla mnie takim regionem ciała były uda i było to niesamowicie kłopotliwe. Obojętnie jak bardzo chuda była moja sylwetka, moje uda traciły może 2cm... Dochodziło do sytuacji, gdzie kupowałam bluzki w rozmiarze 36, a spodnie 42, aby móc przepchać przez nogawki moje masywne uda... Oczywiście talia w takich ciuchach była za duża, i zebrana paskiem wyglądała jak pielucha :P Noszenie spódnic też dobrym pomysłem nie było, ponieważ uda o siebie ocierały...
Próbowałam w Polsce wielu kremów odchudzających, peelingów kawowych, wizyt na siłowni (które tylko sytuacje pogarszały, gdyż moje mięśnie tylko jeszcze bardziej poszerzały moje nogi) i chyba nie wierzyłam, że da się coś zdziałać. Krem Inchloss kupiłam bardziej z ciekawości, niż z wiary, że da radę, ale firma Bio-Essence jak zawsze nie zawiodła i pod kilkunastu tygodniach udało mi się stracić wystarczająco obwodu z ud, aby czuć się komfortowo i efekt okazał się w miarę trwały. W sumie zeszłam z 55cm obwodu (o zgrozo!) do 51-52cm, co wydaje mi się bardziej dopasowane do mojej sylwetki. Do tego wyniku schodziłam kilkanaście tygodni, bo nie jestem wstanie używać kremu dłużej niż kilka dni... ponieważ...
... ten krem to najbardziej bolesny kosmetyk z jakim zdarzyło mi się zetknąć! Pali żywym ogniem, który jest niesamowicie nieprzyjemny! Co najdziwniejsze, tego kremu nie da się zmyć, ani zetrzeć. Zaraz po nałożeniu wnika w skórę zaczyna się "palenie", które może pojawiać się po jednej aplikacji i trwać ponad 2 dni.
Zaraz po nałożeniu nie czuje się nic, co zachęca do nakładania kolejnej warstwy kremu. Po kilku minutach pojawia się lodowate mrowienie, a potem uderza nas fala ognia. Jest to uczucie tak intensywne, że czasami nie da się usiedzieć. Potrafi w nocy obudzić! Na szczęście trwa tylko koło 10 minut, po czym przechodzi, aby powrócić po około 20 minutach, na kolejną sesję palenia.
Dla mnie największym problemem jest "przyczepność" tego kremu. Po nałożeniu rano i całym dniu wielokrotnego mycia rąk i tak przy wieczornym ściąganiu soczewek, nie raz zdarzyło mi się podrażnić oczy resztkami kremu, który pozostał na moich palcach po porannym użyciu. Nie wiem, jakim cudem to draństwo jest tak trwałe!
Ale, mimo tego, jest to jedyny kosmetyk tego typu, o którym mogę powiedzieć, że na mnie działa i choć samo używanie jest mega nieprzyjemne, to jednak efekty widać już po kilku dniach, a uporczywe fałdki maleją, skóra jest przyjemnie napięta, cellulit mniej widoczny. Krem najgorzej piecze na udach, ale jest całkiem znośny na brzuchu czy ramionach.
Dlaczego działa? Jak działa? Jak większość kremów ujędrniająco-odchudzających oparty jest na kofeinie, która zmienia metabolizm komórek tłuszczowych z "magazynowania" na "spalanie". Ale większość kremów nie ma tego, co ma Inchloss - specjalnego płynu amino-mineralnego, który potrafi niezbędnym składnikom pomóc wniknąć w głąb skóry. Ten płyn występuje w wielu produktach Bio-Essence i naprawdę potrafi zmienić percepcję tego, jak powinny działać kosmetyki ;).
Poza kofeiną i owym specjalnym płynem mineralnym, w Inchloss znajdziemy również wyciąg z papryki (którą podejrzewam za sprawcę uczucia palenia), ananasa, imbiru oraz żeń-szenia.
Czy polecam? Zdecydowanie! Zwłaszcza osobom, które są na diecie, ćwiczą, itp. i po prostu potrzebują sposobu na powiedzenie swojemu ciału gdzie tłuszcz ma znikać. Ale trzeba być gotowym na ból, zaczerwienienia i podrażnienia skóry, ataki "palenia" ;P To jeden z tych kosmetyków, które się kocha i nienawidzi za razem ;).
To tyle, jeśli chodzi o moją małą recenzję. Możecie też zajrzeć na recenzje innych:
PS. Co do pytań, czy ten krem nadaje się do twarzy... nie, zdecydowanie nie! Jest zbyt mocny! Jeśli interesuje was odchudzenie twarzy, polecam inne produkty Bio-Essence, jak choćby ich krem z ATP lub z pyłkiem sosny.