piątek, 15 lutego 2019

Jak z wiekiem zmienia się dolna połowa twarzy? #EstetykaMłodości

To kolejny wpis w ramach serii "Estetyka Młodości", gdzie szczegółowo analizujemy subtelne zmiany jakie zachodzą w wyglądzie twarzy wraz z upływem lat. Jest to seria przeznaczona nie tylko dla osób zainteresowanych zrozumieniem procesów starzenia, ale też dla artystów specjalizujących się w portretach.

Warto zwrócić uwagę, że rozpoznawanie wieku jest czymś, czego się uczymy - nie mamy wbudowanego systemu rozpoznawania wieku innych. W obecnych czasach, gdy większość celebrytów ma twarze potraktowane różnego rodzaju ingerencjami, powoli uczymy się rozpoznawać ich wiek polegając na innych szczegółach, które umykają owym ingerencjom.

Dzisiaj chciałabym przedstawić taki "szczegół", o którym rzadko się mówi, ale dzięki któremu łatwo odróżnić twarze młode od tych dojrzałych.

Kontur "S" ("Ogee Curve") i linia żuchwy


Twarz można podzielić na trzy części - górną, obejmującą czoło i oczy; środkową, która obejmuje nos i policzki, oraz dolną, która zaczyna się mniej więcej u podstawy nosa. Z wiekiem, dolna połowa twarzy rozszerza się:
Z pracy: "Predicting people's age from their facial image : a study based on the characterization and the analysis of the signs of a...." autorstwa Alex Nkengne
Subtelnym, ale łatwo zauważalnym objawem starzenia, jest delikatne rozpychanie się dolnej połowy twarzy, zwłaszcza poniżej poziomu ust.

Kontur "S" oraz kontur "C"
To przybieranie na objętości dolnej połowy twarzy wygląda trochę jakby policzki "odklejały się" od linii zębów, co jest kontr-intuicyjne, biorąc pod uwagę utratę masy "kości policzkowych". To zmiana, która pojawia się koło 30stego roku życia i jest bardzo łatwo zauważalna, zwłaszcza podczas uśmiechu:

Osoby młode w ujęciu 2/3 twarzy zwróconej w bok mają kontur, który można przyrównać do litery "S" - wystająca kość policzkowa, łagodne załamanie, którego największe wcięcie pojawia się mniej więcej pod poziomem linii ust, oraz wybrzuszenie brody. Broda i kontur żuchwy tworzą wrażenie trójkąta ("V-line"). U osób dojrzałych policzki stają się spłaszczone i często pojawia się pod nimi zapadnięcie, zaś na poziomie linii ust oraz pod nią pojawia się łagodne wybrzuszenie.

Zmiany są widczne również w linii żuchwy w ujęciu "od przodu". Osoby młode mają zazwyczaj bardzo gładką linię żuchwy:

Audrey Heburn

źródło
Jednak z wiekiem pojawiają się w niej różne wybrzuszenia i wgłębienia. U niektórych osób na linii żuchwy u niektórych osób tworzy się też charakterystyczne wgłębienie, zwane "prejowl sulcus", które podkreśla wyrazistość "chomicznych policzków", oraz sprawia wrażenie, że broda jest szersza i wyróżniona w konturze dolnej połowy twarzy. Natura tej zmiany nie jest dobrze rozumiana i o dziwo jest bardzo odporna na próby korekt. Ale gotowa jestem zwrócić uwagę, że dokładnie tam biegną naczynia krwionośne i limfatyczne, których lokacja często pokrywa się z "problemowymi" obszarami twarzy.


Nie każde wgłębienie na linii żuchwy jest automatycznie oznaką starzenia - wiele osób błędnie zakłada, że wrażenie, że twarz jest postarzona jest kwestią pojedynczego elementu, ale to nigdy tak nie działa. Dlatego np. nastolatka z "kurzymi łapkami" dalej wygląda na swój wiek. W przypadku zmian w linii żuchwy, jest to złożenie rozszerzania się brody oraz pojawienia się "chomiczych policzków" w tandemie, które powoduje, że wgięcie w linii żuchwy jest odczytywane jako oznaka starzenia.

Anatomiczna natura

Platysma, czyli mięsień szeroki szyki, to dość sporych rozmiarów płat mięśni, znajdujący się zaraz pod skórą szyi. Tradycyjnie zakłada się, że platysma kończy się na linii żuchwy, jednak badania w tym względzie pokazują, że włókienka mięśniowe platysmy ciągną się przez większość dolnej połowy twarzy i podchodzą aż pod kość policzkową, gdzie stapiają się z SMAS. Wiemy też z obserwacji naukowych, że platysma jest mięśniem nad-aktywnym i z czasem staje się nadmiernie zaciśnięta - prowadzi to do formacji charakterystycznych "zwojów" na szyi, ale ma też wpływ na twarz. Wraz z zaciskaniem się platysmy, ciągnie ona w dół zawieszoną na niej skórę i inne struktury, dlatego z wiekiem pojawia się drugi podbródek, "chomicze policzki" i ogólne złagodzenie konturu żuchwy.



Po lewej widać tradycyjne przedstawienie zasięgu platysmy, po prawej ilustracja jak daleko faktycznie sięga. (źródło: Defining the Facial Extent of the Platysma Muscle A Review of 71 Consecutive Facelifts Anil R. Shah, MD; David Rosenberg)

Ponieważ platysma jest komponentem policzków, nie dziwi ich zmiana z czasem. Są ciągnięte w dół przez nad-aktywne włókienka (źródło), co jest szczególnie widoczne na odcinku twarzy pomiędzy mięśniem żwacza, a mięśniami ciągnącymi kąciki ust w dół. To około 2-3 cm obszar w środkowej części żuchwy, gdzie skóra nie jest szczególnie zespojona z innymi mięśniami twarzy poza platysmą i jest bardzo podatna na obwisanie i tworzenie wrażenia "kieszonki".
"Kieszonka" - ten obszar zazwyczaj opada

Medycyna estetyczna nie rozumie dolnej połowy twarzy

Być może to brak świadomości w temacie prowadzi do zaniedbania tego aspektu ze strony profesjonalistów w świecie anti-agingu, być może ignorancja dyktowana jest brakiem możliwości "ostrzykiwania" drobnych włókienek platysmy w policzku. Co łatwo wypatrzeć nawet na bardzo "zrobionych twarzach" celebrytów, to fakt, że medycyna estetyczna w większości ignoruje problem rozrastającej się dolnej połowy twarzy.

Większość lekarzy medycyny estetycznej będzie po prostu ładować wypełniacze w okolice kości jarzmowej (zwanej potocznie policzkową) oraz w linię żuchwy, prowadząc do "rozrastania" się twarzy swoich klientek:
Młoda Kim Kardashian - pełne policzki, drobne zapadnięcie poniżej linii ust i mała broda w kształcie litery "V", dojrzała Kim - zapadnięty policzek pod kością policzkową nad poziomem ust i rozbudowana broda w kształcie litery "U". Podejrzewam, że ktoś użył na jej twarzy wypełniacza, by usunąć "prejowl sulcus" i w efekcie zafundował jej brodę w kształcie łopaty.

Jak ingerencja botoksem i kwasem hialuronowym zniszczyła twarz tej kobiety! Przed zabiegami ma zarysowane worki pod oczami, ale relatywnie młodzieńczy kontur twarzy. Po zabiegach jej twarz "spływa" z czaszki i o dziwo lekarze się tym chwalą jako sukcesem! (źródło)
Co mniej etyczni "specjaliści" proponują usuwanie "buccal fat", czyli poduszeczki tłuszczowej usadowionej mniej więcej na poziomie ust - ale o ile taki zabieg ma sens u osób, na których twarzach doszło do nienaturalnego przesunięcia lub rozrośnięcia tej struktury, o tyle na osobach o typowych twarzach, wydaje się to dawać efekt wychudzonej twarzy, która wydaje się ciążyć ku dołowi.

Jak naturalnie zadbać o ten obszar twarzy?


1. Ochrona przeciwsłoneczna by zapobiec degradacji skóry, naczyń krwionośnych i limfatycznych
2. Aplikacja produktu z acetylhaxapeptide lub innym powierzchniowym rozkurczaczem mięśni w ten konkretny obszar. Proponowałabym aplikację wzdłuż linii żuchwy, ale poniżej linii ust, by przypadkiem nie rozjuczyć zygomaticus major.
3. Masaż nr. 1 i 10 z książki "Chirurgia plastyczna w Twoich rękach"
4. Regularne rozciąganie platysmy prostymi technikami masażu:


Jeśli twarz jest konturowana makijażem, warto zwrócić uwagę, by nie podkreślać poszerzającej się brody ani "prejowl sulcus" poprzez stosowanie technik makijażu, które lepiej sprawdzają się na młodych twarzach.

W kolejnej części tej serii przyjrzymy się ustom 

czwartek, 24 stycznia 2019

Alternatywne i mało znane suplementy dla skóry (przeciwstarzenie, przebarwienia, elastyczność)

Na sieci nie brak artykułów zachwalających suplementy dla cery zawierające standardowe składniki, jak witamina A czy E. Czasami odrobinę ambitniejsze teksty polecą ekstrakt z drożdży czy skrzypu (bo tak się utarło?).

Ale dzisiaj chciałabym Wam przedstawić listę dość alternatywnych i mało znanych suplementów. Suplementacja to zawsze kontrowersyjny temat - czyż nie wystarczy zdrowo się odżywiać, by osiągnąć najlepsze efekty? Problem jednak polega na tym, że większość z nas ma w brew pozorom bardzo mały dzienny limit kalorii. Wiele z nas ma prace biurowe i mało okazji w ciągu dnia, by prawdziwie spalać ogromne ilości kalorii. Dlatego większość z nas zwyczajnie nie ma wystarczająco "miejsca" w diecie i żołądku, by spożywać dziennie ogromne ilości pożywnych pokarmów, jak pełnoziarniste zboża i orzechy. Pewne pokarmy, jak ryby, ze względu na skażenie środowiska, są z natury problematyczne.

Zanim przejdziemy dalej, chciałabym jednak wpisać kilka słów o przeciwutleniaczach. Przeciwutleniacze neutralizują wolne rodniki i może się wydawać, że powinniśmy konsumować jak najwięcej substancji o takim działaniu, jednak dowody naukowe w tym względzie bywają mieszane, zwłaszcza w odniesieniu do suplementów. Jeśli chodzi o cerę, suplementacja przeciwutleniaczami ma zazwyczaj pozytywne konsekwencje, ale w kontekście całego ciała ciężko jest jednoznacznie ocenić wpływ wyizolowanych przeciwutleniaczy. Niektóre przeciwutleniacze mają preferencyjne działanie - np. pycnogenol "przyczepia się" do włókien kolagenu i to je głównie chroni przed uszkodzeniem.

Jednak przed rozpoczęciem suplementacji zawsze warto skonsultować się z lekarzem specjalistą. 

__________________________________________________________________________________________________

1. Acetylocysteina, a.k.a N-Acetyl Cysteine (NAC) - koloryt i elastyczność


Naturalne źródła:  niełuskane zboża, soczewica, fasole, produkty mleczne
Co robi: działa jako przeciwutleniacz oraz zwiększa poziomy glutationu, jednego z najsilniejszych naturalnie występujących przeciwutleniaczy





Ogólnie suplementację NAC praktykują głównie osoby borykające się z różnymi formami ADD czy ADHD (ponieważ zwiększa poziom glutationu w mózgu, naturalnie łagodzi potencjalny stan zapalny), jak i fani tak zwanych Nootropików. Jednak NAC może być też bardzo interesujący dla praktykantek przeciw-starzenia. Ponieważ NAC jest przeciwutleniaczem, oraz zwiększa poziom glutationu w ciele, nie jest zaskakującym, że pojawiają się anegdoty o pozytywnym wpływie na koloryt i ogólny stan cery. W teorii można przyjmować czysty glutation bezpośrednio i jest wzrastająca ilość raportów potwierdzająca skuteczność suplementacji glutationem w zwalczaniu przebarwień. Czysty glutation bywa jednak bardzo drogi, zaś jego ilości w pokarmach są znikome.

Moje doświadczenia z NAC są bardzo dobre. Po kilku tygodniach regularnego zażywania 600 mg dziennie, cera jest widocznie rozjaśniona i mniej zaczerwieniona. Przebarwienia po drobnych wypryskach są mniej uporczywe i szybciej blakną. Gdy cera jest rozjaśniona i klarowna, inne elementy twarzy jak oczy, usta i brwi, wydają się naturalnie bardziej wyraziste.

To co przemawia na korzyść NAC to zdecydowanie lepsza cena od produktów z czystym glutationem. Wiele firm produkuje NAC w pigułkach i można go bez problemu zamówić z iherb.com .

2. Myo-inositol (Inozytol po polsku?) - nawilżenie skóry, włosy


Naturalne źródła:  owoce cytrusowe (zwłaszcza sok ze świeżego grejpfruta), fasole
Co robi: usprawnia pracę błon komórkowych, jak i uwrażliwia komórki na insulinę oraz reguluje gospodarkę hormonalną,

Substancja z grupy witaminy B (inositol jest  czasami nazywany witaminą B8, ale ponieważ jest również syntezowany w ciele... jest pseudowitaminą? ¯\_(ツ)_/¯), występująca naturalnie w wielu pokarmach. Jest to produkt zalecany do spożycia głównie kobietom borykającym się z PCOS, ale może być też suplementowany bez konkretnych potrzeb. Istnieją poszlaki naukowe, sugerujące, że suplementacja Inositolem może być używana w walce z zaburzeniami nastrojów, depresją, itp.


Ponieważ inositol wrażliwa komórki na działanie insuliny, pomaga naturalnie normalizować poziom cukru we krwi, co zapobiega nadmiernej glikacji białek. Poza zniszczeniami przez słońce, odpowiadającymi za około 80-90% oznak starzenia, glikacja białek jest wymieniana jako jeden z czynników starzenia skóry.

Ogólnie mówiąc, jeśli kogoś stać na suplementację myo-inositolem, warto ją rozważyć, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak powszechne są problemy typu PCOS czy niewrażliwość na insulinę. Niestety myo-inositol bywa drogi i trudno dostępny.

3. Kiełki brokuła, czyli Sulforfan (Sulforaphane) - przeciw-starzenie


Naturalne źródła:  kiełki brokuła, w niewielkich ilościach jest też obecny w brokułach, kalafiorze, rukoli, itp.
Co robi: łagodzi stany zapalne oraz bierze udział w procesie produkcji glutationu

Jeśli kiedykolwiek traficie w mroczniejsze zakątki Internetu, odkryjecie całe społeczności zafascynowane sulforfanem i jego działaniem. Wielu inceli mężczyzn z forum Lookism.net (ostrzegam, że odwiedzanie tej strony grozi utratą wiary w ludzkość) zarzeka się, że suplementacja lub objadanie się surowymi brokułami, zaowocowały wyostrzeniem się rysów twarzy, zmniejszeniem wypadania włosów oraz poprawą kolorytu cery.


Badania sugerują, że suplementacja kiełkami brokuła mituguje stan zapalny u osób otyłych, co może być interesujące, biorąc pod uwagę związek gospodarki tłuszczowej ze stanem cery. Wiemy z obserwacji naukowych, że wyciekające z komórek tłuszczowych wolne kwasy tłuszczowe prowokują stan zapalny, więc jeśli sulforfan obniża stan zapalny, ma potencjał w ochronie cery przed wiotczeniem.

Problem z sulforfanem polega głównie na jego dostępności. W drobnych ilościach można znaleźć go w warzywach jak brokuły (jednak gotowanie brokułu prawdopodobnie niszczy sulforfan), kalafior, kapuście czy rukoli, ale prawdziwie skoncentrowana dawka dostępna jest jedynie przez konsumpcję kiełków brokuła. Niestety testy konsumpcji wyizolowanego sulforfanu potwierdziły jedynie, że nie jest dobrze absorbowany, dlatego, jeśli ktoś chce poeksperymentować z tym składnikiem, musi sam wyhodować sobie kiełki brokuła.

Z ciekawości nawet zakupiłam nasionka brokuła, ale proces ich namaczania, przemywania i kiełkowania zwyczajnie mnie przerósł.

4. Astaksantyna - koloryt, ochrona przed degradacją struktur kolagenu


Naturalne źródła:  algi
Co robi: silny przeciwutleniacz z grupy karotenoidów, który chroni istniejące zasoby kolagenu w skórze oraz poprawia jej koloryt

Astaksantyna to silny przeciwutleniacz produkowany przez glony. Ma charakterystyczny czerwony kolor, który możemy zaobserwować wśród wodnych stworzeń konsumujących glony, jak łosoś czy krab. To głównie poprzez spożywanie tych stworzeń, astaksantyna trafia do naszego organizmu. Jednak tragiczny stan zasobów morskich oraz kryzys połowu i produkcji ryb czy krabów, silnie przemawia na rzecz konsumpcji astaksantyny w formie suplementu pozyskiwanego bezpośrednio z glonów.



W czeluściach internetu można znaleźć wiele pochwał na rzecz suplementacji astaksantyną, głównie pod kątem łagodzenia zmian trądzikowych, oraz nadawania skórze zdrowego, różowego koloru. Polecam też do przejrzenia ten relatywnie nowy przegląd w temacie.

Mogę dołączyć swój głos do anegdot na temat poprawy kolorytu cery - rzeczywiście po kilku tygodniach regularnego zażywania astaksantyny, można gołym okiem zauważyć, że cera ma ładniejszy, różowawy ton i sprawia wrażenie bardziej przejrzystej. Suplementy z astaksantyną są też relatywnie tanie i łatwo dostępne.

5. DMAE - napięcie skóry (prawdopodobnie poprawia napięcie mięśni twarzy)


Naturalne źródła:  sardynki, sardele oraz łosoś
Co robi: zwiększa ilość choliny krążącej we krwi, niezbędnej do produkcji acetylocholiny (neutrotransmitera), oczyszcza komórki z lipofucyny

Poza byciem ultra-kontrowersyjnym składnikiem kosmetycznym, DMAE może być też zażywane w formie suplementu... gdzie jest równie kontrowersyjny. Nie będę tutaj wchodzić w szczegóły działania i zastosowania DMAE, ale jeśli ktoś lubi eksperymenty, polecałabym dać temu składnikowi szansę, zarówno w formie doustnej, jak i kosmetycznej. Oczywiście taki eksperyment warto poprzedzić solidnym douczeniem się w temacie oraz konsultacją ze specjalistą.



DMAE pomaga usunąć z komórek lipofucynę, pigment odkładający się w komórkach, będący oznaką ich starzenia. Tak zwane "plamy wątrobowe" na skórze są złogami lipofucyny. Choć nie ma badań bezpośrednio sprawdzających, czy DMAE może usunąć istniejące złogi lipofucyny, nie wydaje mi się błędnym założyć, że może mieć potencjał prewencyjny.

Ponieważ DMAE zwiększa poziomy acetylocholiny w organizmie, może mieć też pozytywny wpływ na napinanie się mięśni, gdyż to acetylocholina jest neurotransmiterem komunikującym skurcz mięśni. Z upływem lat, poziom acetylocholiny w ciele spada, więc i obserwowane są problemy z napinaniem i rozkurczaniem mięśni. Są anegdoty oraz teorie sugerujące, że suplementacja DMAE poprawia stan mięśni twarzy, dając wrażenie odmłodzonych rysów.

Moje pozytywne doświadczenia z DMAE wiążą się jednak głównie z jego formą kosmetyczną. Po raz kolejny obiecuję większy wpis w temacie DMAE w przyszłości.

6. EPA (jeden z kwasów omega-3) - zapobiega wiotczeniu skóry


Naturalne źródła:  mikro-algi
Co robi: chroni skórę przed wiotczeniem powodowanym wyciekiem kwasu palmitynowego z komórek tłuszczowych


We wpisie na temat związku układu limfatycznego ze zmarszczkami, pisałam o zwiotczającej mocy kwasu palmitynowego. Ale to samo badanie, które potwierdziło takowy wpływ owego wolnego kwasu tłuszczowego na fibroblasty, sugeruje, że EPA (kwas eikozapentaenowy) blokuje kwas palmitynowy przed zakomunikowaniem fibroblastom, by zwolniły produkcję. Są też badania potwierdzające, że EPA blokuje prowokowaną przez promienie UV produkcję enzymu rozpuszczającego kolagen oraz macierzy pozakomórkowej.

Jeśli chodzi o omeg-3, większość osób myśli o suplementacji olejami z ryb. Jednak w czasach, gdy wody i oceany są intensywnie zanieczyszczone, spożywanie suplementów z ryb wymaga kupowania specjalnych, wysoce przetworzonych preparacji, nie wspominając o nieznośnym posmaku i problemach żołądkowych, jakich łatwo dorobić się po takich tabletkach!

Alternatywą, którą bardzo polecam, są suplementy na bazie mikroalg. Ryby nie są "źródłem" kwasów omega-3, gdyż prawdziwymi producentami owych kwasów tłuszczowych są mikroalgi, które są konsumowane przez ryby. Produkcja suplementów zawiewająca pełen zestaw kwasów omega-3 z alg jest nie tylko przyjaźniejsza dla środowiska, ale też dużo bezpieczniejsza jeśli chodzi o skażenia metalami ciężkimi, itp.


_________________________________________________________________________________


Wszystkie wymienione przeze mnie w tym wpisie substancje można znaleźć w produktach spożywczych, więc nie są to jakieś wyszukane i nowatorskie syntetyki. Jeśli jest powód, by przyjmować je w formie spreparowanej, to jest to właśnie naturalnie niższe zapotrzebowanie na kalorie osób żyjących w nowoczesnym świecie. Jednak warto być krytycznym wobec dawki suplementu, oraz przyjmowania w dłuższej perspektywie czasowej. Wymienione powyżej suplementy jak DMAE, NAC czy nawet OMEGA-3 mają wpływ na poziomy acetylocholiny w ciele, więc warto być ostrożnym, jeśli chcemy je przyjmować razem.

Z mojej perspektywy, sięganie po suplementy, jest sposobem na radzenie sobie z ograniczonym limitem kalorii oraz problemami produkcji i pozyskiwania produktów jak ryby. Oczywiście nic nie zastąpi ochrony przeciwsłonecznej (ale takiej prawdziwej, nie jakieś tam cudowanie z olejem z pestek malin), dobrze dobranych kosmetyków, zdrowego trybu życia, masaży i ćwiczeń twarzy, itd.




poniedziałek, 7 stycznia 2019

Jak z wiekiem zmienia się wygląd oczu? #EstetykaMłodości

Chciałabym zapoczątkować na tym blogu nową serię, gdzie będziemy szczegółowo przyglądać się i definiować, kiedy twarz wygląda młodo. Nie mam wątpliwości, że młodość to iluzja - gra świateł i cieni, kształtów i barw. Zbyt rzadko moim zdaniem zadajemy jednak pytanie o szczegóły owej iluzji! Bez dogłębnego zrozumienia, kiedy twarz wygląda młodo i jak manifestują się objawy starzenia, 
przeciw-starzenie staje się grą na loterii.

Mam nadzieję, że ta seria będzie również ciekawa dla artystów, zwłaszcza tych interesujących się portretami, by wyczulić ich na szczegóły mające znaczenie dla prawidłowego oddania w portrecie wieku osoby.

Jak z wiekiem zmienia się wygląd oczu?


Jeśli chodzi o twarz, ogólna zasada jest taka, że z wiekiem wszystko idzie w dół - migrują w dół policzki, linia ust, kącik nosa... Ale ta zasada nie do końca sprawdza się dla czoła i oczu.

 Jeśli chodzi o oczy, ich zmiany nie są liniowe i można je podzielić na 3 fazy:
Grafikę przygotowałam w oparciu o pracę: "Predicting people's age from their facial image : a study based on the characterization and the analysis of the signs of a...." autorstwa Alex Nkengne. Jeśli chcesz tą grafikę powielić, proszę zaznacz, na jakiej pracy jest oparta.
Faza I:
- załamanie powiek jest mniej więcej równoległe do linii rzęs,
-odległość między linią rzęs i załamaniem powieki nie jest szczególnie duża.
- wewnętrzny kącik brwi jest relatywnie nisko.
Faza II:
- załamanie powieki przypomina kształtem pagórek, intensywnie wznoszący się ku wewnętrznej części oka,
- powiększa się obszar pomiędzy linią brwi i załamaniem powieki (!)
- wyostrza się wewnętrzny kącik oka
Faza III:
- górna powieka wiotczeje i intensywnie opada,
- dolna powieka odwija się do zewnątrz (efekt ubytku masy kostnej w ramach kości jarzmowej)
- ilość widocznego białka oka wydaje się zmniejszać
- wewnętrzny kącika oka robi się bardzo ostry i wydłużony.

Jeśli zajrzycie na zdjęcia młodych celebrytów, jak Audrey Hebpurn czy Angelina Jollie, zauważycie, że odległość pomiędzy linią rzęs i załamaniem powieki jest naprawdę niewielka w ich wczesnej młodości; po czym rozciąga się z upływem lat.

Zmiana kształtu załamania powieki u Aubrey Hepburn i widoczne "podciągnięcie" otwarcia oka ku górze oraz spłaszczenie kształtu brwi.
Mimo zachowania ostrego kształtu brwi, powieka Angeliny oraz wewnętrzny kącik oka przeszły typowe dla progresu twarzy z wiekiem zmiany

Anatomiczna natura zmian w kształcie oka


Jest to efekt obserwowalny u większości kobiet. Ponieważ większość z nas ma nawyk nadużywania mięśni czoła do podnoszenia powiek i z czasem tak przyzwyczajamy się do podnoszenia powiek za pomocą czoła, że nasze własne mięśnie dziwgające górne powieki ulegają atrofii (polecam zajrzeć na to badanie).

W połączeniu z przybywaniem objętości w dolnej połowie twarzy i ubytkiem objętości ust, sprawia to wrażenie, że z wiekiem twarz staje się większa, więc oczy trochę się w niej "gubią", i wizualnie sprawiają wrażenie m mniejszych.


Wiem, ze dla wielu osób takie podejście do tematu może być trudne do zaakceptowania, ponieważ tradycyjnie o powiece myśli się w kategoriach opadania i wiele osób uparcie dąży by zwiększyć obszar pomiędzy linią brwi a załamaniem powieki i mieć wysoko "odstrzelone" brwi. Jednak duży obszar widocznej górnej powieki to oznaka napiętego czoła i migracji twarzy i jest to subtelny, ale bardzo zauważalny objaw starzenia i degradacji kondycji mięśni twarzy. 

Jak sprawić, by oczy wyglądały młodo? 


Ponieważ starzenie oczu ma charakter nie-liniowy, warto zastanowić się, w jaką iluzję młodości celujemy i jaki efekt końcowy nas interesuje. Bo by iluzja młodości działała, wszystkie elementy twarzy muszą zgodnie sugerować konkretny moment w życiu, więc nie każdemu opłaca się dążyć do osiągnięcia wyglądu z fazy I.

Niezależnie jednak od indywidualnych celów, podstawą są idealnie sprawne mięśnie czoła, okolic oczu i przede wszystkim powiek.

Jeśli chodzi o te ostatnie, opinie na temat ich sprawności są podzielone. Wielu lekarzy oferujących zabiegi redukcji opadania górnej powieki będą upierać się, że jedynym sposobem na zwalczanie opadających powiek są chirurgiczne zabiegi. I bez wątpienia mają rację, jeśli chodzi o zwalczanie poważnych problemów tego typu. Ale jeśli chodzi o aspekt czysto kosmetyczny... mam swoje wątpliwości. W jednym ze swoich filmików, Xiaxue, singapurska blogerka znana z zamiłowania do zabiegów chirurgi plastycznej, przechodziła chirurgiczną korektę uniesienia powiek, by jej oczy były bardziej otwarte. Podczas zabiegu chirurg jednak nie skorygował wystarczająco jednej z powiek... i zamiast brać Xaxiue znowu pod skalpel, zarekomendował, by ćwiczyła powiekę poprzez jej intensywne podnoszenie.

Więc skoro Xiaxue może podnieść powiekę przez ćwiczenia, czy nie dało się tak od razu?



Bardzo zainspirował mnie ten pomysł i zaczęłam świadomie unikać zaciskania czoła, by unieść górne powieki. Nie było wcale łatwo, bo jak się raz wyrobi nawyk, to potem bardzo ciężko jest się go oduczyć, ale efekty są szybko widoczne! Mam wrażenie, że w ostatnich miesiącach moja linia załamania powieki obniżyła się i stałą się bardziej równoległa do linii rzęs.

Przypomniało mi to również czasy, gdy chodziłam na zajęcia z jogi i tam robiliśmy ćwiczenia powiek! Instruktorka zalecała by całkowicie rozluźnić twarz i czoło, po czym instruowała nas, by spojrzeć w górę, boki, dół... cały czas przypominając, by używać tylko mięśni oczu.

Makijaż odmładzający oczy


Jednym z charakterystycznych objawów starzenia jest "wyostrzanie się" wewnętrznego kącika oka. Nagle ta część staje się podłużna, zaś linia rzęs w wewnętrznej części staje się spłaszczona. Typowe techniki makijażu podkreślają tą zmianę, zwłaszcza kreska eye-linera. Mając jednak do dyspozycji eyeliner w płynie z dobrym pędzelkiem, możemy delikatnie zaokrąglić wewnętrzną część oka i sprawić wrażenie, że linia rzęs jest bardziej równoległa do załamania powieki, zamiast malować podług utartego schematu linii, która zaczyna się cienka i potem progresywnie się pogrubia.


To jeden z moich ulubionych trików makijażowych ostatnich czasów, choć wymaga trochę zabawy i bardzo ciekłego eyelinera.

Warto też przyjrzeć się swoim brwiom, bo być może wymagają odrobiny makijażowej korekty, by mieć ostrzejszy kształt.

Botoks nie tworzy młodo wyglądających oczu


Choć rozluźnione mięśnie czoła są niezbędnym komponentem młodo wyglądających oczu, osoby po zabiegu wstrzyknięcia jadu kiełbasianego często mają bardzo charakterystycznie wyglądające oczy, gdzie brwi "odstrzeliwują" do góry (zwłaszcza, jeśli rozkurczano mięśnie pomiędzy brwiami) . Uniesienie się brwi, zwłaszcza zwiększenie odległości brwi od wewnętrznego kącika oka, jest oznaką starzenia (do poczytania).

Młodo wyglądające oczy są wręcz zaprzeczeniem czegokolwiek, co może stworzyć botoks i są koronnym dowodem na to, że lekarze je oferujący i klientki za nie płacące, albo nie rozumieją estetyki młodości, albo być może żadnej ze stron nie zależy na młodszym wyglądzie, jedynie by twarz wyglądała na "zrobioną". I jeśli zachodzi drugi wariant, to nie ma problemu.

Ale jeśli ktoś daje się ostrzykiwać, bo chce wyczarować iluzję młodości - nie tędy droga!

Podsumowując


Pojawiające się z wiekiem zmiany w kształcie oka są nieliniowe i bardzo nie-intuicyjne. Ich pojawienie się może być oznaką degradacji stanu mięśni czoła i powiek, oraz oznaką wykształcenia pewnych nawyków mimicznych. 

W kolejnym wpisie przyjrzymy się zmianom w konturze dolnej połowy twarzy

wtorek, 1 stycznia 2019

Mikroprąd i elektrostymulacja mięśni twarzy? Czy to ma sens?

Odkąd trafiłam na informację o mięśniu "malaris", zaczęło mnie intrygować, co możemy zrobić dla twarzy, by aktywować mięsień, który nie podlega naszej świadomej kontroli. O malarisie napiszę więcej w przyszłości, ale dziś chciałabym poświęcić trochę uwagi ideom stymulacji mięśni i skóry za pomocą prądu.

Ludzie eksperymentowali z terapeutycznym użyciem prądu praktycznie odkąd został on odkryty, zaś zabiegi z użyciem mikroprądu są oferowane w salonach kosmetycznych od dziesiątek lat. Ale w obecnych czasach, każdy z nas może nabyć urządzenia i gadżety oferujące kuracje prądem do pielęgnacji w domowym zaciszu.

Mikroprąd

Terapia mikroprądem polega na przyłożeniu do skóry elektrod, wysyłający prąd o mocy nie większej niż mikroamper. Przyłożenie tak niewielkiego napięcia do skóry nie powoduje skurczu mięśni - bywa w większości przypadków nie-odczuwalne, może poza delikatnie piekącym uczuciem na skórze (jak bycie "postrzelonym" gumką recepturką). Stosowane na twarzy potencjalnie jednak daje odczucie metalicznego posmaku w ustach (efekt uboczny stymulacji nerwów w jamie ustnej) oraz mignięć białego światłą (efekt uboczny stymulacji nerwu wzrokowego).

W medycynie mikroprąd stosowany jest głównie w terapii wolno gojących się ran, ścięgien oraz w łagodzeniu efektów zwyrodnienia plamki żółtej w oku. Sam mechanizm działania takowej terapii nie jest w pełni rozumiany, ale są badania sugerujące, że mikroprąd zwiększa ilość dostępnego w skórze ATP - cząsteczek będących nośnikiem dostępnej dla ciała energii.  

Salony kosmetyczne oferujące terapie mikroprądem obiecują cuda na kiju :P. Redukcja zmarszczek, ujędrnienie cery, redukcję "chomików" i drugiego podbródka, cud, miód i złote orzeszki. Problem w tym, że efekty kuracji mikroprądem widać dopiero po 10-12 zabiegach, które należy wykonywać najlepiej co tydzień, albo i częściej. Niestety zabiegi w salonach są ze swojej natury drogie - trzeba zapłacić nie tyko za korzystanie ze sprzętu, ale też czas i kwalifikacje osoby wykonującej zabieg, koszt wynajmu miejsca, dekoracje salonu, recepcjonistkę, itd., więc koszt takiej zabawy szybko staje się nieznośnie drogi. 

Do dyspozycji są też urządzenia do stosowania w domu i tu niestety najpopularniejsza marka ma ceny z kosmosu. Ale można nabyć też takowe urządzenia a Aliexpress w bardzo przystępnych cenach. Oczywiście kupowanie z Aliexpress wymaga pewnej tolerancji ryzyka, że dostajemy nie testowane podług żadnych oficjalnych norm i nie regulowane w żaden sposób produkty.

Moje doświadczenia z mikroprądem

Zamówiłam z Aliexpress roller firmy Ckeyin 4D i testuję go od wielu tygodni. Nie wymaga baterii, bo można go naładować z gniazda USB. Działa bez większych zarzutów, choć mam wrażenie, że odczuwalna intensywność mikroprądu słabnie odrobinę z każdym tygodniem. Masuję twarz rollerem 5 razy w tygodni przez około 10 minut.


Na efekty stosowania trzeba poczekać dobre kilka tygodni, po których skóra robi się bardziej promienna i jednolita, mam wrażenie, że skurczyły się pory oraz poprawił się ogólny blask i koloryt cery. Wyjątkowo dobrze z mikroprądem polubiła się moja skóra na czole oraz podbródku. Ogólnie efekt bardzo podobny do tego, który można osiągnąć stosując kosmetyki z DMAE (napiszę więcej o tym kontrowersyjnym składniku w przyszłości). Efektu ujędrnienia czy liftingu nie zaobserwowałam.

Nie testowałam urządzenia na szyi, bo jednak trochę za blisko tarczycy jak na mój gust i nie chciałabym przez przypadek stymulować tego organu.

Gdybym zapłaciła komuś, by mnie takim urządzeniem miział po twarzy w salonie kosmetycznym, to bym chlipała co noc w poduszkę za straconymi pieniędzmi. Ale jak na efekt domowego zabiegu - jestem zadowolona! Nie jest to efekt WOW, ale przyjemny dodatek do moich pielęgnacyjnych rytuałów i byłabym gotowa polecać taką inwestycję każdemu, kto ma już dobrze dobraną pielęgnacje i szuka czegoś ekstra.

EDIT: Ktoś pod filmikiem na YT skomentował, że mikroprąd może być używany w doleczaniu trądziku, co wydaje mi się wyśmienitym pomysłem!

Trochę smuci mnie, że salony kosmetyczne tak przereklamowują mikroprąd, bo w efekcie tego obiecywania cudów, w zderzeniu z rzeczywistością, całkiem przyzwoity pomysł nagle dostaje negatywne recenzje.

Elektrostymulacja mięśni twarzy (EMS)

By mięsień się napiął, nasz mózg wysyła sygnał do mięśnia - możemy ten proces symulować używając urządzeń emitujących elektryczny impuls. Każdy z nas widział reklamy różnych cud-urządzeń obiecujących sześciopak na brzuchu czy jędrne pośladki wykreowane podczas leżenia na kanapie, dzięki poprzyklejanym do ciała elektrodom. Niestety obserwacje podług naukowych protokołów ciągle potwierdzają, że owe urządzenia nie są w stanie zastąpić reżimu ćwiczeń. Ale wiemy, że mogą wzmocnić efekt ćwiczeń (gdy są stosowane według odpowiednich protokołów), lub mogą pomóc re-aktywować mięśnie dotknięte paraliżem.

Jeśli chodzi o twarz, EMS jest badany głównie jako pomoc w terapii twarzy dotkniętych samoistnym porażeniem mięśnia twarzy ("Bell's palsy"). Wyniki obserwacji naukowych wskazują na pewną użyteczność takowej stymulacji, ale tylko jako suplementu tradycyjnej terapii.

Moje doświadczenia z EMS

Na rynku nie brak różnych urządzeń oferujących mikroprąd dla twarzy, ale wybór stymulujących urządzeń dla mięśni jest niewielki. Najsławniejsze jest drobne urządzonko z Japonii, znane pod nazwą "Poke EMS", które można upolować na Aliexpress. Używanie go jest... nieprzyjemne. Wywołuje na twarzy dziwaczny skurcz mięśni, który w swej naturze nie przypomina tego, który można wywołać ćwiczeniami twarzy. Płatki, które przykładamy do twarzy są dość duże i trzeba je przez czas kuracji (zalecane 15 minut) trzymać palcami, bo inaczej odpadają.

Wydaje mi się, że to urządzenie, wraz z moją rutyną ćwiczeń, masażów, suplementacji i kosmetyków, daje delikatne, ale pozytywne efekty, głównie w niższych partiach policzków. Ciężko byłoby mi te zmiany wskazać na zdjęciach "przed i po", ale ja je widzę, gdy patrzę w lustro.

Wydaje mi się, że EMS twarzy zarezerwowałabym dla pasjonatów tematu pielęgnacji, gotowych eksperymentować dla samej idei. Taka stymulacja nie jest przyjemna i jest czasochłonna, ale pozwala aktywować mięśnie twarzy w nietypowy sposób. 

Podsumowując

Zabawy z gadżetami emitującymi napięcie uznaję za coś ciekawego. Nie uważam, by efekty, które można nimi osiągnąć były szczególnie rewolucyjne czy zauważalne, ale jako hobbysta i praktykant alternatywnych metod przeciwstarzenia, doceniam ich istnienie. Nie zastąpią porządnej rutyny masaży, ćwiczeń, suplementacji, diety i dobrych nawyków, ale stanowią ciekawy dodatek. 

sobota, 10 listopada 2018

Czar Azjatek - recenzja i refleksje na temat książki Sheridan Prasso

UWAGA: Tekst dla czytelników 18+. Zawiera motywy seksualności, prostytucji, erotyki i samobójstw.

***

Czym jest "czar" Azjatek? Zlepkiem pomysłów na temat tego kim są Azjatki, akumulowanym na przestrzeni dziesiątek lat kontaktów Zachodu z Orientem. Zlepkiem historii z drugiej ręki, inspirowanych  prawdziwymi wydarzeniami fikcyjnych mediów, wynikających z politycznych wydarzeń i pomysłów... Ów czar jest dobrze znany - zarówno osobom na Zachodzie, jak i na Wschodzie. To coś więcej niż stereotyp - to pewna narracja, pewien pomysł.

Gdybym miała ją porównać, do czegoś może bardziej analogicznego dla moich czytelniczek, byłoby to:


Gdyby ktoś dalej nie wiedział o co mi chodzi, oczywiście chodzi mi o słowiańską pasję do robienia masła ¯\_(ツ)_/¯.

***

Książka "Asian Mystique" autorstwa Sheridan Prasso stara się przeanalizować Zachodnie pomysły na temat Orientu oraz przebadać relację Azjatów do tych pomysłów. Autorka nie obiecuje "poznania rzeczywistości", jedynie analizę percepcji rzeczywistości i tego, co ową percepcję kształtuje. Poznanie świata takim jakim jest "naprawdę" jest zadaniem niemożliwym, z którym nie dają rady nawet największe filozoficzne umysły. Ale nawet jeśli nie jesteśmy w stanie zdjąć z naszych oczu filtru stereotypów i domniemań, świadomość na ich temat może pogłębić nasze pole widzenia.


Książka podzielona jest na sekcje: w pierwszej analizuje obecność Azjatów w mediach, głównie hollywoodzkich, w drugiej pojawiają się wywiady z różnymi kobietami.

Pierwsza część jest naprawdę fascynująca - Prasso sięga tak daleko, jak czasy Marco Polo, by zwrócić uwagę na pewną konwencję mówienia o Oriencie. W swych opowieściach o Chinach, Marco Polo przedstawia szczegółowy raport zachowań mieszkańców pewnej prowincji, gdzie mężczyźni nakazują swoim żoną przez kilka dni zabawiać bogatych podróżników i spełniać ich wszystkie zachcianki seksualne. W swoich powieściach Marco Polo uwzględnia też absolutnie obiektywny i prawdziwy raport na temat jednorożców i gryfów...

Ale o ile nikt nie wierzy w opowieści o gryfach, jednorożcach czy innych dziwacznych stworzeniach, jeśli chodzi o opisy zwyczajów seksualnych, o tyle publika gotowa jest w nie wierzyć. Nawet w czasach średniowiecza zawsze najlepiej sprzedawał się seks.

I taki jest ogólny ton mediów zachodnich w temacie Orientu. Orient jest wiecznie przedstawiany jako lubieżny, tajemniczy, pełen chętnych i oddanych kobiet. To magiczna kraina erotycznych podbojów, bez restrykcji chrześcijańskiej pruderii. Za taką wersję Orientu Zachód gotów jest płacić. A gdzie jest podaż, jest też popyt. Zarówno ze strony Zachodu, jak i Azjatów.

Prasso zwraca uwagę na ciekawe zjawisko zachodnich, białych autorów czerpiących inspiracje ze Wschodu i zazwyczaj ozdabiających swoje dzieła fikcjonalnymi seksualnymi ekscesami. Za przykład można podać "Wyznania Gejszy", za które autor został pozwany do sądu przez kobietę, która rzekomo była źródłem inspiracji do książki (pani Iwasaki miała ogromny żal za fikcyjną wstawkę o sprzedawaniu dziewictwa - autor bronił, że miał prawo dodać fikcyjne motywy). Inny przykład to fikcjonalny i bardzo (naprawdę BARDZO) luźno oparty na prawdziwej historii "Shogun", zamieniony w mini-serię telewizyjną, która dla wielu jest źródłem edukacji na temat kultury seksualnej w Japonii.



Obaj autorzy pozwolili sobie na liberalne podkolorowywanie swoich dzieł erotyką i w pewnym sensie, ciężko ich za to winić. Autor piszący fikcję nie jest w żaden sposób zobowiązany przedstawiać kalki rzeczywistości. Jednak dzieła tych autorów są często traktowane jako "autentyczne" reprezentacje pewnych faktów i zwyczajów. Ile z nas słyszało od innych o tym, że zachowania seksualne Japończyków są takie i owakie, ale ilu z nas dokładnie wie, skąd pochodzi ta wiedza? Dla Zachodu mieszanie się fikcji i faktów na temat Orientu jest akceptowalne, jak długo zgadza się z już istniejącymi stereotypami.

Autorka dość wnikliwie analizuje taniec rzeczywistości polityczno-ekonomicznej i reprezentacji Azjatów w mediach. W wielu momentach amerykańskiej historii Azjaci byli widziani jako ekonomiczne zagrożenie, zaś w wyniku złożeń różnych wydarzeń, chińscy emigranci w stanach parali się głównie pracami, kojarzonymi z gospodarstwem domowym - stawali się praczami, lub kucharzami i kelnerami w zakładanych przez siebie restauracjach. W mediach amerykańskich więc Azjaci przedstawiani są często jako podstępni, naiwni, źli z natury i wysoce odseksualizowani. Może i w naszych czasach nie jest niczym dziwnym zobaczyć Azjatę w roli kochanka, ale do lat 2000 Hollywood nigdy nie przedstawiło pocałunku Azjaty z nie-Azjatką na wielkim ekranie. Co ciekawe jednak, w Europie nie koniecznie dominowało takie podejście. Książka i film "L'amant" są dobrze znane mieszkańcom Francji czy Danii (podobno jest czytany w szkole 😆) - w ramach tego dzieła główny bohater, chiński arystokrata, przedstawiony jest jako namiętny kochanek. Film jest w pełni dostępny na YouTube, gdyby ktoś chciał się z pierwszej ręki zapoznać z różnicami w reprezentacji Azjatów w mediach (NSFW i oczywiście 18+).

Innym ciekawym elementem tego rozdziału są rozważania na temat białych aktorów, grających role Azjatów. Hollywood było przez długi czas regulowane różnymi prawami odnośnie tego, kto może być romantycznie związany z kim, więc by przedstawić romantyczne związki, oboje aktorów musiało być białych. W rezultacie nie brak filmów, gdzie biali aktorzy udają Azjatów. Za przykład podawana jest tu adaptacja książki Pearl S. Buck "Dobra Ziemia".




Z ciekawości przesłuchałam książkę i rozśmieszyło mnie oddanie Pearl S. Buck, by nigdy nie użyć słowa "white" lub "light", aby opisać skórę kogokolwiek. Zamiast tego, postacie w jej książce są albo "złote", "brązowe" lub bardzo okazjonalnie "blade". Bo pióro by jej uschło, gdyby napisała że Azjata miał "białą", albo "jasną" skórę?

W każdym razie, ponownie pojawia się tutaj pewno bardziej metafizyczne pytanie: skoro aktorzy mogą wcielać się w dowolne role i w tradycji teatru jest przyjmowanie przez aktorów przeróżnych ról, często nie zgadzających się z ich wiekiem, płcią, wyznaniem... czy naprawdę jest tak nieakceptowalnym, by grać osoby innej rasy? Oczywiście nie chcę tu wchodzić w zagadnienia związane z dyskryminacją i opresją (jak np. fakt, że aktorzy azjatyckiego pochodzenia mają mniejszy dostęp do ról, bo nawet etniczne role są oferowane białym aktorom), chodzi mi tylko o pytanie, czy rasa to coś tak fundamentalnie biologicznego i rzeczywistego, że jest nienaruszalnie przypisane biologicznie do konkretnej osoby. Słowem, czy rasa "jest prawdziwa" czy jest tylko "rolą", którą odgrywamy?
🤮

Inny ciekawy aspekt analizy mediów, to śledzenie jak reprezentacja Azjatek na dużym ekranie była często używana w dialogu nad rolą kobiet na Zachodzie. W czasach, gdy feministki bardziej żwawo domagają się swoich praw, media chętnie pokazują Azjatki jako przykład "poprawnej" kobiecości, niejako grożąc feministkom, że jeśli  się nie uspokoją, zostaną zastąpione przez "uległe służki" z Azji. Gdy fascynacja Orientem staje się zbyt intensywna, w odpowiedzi tworzone są media pokazujące Azjatki jako zbyt dostępne i emocjonalnie rozchwiane, więc ostatecznie bohater wybiera dla siebie białą kobietę.

Wybacz J.K. :P
Wracając do książki Prasso, druga jej część to głównie wywiady z różnymi kobietami, które autorka spotykała podczas swoich podróży po Azji. Głównie skupia się na striptizerkach i prostytutkach, które nie tylko "obsługują" zagraniczną klientelę, ale które często też marzą o potencjalnym związku z obcokrajowcem. I aby ten związek pozyskać, kobiety wysoce świadome stereotypów na swój temat pogrywają w nie - starają się być uległe, słodkie, opiekuńcze. Dla tych kobiet Prasso ma sporo współczucia - w detalach analizuje beznadziejność ich sytuacji społecznej i ekonomicznej, gdzie poza dobrym małżeństwem z białym turystą prawdziwie nie ma lepszych, lub często jakichkolwiek, opcji. Dla tych kobiet potencjalny wyjazd do Stanów czy Kanady, to jak wygranie na losu na loterii, pozwalającego uwolnić nie tylko je, ale też ich całe rodziny, z niewyobrażalnej biedy. I wiem, że zaraz znajdzie się kilka wielkich obrończyń godności i cnoty, twierdzących, że lepiej dać swoim rodzicom umrzeć z głodu, niż ganiać za bogatymi turystami... i tym kobietą życzę, by nigdy nie musiały podejmować takich wyborów.

Mniej współczucia Prasso ma dla kobiet, które żyją w bogatszych krajach, i sypiają z obcokrajowcami. Autorka zwraca uwagę, że to co w jednym kraju jest absolutnie normalnym i "zdrowym" zachowaniem w sferze kontaktów intymnych, w innym może być uznane za lubieżne i nieskromne. Jako, że Prasso sama pochodzi z pruderyjnej ameryki, echa jej własnej kultury przebijają się w krytyce Japonek, sypiających z amerykańskimi żołnierzami. Z jej perspektywy taki prosty dostęp do kobiet zmienia mężczyzn w beznadziejnych hedonistów, którzy nie mają motywacji, by się ustabilizować; ich charakter permanentnie wykrzywia się w stronę szukania przyjemności i łatwych gratyfikacji. Wini te kobiety za losy "biednych", opętanych rządzą mężczyzn, szwendających się po Azji w poszukiwaniu erotycznych przygód.

Niestety, Prasso sama popełnia takie "wpadki" w wielu miejscach. Z jednej strony dostrzega, że prace związane z usługiwaniem, jak stewardessy, są z natury kojarzone z spolegliwością i potencjalną "dostępnością", sama potem insynuuje, że singapurskie stewardessy są szkolone, by pochylać się ku klientom w sposób, gdzie ich biust będzie się kusząco wylewał z mundurka, którym jest tradycyjna kebaya. Dla Prasso piersi są symbolem seksualności, zaś obcisła kebaya wydaje się szokująco nieskromna - ale to co uważamy za "seksowne" czy "wyzywające" jest kwestią konwencji społecznej, dlatego np. w wielu społeczeństwach kobiety nie zakrywają piersi. Kebaya nie jest zaprojektowana podług purytańskich gustów i Prasso nie umie się wyrwać z bańki własnego subiektywizmu kulturowego.
Singapurskie stewardessy w swoich mundurkach
Elegancka kebaya


***

Mimo wszystkich moich zarzutów wobec tej książki, uważam, że warto ją przeczytać. Jak większość książek na temat traktowania kobiet w mediach czy świecie, jest to trudna i przygnębiająca lektura. By w pełni ją zrozumieć, trzeba też poświęcić trochę czasu na poznanie mediów, na które się powołuje. Jako, że sama książka wydana została w 2004 roku, powoli też traci na aktualności. Obecnie w mediach mamy produkcje jak "Crazy Rich Asians" czy "To all the boys I ever loved" i powoli nie jest niczym szczególnym zobaczyć aktorów z Azji w głównych rolach, czy będących czymś więcej niż romantyczną nagrodą dla głównego bohatera.

Jeśli jest pewna refleksja, którą mam po przeczytaniu owej książki, to że tak naprawdę ciężko jest znaleźć dobre źródła wiedzy o otaczającym nas świecie. Jeśli chodzi o dalekie kraje, często zapełniamy próżnię informacyjną byle informacjami, za rzadko zadajemy pytanie o ich źródła i za łatwo akceptujemy wizję, że ci "obcy" są lubieżni, perwersyjni, dziwni, zaś to "my" jesteśmy reprezentacją cnót i norm. Przeglądając media, łatwo jest być krytycznym wobec nich, wytknąć w nich elementy fikcji czy zmiany, poczynione w celach komercyjnych (wiadomo, co się najlepiej sprzedaje...). Ale łatwo jest też znaleźć indywidualne osoby, które całkowicie potwierdzają wszystkie nasze stereotypy i domysły. I wobec tych osób ciężko jest być obiektywnym i krytycznym, bo nic tak nie łechce ego, jak wykrzyknięcie "ale ja znam osobę, która jest dokładnie TAKA".

Ale co jest celem tego wszystkiego? Satysfakcja, czy zrozumienie choćby odrobinę lepiej niuansów otaczającej nas rzeczywistości?




wtorek, 6 listopada 2018

Głębokie zmarszczki na czole? Grozi Ci zawał ¯\_(ツ)_/¯

Odkąd napisałam wpis o związku naczyń limfatycznych ze zmarszczkami, trochę fascynuje mnie temat związku wolnych kwasów tłuszczowych ze zmarszczkami.

Bo w pewien sposób, zmarszczki nie do końca mają "sens". Myślę, że wiele osób wie o czym tutaj piszę - gdy cera twarzy jest jędrna i w dobrej kondycji, ale z jakiś powodów w ramach bruzdy nosowo-ustnej, "doliny łez" oraz między brwiami traci na jakości w nietypowym tempie i nie reaguje na żadne kosmetyki czy zabiegi. Czasami ma wręcz inny kolor i zachowuje się inaczej, niż skóra policzków.

Jak pisałam we wpisie na temat systemu limfatycznego, wiemy z obserwacji naukowych, że:

1. Wolne kwasy tłuszczowe spowalniają pracę produkujących kolagen fibroblastów - LINK
2. Słońce uszkadza naczynia limfatyczne - LINK
3. Lokalizacja zmarszczek jak "kurze łapki", "dolina łez" oraz bruzdy nosowo-ustnej jest skorelowana z lokalizacją naczyń limfatycznych.- LINK *zawiera zdjęcia sekcji zwłok*

Ale naczynia limfatyczne występują w tandemie z systemem naczyń krwionośnych. Dlatego nie zdziwiło mnie wcale, gdy znalazłam informację, że zaobserwowano korelację między wyrazistością zmarszczek na czole a miażdżycą - LINK. Osoby o bardzo głębokich zmarszczkach (czyli nie każda zmarszczka, tylko te wyjątkowo głębokie) na czole okazywały się być osobami, u których obserwowano miażdżycę, zaś miażdżyca jest uznawana za czynnik wysokiego ryzyka śmierci na zawał.

W jednym z wywiadów osoba przeprowadzająca badanie tłumaczyła, że naczynia krwionośne w czole są bardzo wąskie i szybko się zapychają osadem z tłuszczu i cholesterolu (nie jestem pewna jakie jest tłumaczenie wyrażenia "arterial plaque" - płytki/blaszki miażdżycowe?), nie wyjaśniła jednak dlaczego owo zapychanie prowadzi do zmarszczek. Jednak jednym z objawów miażdżycy jest gromadzenie się wolnych lipidów w mięśniach oraz przestrzeni komórkowej poza arteriami - więc jeśli są to naczynia znajdujące się blisko skóry lub w samej skórze, efektem będzie degradacja produkcji kolagenu.

W 2008 roku grupa japońskich badaczy potwierdziła, że im większa proporcja tłuszczu w ciele, tym bardziej prawdopodobne, że dolna (poniżej bruzdy nosowo-ustnej) i boczna część policzka będą opadały - LINK.

I choć nie udało mi się znaleźć żadnego studium na temat związku naczyń krwionośnych z cerą i zmarszczkami, chciałabym zwrócić uwagę na położenie naczyń krwionośnych w twarzy (zdjęcia bezwstydnie skradzione z tego badania nad rozmieszczeniem arterii w twarzy)
:


Czy to przypadek, że lokalizacja głównych arterii w twarzy pokrywa się z lokalizacją najbardziej uporczywych zmarszczek i bruzd? Ze względu na brak konkretnych badań w temacie, dalsza część tekstu ma charakter czysto spekulatywny.

Nie jestem specjalistą w temacie, ale nie wydaje mi się szczególnie bluźnierczym, by założyć, że być może jest związek między położeniem naczyń krwionośnych, gospodarką tłuszczową i zmarszczkami. Są w ramach naszej populacji osoby, w których arteriach odłożone są blaszki miażdżycowe, powodujące stan zapalny i towarzyszące mu zwiększone wyciekanie kwasów tłuszczowych, które jeśli znajdą się w okolicach fibroblastów, będą komunikować im by spowolniły pracę.

Są też w populacji osoby, które mają mniej objawów tych procesów, więc mogą obserwować u siebie mniej zmian w elastyczności cery w tym konkretnym kontekście. Być może jest to jeden z powodów, dla których tak ciężko jest w pełni opisać i sklasyfikować procesy starzenia twarzy - są wysoce zindywidualizowane i zależne od wielu tkanek.

Innym procesem, który może być interesujący, to insulino-odporność, której efektem jest zwiększenie poziomów lipidów w krwiobiegu. Problemy z insuliną są często preludium do cukrzycy typu II, choroby, która w dobie otyłości staje się powszechna.

W naszym najlepszym interesie, nie tylko z perspektywy przeciw-starzenia, ale dla własnego zdrowia, jest znalezienie sposobu by uniknąć zarówno miażdżycy, jak i insulino-odporności i cukrzycy typu II.  Jak? To zbyt śliski i szeroki temat bym chciała się go chwytać. Każdy musi sam wymyślić jak chce dbać o swoje zdrowie, i nie chodzi tu tylko o diety czy ćwiczenia, wszak nasze ciała nie funkcjonują w próżni - znaczenie ma stres, samotność, jakość relacji, zanieczyszczenie bezpośredniego środowiska ale też globalny stan zanieczyszczeń, itd.

Ja sama postawiłam na dietę roślinną - jest dla mnie najłatwiejsza w implementacji, bo nie tylko mi smakuje, ale też dobrze się czuję jedząc głównie warzywa i różnego rodzaju zboża i fasole. Jest też tania i ma najmniejszy wpływ na środowisko, co moim zdaniem w obecnych czasach jest czymś wartym brania pod uwagę.

***

Niezależnie od wybranej ścieżki, do rozważenia może być jednak suplementacja pycnogenolem lub ekstraktem z pestek winogron, które chwalone są za swój pozytywny wpływ na układ krążenia. Budulcem naczyń krwionośnych jest kolagen, więc można podejrzewać, że konsumpcja dobrej jakości hydrolizowanego kolagenu będzie mieć na nie pozytywny wpływ (niestety nie mam żadnego badania do przytoczenia w tym temacie, więc jest to spekulacja z mojej strony). Do rozważenia dla kobiet jest też suplementacja inositolem, który ma działania uwrażliwiające na insulinę (suplement często polecany przez lekarzy kobietom borykającym się z objawami PCOS). 

***

Doskonały stan zdrowia nie jest gwarancją twarzy bez objawów starzenia, ponieważ starzenie twarzy ma charakter wielotkankowy. Stan naszych arterii i gospodarka tłuszczowa jest powiązana z procesami starzenia twarzy, ale to tylko jeden z wielu elementów. Moim zdaniem warto zdawać sobie sprawę z wielości procesów zarządzających zmianami, jakie każdy z nas doświadczy na swojej twarzy. Niekoniecznie po to, by z tymi zmianami "walczyć"; czasami tylko dla samej wiedzy.

Ps. Nie ma powodów by podejrzewać, że wolne kwasy tłuszczowe nakładane na cerę są niebezpieczne dla fibroblastów - ponieważ większość z nich jest zbyt duża, by penetrować cerę w znaczący sposób, więc zalety olei leżą głównie w ich okluzyjnej naturze. 

czwartek, 30 sierpnia 2018

Psychologia pielęgnacji Azjatek

Powiedzenie, że żyjemy w czasach absolutnego chaosu informacji, brzmi jak trywialne stwierdzenie. Internet z jednej strony problem rozwiązał, bo mamy łatwiejszy dostęp do informacji, z drugiej go zintensyfikował. Kiedyś polegaliśmy na publicznych rankingach, nominujących "kosmetyki wszech-czasów" oraz na opiniach influencerów (wpływowiczów? 😅).  Ale natłok nowych produktów oraz praktyki astro-turfingu ubiły publiczne rankingi, zaś influencerzy mają co miesiąc nowych ulubieńców, często po 3 dniach testowania.

W tym natłoku informacji, komu możemy zaufać? Jak podjąć decyzje, w co inwestować swój czas i zasoby? W sytuacji braku dobrych rekomendacji, nic dziwnego, że tak atrakcyjna jest dla nas wizja kupowania kosmetyków, które stosują całe nacje. Dlatego tak atrakcyjnie brzmią stwierdzenia jak "pielęgnacja Azjatek"/"azjatycka pielęgnacja".

W naukach społecznych ten efekt zwany jest "społecznym dowodem słuszności"... czyli mowa o naszym instynkcie, który zakłada, że większość nie może się mylić. Nasz umysł jest tak zaprojektowany, by móc działać szybko i po jak najmniejszej linii oporu, więc gdy słyszy "pielęgnacja Azjatek", gotowy jest naturalnie to akceptować, niż zadawać sceptyczne pytania.

Konsumentki produktów i usług urodowych w Azji zmagają się z identycznym chaosem informacyjnym jak kobiety na wszystkich innych kontynentach (i są tu też firmy pyszniące się oferowaniem "pielęgnacji Europejek" ¯\_(ツ)_/¯) . Jednak separacja językowa oraz geograficzna powoduje, że łatwiej nam uwierzyć, że gdzieś w dalekim kraju klientki wyizolowały z rynku tylko te najlepsze produkty, składniki i metody pielęgnacji. Firmy sprzedające "azjatyckie kosmetyki", jak i autorzy książek o rzekomej "pielęgnacji Azjatek", korzystają z tej iluzji i zamiast musieć udowadniać, że ich produkty czy pomysły są skuteczne, powołują się na domniemaną rekomendację wydaną przez niewidzialne miliony kobiet.

"Zaufaj mi, jestem Azjatką"

W naszej grupowej świadomości "pielęgnacja Azjatek" stała się czymś modnym i akceptowanym jako fakt. W czasach, gdy zaczynałam tworzyć tego bloga, było dosłownie kilka produktów z Korei czy Japonii, o których mówiło się na forach czy blogach i rzeczywiście były to produkty na tyle ciekawe, że warto było zadać sobie trud sprowadzania ich z zagranicy. Ale to były inne czasy. We wczesnych latach drugiej dekady tego wieku rynek wyglądał inaczej.... Na rynku było mniej produktów i trudniej było je nagłaśniać, więc łatwiej wyłaniały się "święte Grale" kosmetyczne czy produkty, które mieli "wszyscy". Na chwilę obecną "azjatycka pielęgnacja" to tani chwyt marketingowy, za którym nie stoi wcale filtrowanie rynku w poszukiwaniu najlepszych produktów...

Nobliwe dzikuski


Możemy używać frazy "azjatycka pielęgnacja" w znaczeniu "produkty i pomysły wytworzone w kraju znajdującym się w Azji", ale jest też "pielęgnacja Azjatek", która wprost przypisuje całym grupom kobiet wspólne zachowania i preferencje. Zawsze wierzyłam, że w dobie globalizacji i komunikacji, zaczniemy nawzajem poznawać i rozumieć się lepiej... zamiast tego mam jednak wrażenie, że rysujemy siebie nawzajem coraz grubszymi liniami. Globalne nastroje nacjonalistyczne i kryzysy uchodźców, powodują, że atrakcyjniejszym jest dla nas mówić o "obcych" i o tym jacy są dziwni, nieracjonalni i prymitywni w swych uczuciach i zachowaniach. Nagle kobiety, żyjące w innych krajach, nie wydają się być wcale kobietami podobnymi do nas samych, które oglądają na YT te same influencerki i mają w kosmetyczce te same produkty globalnych firm.


Literatura i media przyzwyczaiły nas, by patrzeć na egzotycznych "obcych" z miksturą podziwu i swoistego współczucia. Widzimy "obcych" jako nieskażonych problemami naszej własnej cywilizacji (w tym wypadku globalizacją i nadmiarem informacji), ale też w jakiś sposób bliższych naturze, posiadających wiekową mądrość czy sekretną wiedzę. Co więcej, też widzimy "obcych" jako bardziej podporządkowanych swojemu "plemieniu" i bardziej naiwnych. Słowem, łatwo nam w "obcych" zobaczyć takie Pocahontas wprost z Disneya...
 


Nie ma czegoś takiego jak "pielęgnacja Azjatek"


Życia w wielkich miastach na całym świecie nie są od siebie tak drastycznie różne. Są okazjonalne produkty i pomysły, o których warto mówić i którymi warto się wymieniać, ale warto być też realistą: nie ma wielu produktów czy pomysłów, które mają pieczęć uznania całych nacji czy całej rasy. Obojętnie od kraju, produkty i usługi walczą o miejsce w naszych umysłach. Azjatki nie posiadają sekretnej wiedzy o pielęgnacji, nie mają tajemniczej intuicji, która pozwala im dbać o siebie lepiej. Kobiety na całym świecie szukają, próbują, eksperymentują.

Do dziś wiele marek reklamuje się "niemiecką/japońską/szwajcarską technologią", ciągle istnieją marki, które podkreślają, że są z Francji, z Paryża, jakby samo w sobie miało to coś znaczyć. I o ile "azjatycka pielęgnacja" wpada dokładnie w ten sam ton, to "pielęgnacja Azjatek" przemyca w sobie ukryty i niezasłużony "społeczny dowód słuszności".

Azjatycki Bazar


Pisząc tego bloga często powoływałam się na owe mistyczne "Azjatki". Jeśli trafiałam na jakiś pomysł w mediach, zakładałam, że musi mieć ze swojej natury jakieś wsparcie wśród odbiorców, a że pomysły czerpałam głównie z japońskiej i koreańskiej prasy, naturalnym było założyć, że odbiorcami są "Azjatki". Może łatwiej było mi nie pytać o szczegóły i cieszyć się wzrostem popularności bloga... zwłaszcza, że pomysł "pielęgnacji Azjatek" tak dobrze się przyjął. Ale dla mnie nigdy celem nie było mieć popularnego bloga, ale tworzyć coś wartościowego.

Gdy zakładałam Azjatycki Bazar w 2011 roku, "azjatycka pielęgnacja" oznaczała przeszukiwanie rynku krajów jak Japonia i Korea w poszukiwaniu tych kilku perełek, o których warto mówić. Wbrew pozorom rynki kosmetyczne na całym świecie są do siebie bardzo podobne - wszak jest tylko tyle składników, z których można ukręcić krem czy serum. Na chwilę obecną jednak "azjatycka pielęgnacja" to nadużywany i wyświechtany chwyt marketingowy, z którym nie chcę mieć nic wspólnego. Prowadząc swój sklep dalej trzymam się kurczowo idei przeszukiwania rynku by znaleźć te kilka produktów czy pomysłów, które warto eksportować po całym świecie. I rozważam, czy nie zmienić nazwy na coś, co bardziej oddaje charakter tego co robię. Ponieważ mieszkam w Singapurze, swoje poszukiwania prowadzę na najbliższych mi podwórkach kosmetycznych, jak Korea, Japonia, a od niedawna Indie. Nie wiem zatem sama, w którą stronę pokierować owe zmiany...


Przedstawiane tutaj treści mają jedynie charakter informacyjny. Autor nie ponosi odpowiedzialności za działania czytelników, ani żadne konsekwencje wynikłe z zastosowania podanych tu pomysłów oraz technik. W razie wątpliwości skontaktuj się ze specjalistą.