niedziela, 16 czerwca 2013

Pięknie zmieszani

Co łączy celebrytki jak Angelina Jolie, Halle Berry, Jessica Alba, Cameron Diaz i Megan Fox? Poza faktem, że uchodzą za piękności, wszystkie panie mają w sobie mieszankę genów różnych ras. Jessica Alba jest w połowie latynoską, Megan Fox i Angelina mają domieszkę indiańskiej krwi, zaś ojciec Halle Berry jest Afro-Amerykaninem. Ręka w górę, kto wiedział, że Naomi Campbell jest w ćwiartce Chinką?
Prześliczna Cassie Ventura - korzenie Filipińsko-Meksykańsko-Afroaamerykańskie
Im więcej szukałam informacji na  ten temat, tym więcej aktorów, celebrytów i artystów okazywało się być "rasowymi" mieszańcami (Alicia Keys, Nicole Scherzinger, Paula Abdul, Rihanna, Aaliyah, Kate Beckinsale, Mariah Carey, itd....). Można wręcz dojść do wniosku, że posiadanie domieszki egzotycznych genów tworzy ludzi o urodzie, która nam się podoba. 

Urodziwa Amerie Rogers o pochodzeniu Koreańsko-Afroamerykańskim
Jak to wyjaśnić? Naukowcem nie jestem, ale te czy inne teorie krążą na wyciągniecie ręki ;). Jeśli zetknęliście się z badaniami na temat twarzy kompozytowych, wiecie, że teoria głosi, że podobają nam się twarze "uśrednione",  gdzie nie ma wyrazistych rysów, ani nietypowych cech twarzy. Czy osoby o mieszanej wieloetniczności wpasowują się w ten model, gdyż mają większe szanse na osiągniecie "uśrednionego" wyglądu? A może pociąga nas genetyczna egzotyka, obiecująca szanse na bardziej genetycznie zdywersyfikowane potomstwo
Olivia Lufkin

Obojętnie co jest wytłumaczeniem, często jest tak, że osoby o wieloetnicznym pochodzeniu bywają wyjątkowo piękne. W Azji, tak jak na Zachodzie, ceni się urodę osób "pięknie zmieszanych" (choć czasami niestety z odrobiną nacjonalistycznej czkawki). Jeśli interesuje Was kultura popularna Japonii na pewno znacie takie osoby jak Namie Amuro, Anna Tsuchiya (jej ojciec jest Amerykaninem... polskiego pochodzenia ;D) czy Olivia Lufkin. Z Chin znamy przepiękną Angelababy, która też deklaruje domieszkę europejskiej krwi. Jeśli chodzi o Koreę, to miałam problem ze znalezieniem "zmieszanych" artystów... może ktoś podpowie? :)

Anna Tsuchiya

W Singapurze status osób "mixed-ethnicity" jest wyjątkowo ciekawy. Kraj zamieszkują 4 główne grupy etniczne (nie jest to może poprawny termin, bo chodzi o miksturę pochodzenia, religii, tradycji, itp., ale tego słowa używa rząd singapurski). Zdecydowanie dominuje tu grupa chińska (nie oznacza to kogoś z Chin - można być np. chińskim Malezyjczykiem, albo chińskim Filipińczykiem). W mniejszym procencie Singapur zamieszkują osoby, których przodkowie to Malajowie, Hindusi, Filipińczycy. Na dalszych miejscach są emigranci z innych krajów regionu oraz osoby, które klasyfikuje się tutaj jako "rasa kaukaska" (osoby, które kolokwialnie można określić jako "rasa biała").

Tak mieszane społeczeństwo powoduje... że marketingowcy mają bardzo trudną pracę, gdy chcą coś zareklamować ;). Nikt nie chce używać zdjęć modelek o typowo chińskim wyglądzie, bo alienuje to inne grupy i tym samym potencjalnie ogranicza ilość odbiorców przekazu. "Od biedy" można wykorzystać zdjęcia modelek z rasy kaukaskiej, bo wydają się "neutralne" w odbiorze dla większości grup etnicznych. Ale nic nie pobije uroku modelek o tak zwanym wyglądzie "pan-azjatyckim", czyli z jednej strony wyglądających jak Azjatki, ale tak naprawdę trudnych do przypisania do konkretnego kraju czy rejonu.
Angelababy - modelowa reprezentantka urody typu "Pan-Asian"
Osoby o mieszanym pochodzeniu często mają właśnie ten pożądany przez reklamodawców "Pan-Asian look".

Stąd w Singapurze pojawił się fenomen "The Overexposed Model". W Singapurze na przestrzeni kilku miesięcy twarz jednej konkretnej modelki zdominowała absolutną większość plakatów i reklam. To nie żart! Po drodze do pracy na odcinku kilkuset metrów jej twarz patrzyła na mnie przynajmniej z 3 witryn i plakatów! Więcej zdjęć TUTAJ.


Sama modelka nie mieszka w Azji i ma w sobie domieszkę europejskiej krwi. Co ciekawe, jej wygląd nie jest klasyfikowany tutaj jako wyjątkowo urodziwy. Ma zbyt szeroki uśmiech i zbyt ciemną cerę, ale może na tym polega jej urok, że nie odstrasza perfekcyjną urodą? Nie da się też przypisać jej do konkretnej nacji. Ja byłam przekonana, że jest Filipinką.

Drobną "sławę" osiągnęło też kilku blogerów o mieszanym pochodzeniu. Mamy w Singapurze Angelę Gray, Jona Yongfook oraz Sophie. Cała trójka uchodzi za wyjątkowo urodziwych i reprezentujących wygląd "Pan-Asian". 

Jon Yongfook
Nie ulegajmy jednak złudzeniu, że posiadanie wieloetnicznego pochodzenia zawsze gwarantuje urodziwy wygląd. Miałam kiedyś w pracy koleżankę, która po swojej chińskiej mamie odziedziczyła wszystko - od charakterystycznych oczu bez załamania powieki, po drobny owal twarzy, małe usta i drobną figurę. Po ojcu z niemiecko-brzmiącym nazwiskiem zaś trafił się jedynie... masywny nos z garbkiem, który nijak nie dodawał dziewczynie uroku.

Przyznam, że bardzo wahałam się przed pisaniem tego tematu, bo jak wszyscy wiemy, wywołuje on zawsze falę komentarzy typu "ACHAAAA! JEST DOWÓD, ŻE AZJACI NIENAWIDZĄ SWOJEGO WYGLĄDU I CHCĄ WYGLĄDAĆ JAK OSOBY BIAŁE!!!!!". Fakt, że w naszej własnej kulturze i mediach aż roi się od osób o przeróżnych kombinacjach genów i pochodzenia oczywiście takich komentujących nie obchodzi. Zawsze w tych dyskusjach najbardziej razi mnie właśnie ten dwulicowy standard, gdzie zachowania innych ocenia się według innych kryteriów, niż gdy ocenia się zachowania własne.

Pytanie pozostaje, co właściwie podoba się tutaj w Azji w osobach "pięknie zmieszanych"? Te same cechy, które ceni się u osób o mniej "skomplikowanym" pochodzeniu. Duże oczy z załamaną powieką (które występują naturalnie również u Azjatów), jasną cerę, wysoki mostek nosa, twarz w kształcie litery "V". Jeśli nie ma się tych cech, to bycie egzotycznym niewiele pomoże.

A co wy myślicie o osobach o wieloetnicznym pochodzeniu? Czy jest ktoś, kogo urodę bardzo cenicie?

niedziela, 9 czerwca 2013

Fałdki pod pachami? Japoński masaż może pomóc!

Japońskie techniki masażu pojawiały się już wielokrotnie tutaj na blogu i wiemy, że mogą pomóc ukształtować twarz i sylwetkę. Jakiś czas temu w bardzo starym numerze japońskiego magazynu Vivi moją uwagę zwrócił masaż, pomagający zmniejszyć wałki pod pachami - zmorę wielu kobiet, która powoduje, że niechętnie sięgamy po bluzki bez rękawów. Wbrew pozorom owe "fałdki" nie są koniecznie fałdkami tłuszczu! Nawet tak chude gwiazdki jak Victoria Beckham czy Eva Longoria mają owe fałdki. Obszar pod pachami jest bardzo podatny na zapuchnięcie limfą i masaż drenujący może znacznie poprawić wygląd tego miejsca:





Zdjęcia pochodzą z magazynu Vivi z listopada 2011 roku. Azjatycki Cukier nie jest właścicielem owych treści i przedstawione są one w celach informacyjnych.

Taki masaż ma na celu zredukowanie opuchlizny pod pachami. Nie jestem specjalistą od masażu, ale z tego co rozumiem, chodzi najpierw o uaktywnienie punktów akupresury pod obojczykiem, potem masujemy węzły limfatyczne pod pachą (oczywiście delikatnie!). Potem "przesuwamy" nadmiar wody zgromadzony w przedramieniu, plecach i boku brzucha w kierunku piersi. Brzmi dziwnie, ale podobną technikę masażu stosują japońskie salony powiększania piersi.

Jeśli kogoś nie przekonuje masaż, to zachęcam do nauczenia się metody zakładania stanika, gdzie "zbiera się" nadmiary opuchniętej skóry i tłuszczyków i "parkuje się" je w miseczce stanika. Taką technikę powinny pokazać Wam panie w profesjonalnych salonach z kobiecą bielizną. Oczywiście wiadomo - dobrze dobrany w rozmiarze stanik to podstawa!

Polecam zajrzeć na poniższy filmik - technika, o której mówię, zaczyna się mniej więcej w 1:50.
*

 *

Wiem, że niektórzy polecają na ten problem ćwiczenia... ale nie wiem, czy rozwinięcie sobie bicepsu i mieśni do okoła pomoże, czy tylko spotęguje problem. Jak wspominałam, owe fałdki choć wyglądają jak tłuszcz, to w większości przypadków wcale nim nie są. Oczywiście lekka joga jest dobra na wszystko i dodatkowo pomaga przywrócić w organizmie równowagę wody i polepszyć metabolizm :).

Może znacie inne sposoby na radzenie sobie z owymi fałdkami?

niedziela, 2 czerwca 2013

Wiecznie młode Azjatyki - czy to tylko kwestia genów?


Kiedy wspominam o różnicach w starzeniu, zawsze dostaję komentarze, że różnice między cerą Azjatek a na przykład Polek są wyłącznie kwestią genów, ewentualnie klimatu i diety. Ale mnie jakoś to nie przekonuje xD. Moim zdaniem różnica w wyglądzie, grubości i starzeniu się cery wynika głównie ze sposobu opiekowania się nią.

Kilka moich myśli w tym temacie:

1. Gdyby to była kwestia genów, różnice byłyby widoczne już we wczesnym wieku - gdy postawimy obok siebie "typową" 20 letnią Polkę i "typową" 20 letnią Koreankę, różnice w grubości, gęstości i wyglądzie cery będą niewielkie. Przyznaję, że większość Azjatów ma cerę bardziej tłustą, niż suchą, ale w Polsce posiadaczek przetłuszczającej się cery też nie brakuje.

Różnice między cerami przedstawicielek obu ras stają się bardzo widoczne dopiero, kiedy właścicielki przekraczają 40 czy 50 lat. Cera Azjatek pozostaje grubsza i bardziej sprężysta, zaś cera Polek traci jędrność, pojawiają się kurze łapki oraz (wynikająca z małej odporności na naciąganie) grawitacja twarzy - mniej ostry owal twarzy, "worki" pod oczami, widoczna zmarszczka między nosem a kącikiem ust.

Z mojej perspektywy, wygląda to raczej na pojawienie się efektów zaniedbania na tle ochrony przed słońcem. Cera młodych osób nie ma jeszcze tylu skumulowanych uszkodzeń, więc dla obu ras będzie wyglądać tak samo. Jednak wiele 20-letnich Polek ma przed sobą 30 lat wystawiania twarzy do słońca przy każdej okazji, potencjalne przygody z oparzeniami słonecznymi oraz około 10 lat zanim naprawdę sięgną po kosmetyki do pielęgnacji cery. Zaś 20-letnia Koreanka ma już za sobą 20 lat unikania słońca oraz kolejne 30 lat, w ramach których będzie używać filtrów, nawilżać cerę oraz uciekać od słońca.

Słońce powoduje 70-80% widocznych efektów starzenia. Promienie UVA nie tylko uszkadzają istniejące w skórze struktury elastyny oraz kolagenu, ale uszkadzają również fibroblasty - "fabryki" kolagenu. W efekcie opalana skóra traci możliwość odbudowywania się. Po każdym urlopie przeleżanym na leżaku w słońcu, w cerze będzie mniej fibroblastów. Z roku na rok skóra traci więc możliwość odbudowywania się.
Masako Mizutani, która zszokowała świat swoją "bez-wiekową" urodą.

2. Koreańscy czy Japońscy panowie i ich podejrzanie młodo wyglądające żony - w koreańskich parkach, zamkach i innych typowych miejscach na weekendowe rodzinne wypady zobaczycie podejrzane ilości panów w wieku około lat 50 w towarzystwie 3 nastolatków. Po bliższym przyjrzeniu okazuje się, że jedna z nich wygląda bardziej jak młoda kobieta. Po chwili orientujecie się, że to matka pozostałych dwóch! Dlaczego więc jej partner wygląda tak staro?! O ile młode pokolenie mężczyzn w Korei poświęca więcej uwagi swojemu wyglądowi i opiece nad cerą, o tyle starsze pokolenie nie ma tych nawyków i ich wiek można bez problemu odczytać z ich twarzy. Gdyby młody wygląd był tylko kwestią genów, ci panowie powinni zachować młody wygląd tak jak ich dbające o siebie żony, a jednak czas nie jest dla nich wcale łaskawy.

Nawet tutaj w Singapurze znam kilka osób, które do pielęgnacji skóry podchodzą z lekceważeniem i niestety odbija się to na ich wyglądzie.

3. Moja własna cera - przyjechałam do Singapuru w roku, w którym obchodziłam swoje 24 urodziny, Miałam już wtedy swoją pierwszą zmarszczkę i pierwsze oznaki utraty jędrności skóry. Około 3 lata temu przerzuciłam się na azjatyckie metody dbania o cerę, od około roku używam codziennie filtrów i mogę powiedzieć, że moja cera przeszła transformację. Nie jest już też przesuszona oraz jest znacznie mniej zaczerwieniona w okolicach nosa.

Moja skóra na chwilę obecną przypomina bardziej azjatycką cerę - jest grubsza, bardziej jędrna i nawilżona. Nie jest to zasługa genów - wszyscy moi przodkowie byli Polakami :).

Czy jest to więc kwestia diety? Nie sądzę. Z dwóch powodów. Po pierwsze to mit, że dieta Azjatów jest jakoś szczególnie zdrowa, różnorodna i bogata w owoce morza. Co je w ciągu dnia typowy Singapurczyk? Na śniadanie bee hoon (tłusty smażony makaron ryżowy), na lunch zupa z wieprzowiny, na kolację ryż z kurczakiem. Jakim cudem większość tych ludzi nie padła od niedoboru witamin, do teraz jest dla mnie tajemnicą :P. Po drugie, choć z mężem przestawiliśmy się w dużej mierze na lokalne jedzenie, staramy się unikać typowych bomb tłuszczowo-weglowodanowych i zamieniamy je na lokalnie dostępne potrawy ze świeżymi warzywami (których nie jedzą lokalni rezydenci), ja sama zaś nie przepadam za owocami morza i może raz na miesiąc zdarzy mi się zjeść krewetkę. A mimo to moja cera zmieniła się przez ostatnie lata.



Czy to klimat? Tendencję do wyglądania młodziej niż wskazywałby na to wiek można zaobserwować zarówno u Indonezyjek, jak Japonek. Mówimy więc o całej rozpiętości klimatów - od tropikalnego Singapuru, przez ostry wewnątrzkontynentalny klimat w Chinach, po łagodny, morski w Japonii.

Podsumowując, ciężko mi uwierzyć, że jest to tylko kwestia genów. Mówienie, "och bo Azjatki mają grubszą cerę, dlatego nie mają problemów z pękającymi naczynkami i dlatego wolniej się starzeją" wydaje mi się przeskokiem myślowym. Cera Azjatek jest inna, ale gdyby była to tylko i wyłącznie kwestia genów, to azjatycki rynek kosmetyków i usług kosmetycznych nie byłby tak rozwinięty, bo nikt nie musiałby za bardzo nic robić, by mieć ekstra cerę. Cera Azjatek jest inna, bo inaczej o nią dbają całe życie. Największa różnica, moim zdaniem, wynika z podejścia do słońca, w drugiej kolejności z opieki nad cerą (prewencja starzenia, zamiast zwalczania efektów).

Nie mówię, że geny nie mają tutaj nic do rzeczy, ale wydaje mi się, że ich znaczenie jest bardzo przeceniane.

Takie jest moje zdanie - nie jest to żaden naukowy dowód, ale raczej zbiór moich obserwacji. Może są wśród Was osoby, które po przestawieniu się na azjatyckie metody dbania o cerę (unikanie słońca, nawilżanie, anti-aging) zaobserwowały u siebie po dłuższym czasie zmianę w jakości cery?

wtorek, 28 maja 2013

Zaskakujący polski element w Singapurze!


Z dala od ruchliwych i zaludnionych dzielnic biznesowych i mieszkalnych Singapuru funkcjonuje kilka dzielnic przemysłowych, gdzie mieszczą się siedziby wielkich firm i magazyny. W tych słabo zaludnionych obszarach zazwyczaj funkcjonuje grupka małych biznesów, jak drobne punkty gastronomiczne czy sklepiki, świadczące usługi osobom, którym przypadło pracować w tych mało eleganckich dzielnicach.

W Tai Seng - dzielnicy magazynów wielu luksusowych marek oraz sklepów z meblami - znajduje się bardzo intrygujący sklepik, o dźwięcznej nazwie "Poland Food Suppliers" :D Sprzedaje on absolutnie przepyszne lokalne owoce, jak ananasy, banany, papaje czy arbuzy; można też poprosić o zrobienie na miejscu soku ze świeżych owoców. Miałam okazję kilka razy kupować tam owoce, jako, że przez ponad rok moje miejsce pracy znajdowało się w tej okolicy.


Ale jakoś nigdy nie było okazji zapytać, skąd wzięła się nazwa, bo sklepik mimo, że na odludziu, zawsze był pełen klientów. Aż do zeszłej niedzieli, gdy zawędrowaliśmy w ramach spaceru do Tai Seng i zastaliśmy tam samego założyciela. Początkowo, zapytany o nazwę sklepiku, był ciut zbity z tropu tym nietypowym pytaniem. Ale gdy powiedzieliśmy mu, że sami jesteśmy z Polski, opowiedział nam, że inspiracją dla niego była... uprzejmość dwóch Polaków, których poznał, gdy był młody! Sklepik istnieje od 47 lat, zaś sam właściciel miał nawet okazję odwiedzić Polskę jakieś 20 lat temu.

Jeśli będziecie w Singapurze, to gorąco zachęcam do odwiedzenia "Poland Food Suppliers". Co prawda jest to po prostu małe, lokalne miejsce z owocami (mają prawdziwie przepyszne owoce w bardzo dobrych cenach; tak słodkiego ananasa nie dostaniecie nigdzie indziej :D), ale myślę, że jest warte odwiedzenia. Dotarcie tam jest banalnie proste - po wyjściu ze stacji Tai Seng będziecie przy długiej ulicy; skierujcie się na północ. Miniecie po drodze kilka budynków, wysokie przejście nad ulicą, dwa "food court'y" i za tym drugim po lewej znajdziecie sklepik. Jeśli chcecie zagadać do właściciela, szukajcie chińskiego staruszka o szaro-czarnych włosach oraz czarnych oczach z nietypową blado-niebieską obwódką.


Może sklepik nie sprzedaje polskich produktów, ale jest to zdecydowanie miły polski akcent w singapurskim krajobrazie :)

niedziela, 26 maja 2013

Krem BB w poduszce?


Ostatnio coraz więcej pojawia się podkładów i kremów "w poduszeczce" - tak zwane "cushion" BB. Ma je w swojej ofercie wiele koreańskich firm. Wyglądają mniej więcej tak:







Przez długi czas nie umiałam wymyślić, czym jest ta poduszeczka xD Myślałam, że może to tak "spieniony" krem, coś na kształt podkładu Bourjois Mineral Matte, który w środku był taki właśnie gąbczasty... Potem myślałam, że to może jakaś nowa formuła i ten krem taki gąbczasty jest z natury.

Więc jak w końcu miałam okazję dorwać taki podkład w swe łapki, to oczywiście od razu zaaferowana pobiegłam do domu testować... i okazało się, że to po prostu bardzo rzadki, prawie wodnisty krem BB i nasączona nim gąbeczka xD Do nakładania używamy dodatkowego płatka z gładkiej poduszeczki. Trzymanie kremu w takiej formie - czyli nasączonej gąbeczki, pozwala wypuszczać produkty, które są zbyt wodniste i lejące, aby być sprzedawane w klasycznej formie. A im rzadszy krem/podkład, tym cieniej można go rozprowadzić.

Już wkrótce recenzja mojego pierwszego kremu "w poduszeczce"... lub mówiąc bardziej prozaicznie: mojego pierwszego BB "w gąbce" ;p.

Spotkałyście się z kosmetykami sprzedawanymi w tej formie?

czwartek, 23 maja 2013

Zamiast Designing Jelly?

Designing Jelly był pierwszym produktem, który przedstawiłam Wam na moim kanale YouTube i z pewną nostalgią zmagam się z myślą, że być może ten produkt za jakiś czas całkowicie zniknie z singapurskich półek. Od dłuższego czasu to, co stoi w sklepach, pochodzi z roku 2011, a przyznam, że nie ufam kosmetykom o dacie produkcji dalszej niż rok xD

Sygnałem, że Designing Jelly doczekał się następcy jest dość podobna w działaniu nowa seria wypuszczona przez Liese. Mamy do wyboru dwa typy produktów - do użycia na suchych włosach lub do użycia z suszarką.

Mleczko przeciw puszeniu włosów:


Pianka nadająca skręt - wygląda jak nowa wersja mojego ulubionego Designing Jelly II:


Poza tym, dostępne są dwa produkty o podobnym działaniu (jeden wygładzający, jeden nadający objętość) do użycia z suszarką:
Jak na razie, dalej nie dorobiłam się suszarki, więc tych drugich nie spróbuję, ale myślę, że skuszę się w przyszłości na dwa pierwsze. Ostatnio coraz bardziej zaniedbuję włosy - podziwiam włosomaniaczki, które mają siłę olejować, maskować, łykać i pić różne wspomagacze... Mi by się tam marzyło, żeby włosy były bardziej jak cera, gdzie po doprowadzeniu do dobrego stanu, można zminimalizować opiekę do kluczowych składników ;p.

Zdarza się Wam w ogóle korzystać z tego typu produktów do stylizowania włosów? Czy może macie swoje domowe sposoby na uzyskanie gładkich włosów? :)

wtorek, 21 maja 2013

Jak nie kupić podróbek kosmetyków azjatyckich?


Lubię czytać wiadomości od Was, jednak jak widzę kolejną wiadomość ze zdjęciem produktu i pytaniem, czy to oryginał czy nie, to przyznam, że skacze mi ciśnienie. Dlaczego? Ponieważ uważam, że jako klienci i użytkownicy azjatyckich marek nie powinniśmy uprawiać tej gierki w kotka i myszkę ze sprzedawcami podróbek! To gra między oszustem, produkującym coraz to bardziej dokładne repliki opakowań, a klientem, który swym sokolim okiem próbuje "złapać" oszusta na niedokładnościach w podróbce! Nie bierzmy w takiej grze udziału!

Pogódźmy się z tym - technologia idzie do przodu i jest coraz łatwiej dostępna. Wyprodukowanie 100% zgodnej z oryginałem repliki opakowania nie jest wcale żadnym wyczynem. Jeszcze 5 lat temu podróbki ewidentnie wyglądały inaczej niż oryginały, ale na chwile obecną różnice potrafią być tak marginalne, że nawet pod lupą wyglądają tak samo. Prężny chiński przemysł i brak regulacji prawnych w kwestii ochrony własności intelektualnej powoduje, że wyprodukowanie replik opakowań nie jest żadnym wyzwaniem. Potem wystarczy kupić baniak taniego fluidu udającego BB kremy i gotowe. Nie wierzycie, że coś takiego istnieje? Zerknijcie choćby tutaj - można sobie zamówić 25 kg kremu BB w wiaderku! Kremu o niewiadomych właściwościach i standardzie higieny produkcji, ale z wierzchu wyglądającego jak zwykły BB krem. Albo może ktoś ma ochotę na "Misshę" wyprodukowaną w Wenzhou? (Tak na marginesie, oryginalna Missha jest produkowana w Korei).

Po drugie, można czasem stwierdzić, że coś nie wygląda zgodnie z oryginałem - ale czy to na pewno podróbka? A co jeśli to po prostu inna partia? Albo starsza edycja? Czy naprawdę chcemy się bawić w detektywów?
Po lewej podejrzany produkt kupiony przez czytelniczkę na sieci, po prawej przywieziony z Seulu It's Skin dostęny na Azjatyckim Bazarze.
Więc jak unikać podróbek?

1. Źródło, źródło i tylko źródło - tylko kupując w oryginalnym butiku marki, bezpośrednio od producenta lub oficjalnego dystrybutora możecie zagwarantować oryginalność produktu. Jeśli kupujecie od pośrednika, nie bójcie się "rozliczyć" sprzedawcę i zapytać, skąd dokładnie ma produkt. Dobry sprzedawca nie będzie robił z tego tajemnicy i powinien wiedzieć, gdzie zdobył kosmetyk, oraz wyjaśnić jak i kiedy został nabyty.

Wcale nie jest też tak trudno kupić bezpośrednio od samych producentów - wiele koreańskich marek ma swoje oficjalne sklepiki na Gmarket i choć cena przesyłki jest wysoka (niestety, Gmarket ma system pakowania przesyłek od producentów w dodatkowe pudełko i wysyła tylko kurierem), to przy większych zamówieniach to się może opłacać. Na Azjatyckim Bazarze często zaopatruję się właśnie w tych sklepikach i ponieważ przepakowuję Wasze produkty w lżejsze koperty bąbelkowe i wysyłam tradycyjną pocztą lotniczą, cena wychodzi porównywalna. Sama często przywożę produkty prosto z Seulu, gdzie w oficjalnych butikach przy większych zakupach zawsze można dostać dobrą zniżkę.

2. Unikajcie pośredników pośredników - za każdym razem, gdy produkt przejdzie przez ręce pośrednika, nabijana jest marża. Im większa ilość pośredników, tym więcej marży akumuluje się na produkcie, więc cena rośnie. Im wyższa cena, tym mniejsza sprzedaż, więc produkty, które przechodzą przez wielu pośredników zanim trafią do Was, muszą mieć z założenia niską cenę bazową. Jeśli kupujecie od sprzedawcy na allegro, który zaopatruje się na ebay, od hurtowni, która rzekomo kupuje w Korei... to szanse na to, że kupujecie oryginał są mniejsze.
Po lewej opakowanie ma układ i czcionkę zgodną z produktami SkinFood. Po prawej wersja kupiona na Allegro ma nieprawidłowy układ i delikatnie inną czcionkę.
3. Kupujcie niszowe marki - oszuści pasożytują na wysiłkach marketingowych dużych firm, które wydają miliony na zatrudnienie celebrytów, czy na produkcję i dystrybucję materiałów marketingowych. To właśnie sławne marki są kąskiem, na który oszuści są wyjątkowo chętni. Im bardziej popularna marka, tym większa łatwość w opchaniu podróbek. Z drugiej strony małe firmy, które dopiero przebijają się, często muszą wypuszczać naprawdę dobre produkty, by utrzymać się na już ogromnie zatłoczonym rynku. Choć te małe firmy wypuszczają nieraz niesamowicie dobre produkty, nikt nie będzie zainteresowany ich podrabianiem, bo nie stoi za nimi wystarczająco atrakcyjny marketing. 

Dlatego, jeśli kupujecie mało znane marki jak Mizon, The Skin House, Secret Key, itp., prawdopodobieństwo, że kupicie podróbkę będzie niewielkie. Tak samo sprawa ma się z kupowaniem mało znanych produktów znanych marek.

Podsumowując - uważajcie, kiedy kupujecie popularne produkty popularnych marek, nie kupujcie od pośredników pośredników i pytajcie, skąd jest produkt.

Jak zawsze zachęcam do dyskusji, ale od razu zastrzegam, że nie będę publikować komentarzy promujących konkretnych sprzedawców czy sklepy. Nie chcę, by ten wpis stał się wielkim wątkiem reklamowym.

Piszę tu o Azjatyckim Bazarze (który już nieraz się przewijał w innych wpisach), ale nigdy nie ukrywałam, że jest to mój własny biznes. Nawet jeśli nie zdecydujecie się na zakup w moim sklepiku tylko gdzieś indziej, bądźcie rozważni i nie dajcie zarobić oszustom, sprzedającym rzeczy niewiadomego pochodzenia.

PS. Dziękuję wszystkim, którzy podsyłają nazwy użytkowników allegro, którzy kradną opisy produktów z Bazaru i bloga. Niestety Allegro umywa od tego ręce i nic nie mogę zrobić. Mój jedyny komentarz dla klientów tych osób - skoro ten sprzedawca okrada mnie, skąd pewność, że nie okrada Ciebie?

Posty, które moga Cie zainteresowac

Related Posts with Thumbnails