"Dolina łez" - jak się jej pozbyć

"Dolina łez" to potoczna nazwa bruzdy, pojawiającej się pomiędzy okiem a policzkiem. Jest o tyle charakterystyczna, że zaczyna się w rejonie wewnętrznego kącika oka, po czym rozwija się prawie jako linia prosta w kierunku naszego policzka.

"Dolina łez" nie jest z natury anomalią. Wiele z nas ma jej delikatny zarys od zawsze. Problem pojawia się, gdy owa dolina nadmiernie się rozwija, zmienia kolor lub staje się na tyle głęboka, że przecina policzek wyraźnym cieniem.

Warto zwrócić uwagę, że nie każda bruzda czy wgłębienie w okolicy oka to automatycznie "dolina łez". U osób, borykających się z problemem worków pod oczami, gdzie przegroda oczodołowa wybrzusza się, albo osób, które zaobserwują, że dochodzi do przepukliny poduszeczki tłuszczowej pod okiem, można również dostrzec pojawienie się zapadnięcia, ciągnącego się pod wybrzuszeniem. Jednak nie jest to klasyczna "dolina łez", a objaw pojawienia się worka pod okiem. Ten problem zostanie omówiony osobno w innym wpisie.

Jest wiele przyczyn powstania "doliny łez", więc nie ma jednego sposobu na rozwiązanie tego problemu. Każda z nas musi indywidualnie ocenić co powoduje pojawienie się i pogłębianie tej zmiany, oraz jaki system najlepiej ją uleczy. 

Generalnie zakłada się, że do powstania doliny łez przyczyniają się następujące czynniki:

1. Ogólna utrata objętości twarzy - ten naturalny proces towarzyszy nam całe życie. W latach nastoletnich pomaga pozbyć się pucułowatości z twarzy. Z czasem jednak ten proces powoduje zaostrzenie naszych rysów i pojawienie się na twarzy różnych bruzd i zapadnięć. Może dojść do ubytku masy kości, podskórnej tkanki tłuszczowej, masy mięśniowej, itp. 


Jak złagodzić ten proces? Moim zdaniem najlepiej zainwestować w naturalne wypełniacze, które motywują naszą podskórną tkankę tłuszczową do namnażania się oraz zwiększenia ilości przechowywanych w komórkach tłuszczowych lipidów. Większe komórki tłuszczowe w konkretnych miejscach przywrócą twarzy jej naturalnie pełny wygląd. W przeciwieństwie do wstrzykiwanych wypełniaczy, nasz własny tłuszcz nie jest usilnie zwalczany przez nasz organizm. Nie wspominając o dużo niższych kosztach kuracji naturalnym wypełniaczem bez wstrzykiwania.

Polecam tu naturalny wypełniacz bez wstrzykiwania firmy BRTC, który nie tylko zawiera Volufiline, czyli czynnik pobudzający produkcję i rozwój tkanki tłuszczowej w miejscu aplikacji, ale zawiera też ujędrniające peptydy oraz nawilżający kwas hialuronowy.


2. Migracja twarzy - poza procesem utraty masy twarzy, innym, który zachodzi całe nasze dorosłe życie, jest powolna wędrówka wszystkich naszych tkanek twarzy w dół. Główną przyczyną jest tutaj oczywiście grawitacja, która powoduje powolne naciąganie się naszych tkanek łącznych, niektórych mięśni twarzy oraz powolną wędrówkę ulokowanych w twarzy poduszeczek z tłuszczem w dół.



Z czasem nasz policzek zaczyna delikatnie ciążyć w dół - objawami tego jest pojawienie się zmarszczki "od uśmiechania" (która wbrew nazwie nie ma nic wspólnego z uśmiechaniem), nasz uśmiech zaś pokazuje mniej górnych zębów, wydłuża się rynienka nosowa. Tam, gdzie masa policzka rozdziela się z obszarem oczodołu manifestuje się "dolina łez".

Na migrację twarzy nie ma jednego, dobrego sposobu. Ale z arsenału różnych narzędzi, polecić mogę masaże twarzy, które delikatnie "upychają" policzek na miejsce, pomagając w ten sposób złagodzić wyrazistość zapadnięcia między skórą oka, a policzka.



Z książki "Chirurgia plastyczna w Twoich rękach" polecałabym masaże 10, 12 i 13. Masaż numer 10 skupia się na podniesieniu dolnej połowy twarzy, dając dobrą podstawę dla podniesienia policzka. Jeśli jednak masz naturalnie szczupłą twarz, lepszym rozwiązaniem jest skupienie się na masażu nr 12 i 13.

3. Mało elastyczna cera - choć za powstanie problemów z "doliną łez" odpowiada głównie to, co dzieje się pod skórą, mało elastyczna i wiotka cera tylko zaostrzy problem. Cera w okolicach oka jest bardzo podatna na utratę elastyczności - jest naturalnie cienka, przez co bardziej podatna na przesuszanie, ciężko pracuje wraz z naszą mimiką i często nie dostaje dostatecznej ochrony przed słońcem. 

Jak o nią dbać? W latach, gdy objawy starzenia nie są jeszcze widoczne, kremy ze stabilną witaminą C lub E są idealnym wyborem. Jeśli skóra już jest zwiotczała, najlepszą inwestycją będą produkty, zawierające czynniki wzrostu skóry, które naturalnie zachęcą naszą cerę do produkcji własnego kolagenu.

Polecam tutaj żelowe płatki Petitfee, nasączone pielęgnującym płynem, wzbogaconym o EGF, podstawowy czynnik wzrostu w walce o bardziej elastyczną skórę. Co ciekawe, EGF aplikowany w regiony oczu nie tylko ujędrnia skórę, ale też łagodzi wyrazistość worków pod oczami (udowodnione w procesie badań klinicznych).



A co z ćwiczeniami?


Dla "doliny łez" kluczową rolę odgrywa mięsień "leviator labii superioris", który przeplata się z mięśniami oka i przyczepiony jest do naszej górnej wargi. To ten mięsień pozwala nam unosić górną wargę w grymasie odsłaniającym kły. To też jeden z mięśni, który bardzo ulega procesowi migracji - z czasem naciąga się i ciąży w dół (wraz z innymi mięśniami policzków, w dużej mierze jest odpowiedzialny za podtrzymanie okrężnych mięśni ust). Podobny los dzieli mięsień, odpowiedzialny za unoszenie naszych kącików ust ku kościom policzkowym. To naciąganie i ciążenie powoduje, że policzek rozdziela się od obszaru oka.


Odpowiedzią na te procesy mogą być ćwiczenia twarzy. Problem z ćwiczeniami jest jednak taki, że bardzo ciężko je wykonać poprawnie i bez ryzyka powyginania skóry w dodatkowe zmarszczki. Choć guru ćwiczeń będą obiecywać super efekty, prawda jest taka, że ćwiczenia to ryzykowna strategia. Na przykład ćwiczenia, uwzględniające podnoszenie górnej wargi, praktycznie gwarantują ogrom nacisku i stresu dla skóry w ramach bruzdy ustnej oraz nad wargą. Dlatego nie jestem ich wielkim zwolennikiem.

Polecam jednak łagodniejszą i naturalniejszą formę ćwiczeń, którą nazwałabym świadomą mimiką. Gdy mówisz lub się uśmiechasz, postaraj się świadomie zaangażować mięśnie policzków, by kąciki ust były maksymalnie i symetrycznie uniesione. Gdy się uśmiechasz, staraj się zaangażować mięśnie policzków i zawsze odsłonić górne zęby. Jeśli efektem będą obolałe i naprężone policzki, zrelaksuj je "dramatycznie" wymawiając literę "O" i przetrzymaj dźwięk przez kilka sekund, starając się oddalić usta od twarzy. Jednak wykonuj to ćwiczenie bardzo delikatnie, ponieważ może ono zintensyfikować zmarszczki dookoła ust.



Dlaczego wstrzykiwanie to zły pomysł?


Moim zdaniem wszystko, co robimy dla twarzy, powinno płynąć z troski i dobrych intencji. Traktując naszą twarz z szacunkiem, będziemy o nią dbać na równi z tym, jak dbamy o zdrowie swoich zębów, oczu, ciała czy włosów. Wstrzykiwanie jednak nie ma nic wspólnego ze zdrowiem czy dbaniem o siebie - to tylko iluzja, która w żaden sposób nie dba o nas, a jedynie napycha kasy salonów medycyny estetycznej. Nasze ciało nie toleruje takich wypełniaczy. Dlatego w typowych gabinetach wstrzykiwane jest trochę więcej substancji - w ciągu pierwszych kilku dni, nasze ciało pozbędzie się nawet do 30% wstrzykniętego wypełniacza. To wskazówka, jak intensywnie nasz organizm broni się przed taką interwencją.

Wypełniacze bez wstrzykiwania zaś działają zgodnie z naszą biologią, dbanie o elastyczność cery nie różni się niczym od dbania o dobrze zmineralizowane szkliwo na zębach. Ale wstrzykiwanie dla zdrowia i dobra naszego ciała nie robi nic.

Realistyczne oczekiwania


Zawsze, gdy dbamy o siebie, warto mieć realistyczne oczekiwania wobec tego, co możemy osiągnąć. Kosmetyki, masaż i ćwiczenia, pomagają naszemu ciału zachować jego optymalną formę, ale nie zbliżą nas do "wyfotoszopowanych" ideałów w mediach. Jeśli zawsze na naszej twarzy gościła łagodna forma doliny łez, czy naprawdę warto na siłę próbować pozbyć się jej całkowicie, wbrew naszym predyspozycjom? Moim zdaniem nie.

Ale dbanie o zdrowie i dobry stan wszystkich tkanek naszej twarzy to, moim zdaniem, dobry pomysł.
Jeśli śledzicie moją działalność w innych miejscach niż sam blog, pewnie wiecie, że od wielu miesięcy bardzo męczy mnie fakt, że zrobił się tutaj taki bałagan. Format bloga jednak chyba nie jest odpowiedni dla typu treści, które chciałam Wam przedstawić. Jest tu ogrom wiedzy, to prawda, ale wszystko jest zabałaganione, że nawet ja sama mam problemy z odnalezieniem interesujacych mnie tekstów. Dlatego chwilowo nic nie piszę.

Jeśli interesują Was azjatyckie kosmetyki, to zapraszam na AzjatyckiBazar.com, gdzie kontynuję swoją misję przedstawiania Wam interesujących produktów z Azji :). 

PS. Wiem, że krążą plotki, że niby jestem w ciąży,  mam depresję, raka i chowam się po operacji plastycznej. Nie, nie jestem w ciąży, nie mam depresji, nie mam raka, ani nie chowam się po operacji plastycznej. Całą swoją energię skupiam obecnie na Azjatyckim Bazarze.

Porozmawiajmy o podróbkach... z trochę innej strony.


Zanim zaczniemy wpis o podróbkach, chciałabym zaprosić was do wzięcia udziału w pewnej opowieści. Wyobraźcie sobie, że mieszkacie w niewielkim miasteczku, w którym jest 5 piekarni. Wszystkie piekarnie, choć mają różne szyldy, kupują swoje wypieki w jednej mega-piekarni. Ceny mają podobne, choć piekarnia w samym centrum jest bardziej prestiżowa i nalicza kilka złotych więcej za tego samego rogalika, którego możecie kupić w trochę mniej prestiżowej piekarni na peryferiach. Choć piekarnie sprzedają ten sam produkt, naliczają mu różne ceny.

A teraz wyobraźcie sobie, że chcecie to zmienić. Oszczędzacie kapitał startowy, pożyczacie co się da w banku i od rodziny, wynajmujecie lokal, kupujecie szyld i sprzęt piekarniczy. Miesiącami, jeśli nie latami pracujecie nad recepturą na idealny rogalik. Kiedy w końcu stajecie się rogalikowym mistrzem, wiecie, że wasz rogalik jest tak pyszny, tak wyjątkowy i tak delikatny, że żadna mega-piekarnia nigdy nie wyprodukujcie mu równego.


Idziecie dalej - płacicie za kampanie reklamową i nawet zatrudniacie lokalną celebrytkę do występu w kampanii reklamowej na rzecz waszego produktu. Otwieracie stronę internetową, gdzie klienci mogą składać zamówienia on-line na przepyszne produkty. Wysyłacie pudełka swoich rogalików do lokalnych stacji radiowych, redakcji i telewizji, licząc na przychylne słówko dziennikarzy. Wysyłacie swoje rogaliki nawet znanym YouTuberkom ;D. Ponosicie koszty zatrudnienia sprzedawców pracujących w waszym sklepie, płacicie ich pensje i składki. Niestety ogrom ponoszonych przez was kosztów odbija się na cenie rogalików i za jednego w sklepie trzeba zapłacić 10 PLN.

Ale to nie problem, bo sprzedajecie również swoje rogaliki z 2 PLN panu Jackowi, by mógł rozłożyć straganik przed waszym sklepem i sprzedawać wasze rogaliki za 6 PLN.

CHWILA, ŻE CO? Dlaczego miałybyście to robić? 

No właśnie... Przecież poniosłyście wszystkie koszty - od opracowania receptury, utrzymania swojego sklepu, pracowników, strony internetowej, nie mówiąc o kosmicznych kosztach reklamy i PR! Nigdy nie sprzedałybyście swoich rogali jakiemuś panu Jackowi, by sprzedawał je po cenach NIŻSZYCH niż w waszym własnym sklepie. To byłoby nielogiczne dawać mu taką możliwość! Nie jesteście mega-piekarnią, tylko producentem i sprzedawcą zarazem.

Ma sens, czyż nie? A teraz zamieńcie rogaliki na kosmetyki (niekoniecznie koreańskie... pomyślcie o markach jak M.A.C., Urban Decay, Chanel, itp.), a pana Jacka na eBay i zapytajcie się, czy dalej nagle ma to sens?

Wiele osób mylnie zakłada, że marki kosmetyczne jak Skin79, Etude House, Laneige, Holika Holika, itd. są jak opisana w historii "mega-piekarnia", czyli że oferują swoje produkty po cenach hurtowych, zaś dystrybutorzy decydują, po jakich cenach je sprzedają. Niestety tak nie jest. Większość sławnych marek, jest zarówno producentem, jak i dystrybutorem. Sami płacą za produkcję swoich kosmetyków i sami je dystrybuują, ponosząc przy tym koszty utrzymania swoich butików, sklepów on-line oraz kampanii marketingowych.

Koreańskie marki w Polsce


W Polsce jest już kilku dystrybutorów oryginalnych marek azjatyckich, którzy mają podpisane porozumienia z producentami i ich bezpośrednią współpracę. Mamy polską Misshę (missha.com.pl), sklep Myasia.pl jest oficjalnym dystrybutorem Holika Holika i Lioele, sklep AsianStore.pl dzielnie wywalczył prawa do dystrybucji Ginvery, Bio-Essence, BRTC i Mizon. Ale kiedy przyjrzycie się cenom w tych sklepach i tak daleko im do cen na eBay, ponieważ zadaniem oficjalnego dystrybutora nie jest zagrażać biznesowi marki, którą dystrybuuje.

Jest wiele marek, które do re-dystrybucji podchodzą jak do jeża. Choćby Etude House, który wyznaje zasadę "albo nasz własny butik, albo wcale", czy Skin79, który jest BARDZO oporny w nawiązywaniu współprac. Są też marki, które nie redystrybują, bo nikt w ich drużynie nie mówi w języku innym, niż koreański (Sidmool -_-;, wiem, bo czasami do mnie "dzwonią"). Marka My Beauty Diary produkuje tylko dla większych dystrybutorów, jak sieci sklepów typu Sasa i nie są zainteresowani współpracą z nikim mniejszym.

Zawsze się zastanawiam, co dzieje się w głowach osób, które zamawiają produkty na eBay po cenach niższych, niż na przecenie w butiku producenta i zapierają się rękami i nogami, że produkt jest autentyczny. Jakim cudem ów eBayowy sprzedawca nabył go po tak niskiej cenie? Może jeszcze dopłaca do wysyłki? Taki charytatywny i miły z niego człowiek?

Nie mówię, że każdy sprzedawca eBay czy Alegro musi opychać podróbki, bo przecież też może być oficjalnym dystrybutorem, który działa w pełni legalnie i za przyzwoleniem producenta. Ale trzeba się pytać, jak to możliwe, że oferowane ceny są dużo bardziej konkurencyjne niż te na stronach producenta.

Jak odróżnić markę, która pozwala na re-dystrybucję, od takiej, która nie pozwala?


Zasadniczo, jeśli marka ma własne butiki, lub stoiska w ramach domów handlowych, mało prawdopodobnym jest, że odsprzedaje "na boku, po cenach hurtowych" swoje produkty, by te mogły być re-dystrybuowane po eBay'u, Allegro czy innych tego typu platformach po cenach niższych, niż w ich własnych placówkach. Pomyślcie o markach typu M.A.C. czy Urban Decay, a markach jak Nivea czy Eveline. Które z nich znajdziecie na półkach w Tesco czy innego supermarketu?


Jeśli chcecie kupować oryginały, kupujcie u źródeł, czyli samych producentów, u oficjalnych dystrybutorów, lub od sklepów, które się u nich zaopatrują. To nie jest tak, że każda podróbka zrobi wam bajzel na twarzy czy włosach - podróbki często są tworzone z użyciem prostych mikstur niegroźnych substancji, i takie miksy można sobie na kilogramy i wiadra kupić choćby na alibaba.com. Ale wiele firm, które dorobiło się pozycji na rynku, doszło do niej poprzez przemyślane receptury.

Są też marki, które z założenia są markami, które poddają się dystrybucji poprzez hurtownie, itp. Taką marką jest np. Kaminomoto czy Yamano, dlatego na tych produktach często są naklejki z informacją z jakiej hurtowni pochodzą i kto je do danego kraju sprowadził.

Jakie w tym wszystkim jest miejsce Azjatyckiego Bazaru?


Kiedy otwierałam tego bloga, nie chodził mi po głowie plan sprzedaży kosmetyków. Wręcz przeciwnie - sama polecałam Wam sprzedawców na eBaym, którzy cieszą się dużym poważaniem ... do czasu, aż zaczęłam dostawać komentarze, że zakupione przez czytelniczki produkty są jakieś nie takie, jak być powinny. Zaczęłam dostawać prośby, czy w takim razie, skoro jestem w Singapurze czy przy okazji wakacji w Korei, mogłabym zakupić produkt w sklepie i go przesłać. Tak zrodził się Bazar.

Bardzo mnie cieszy każda wiadomość o rosnącej popularności i dostępności koreańskich marek w Polsce czy Europie :D, bo to oznacza możliwość kupowania oryginałów bez stresu i wątpliwości. Oznacza również więcej możliwości i ścieżek w pielęgnacji, tak, że każdy będzie mógł znaleźć coś dla siebie - albo wśród produktów ze Wschodu, lub z Zachodu, które mają rożne podejścia do wielu spraw.

Ja zaś dalej testować dla Was będę kosmetyki i jeśli mi się spodobają, trafią na Bazar i będę je dla Was kupować i Wam je przekazywać. Bazar jest tycim przedsięwzięciem, którym zajmuję się dwa wieczory w tygodniu, więc nie aspiruję do rangi dystrybutora i nigdy nie będę w stanie zaoferować niskich cen, bo produkty kupuję z marżami sklepowymi :(. Ale mam nadzieję, że będę Wam w stanie oferować zawsze kosmetyki przetestowane i skuteczne :).

Mam nadzieję, że rozważycie argumenty podane w tym wpisie.

Koreańskie sposoby na piękne dłonie

Wiele z Was pytało o wpis w tym temacie. Skupię się tutaj głównie na produktach koreańskich, bo to właśnie rynek koreański ma największy wybór ciekawych i innowacyjnych kremów.

W Korei, gdzie rynek kosmetyczny jest wyjątkowo ciasny i zapchany, firmy muszą ze sobą ostro rywalizować o uwagę klientek i robią to co roku przedstawiając nowe pomysły, nowe składniki, sposoby aplikacji, itp. Prawie zawsze, jeśli wprowadzają nową serię kosmetyków, w kolekcji znajdzie się krem do rąk.

Kremy do rąk


Kremy bywają lepsze i gorsze. Z tych bardziej innowacyjnych miałam kiedyś krem z (moim zdaniem niesłusznie) popularnym SYN-ake, który niby rozkurcza zmarszczki. Nie zauważyłam jednak jakiegoś szczególnego działania na dłonie. Testowałam też krem Holika Holika z ceramidami i ten był bardzo przyzwoity. Zużyłam też wiele tubek kremów do rąk z Dr. G i te są naprawdę dobre.


Ostatnio trafił mi w ręce krem do rąk firmy TheFaceShop, wzbogacony o witaminę C, ekstrakt z jagód i SPF20 (chroni przed powodującymi przebarwienia promieniami UVB) oraz PA++ (chroni przed postarzającymi skórę promieniami UVA). Krem wymaga chwili na wmasowanie i wchłonięcie, ale poza tym sprawuje się świetnie. Biorąc pod uwagę, że promienie słoneczne bardzo niszczą dłonie (przebarwienia, ubytek tkanki tłuszczowej), to jest to fantastyczny pomysł na bardzo słoneczne miesiące.

Maseczki na ręce


Kilka razy kupowałam w Korei rękawiczki-maseczki, wypełnione pielęgnującymi substancjami (czasami można je upolować na Azjatyckim Bazarze, jeśli wpadną mi w ręce). Pomysł na działanie jest podobny jak przy sheet-masks - w foliowych rękawiczkach ukryta jest, nasączona pielęgnującą substancją, ligninowa płachta. Po zdjęciu rękawiczek nie płuczemy rąk, tylko delikatnie wklepujemy pozostałości maseczki w skórę.

Maseczki, które testowałam, przynoszą natychmiastową ulgę, ale nie powiem, żeby efekty w dłuższej perspektywie były jakoś widoczne... 


Inni ciekawy pomysł, to specjalne "naparstki", które działają podobnie jak rękawiczki, ale zakładamy je tylko na paznokcie. Ciekawy pomysł dla osób, borykających się z pożółkłą płytką paznokcia, choć tutaj pewnie trzeba by używać tego produktu bardzo regularnie.

Innowacje


Jakiś czas temu wpadł w moje ręce ciekawy gadżet do parafinowej kuracji paznokci. Kto ma suche i łamliwe paznokcie wie, że przykrycie ich warstwą ciepłej parafiny potrafi przynieść sporo ulgi. Producenci jak It's Skin wypuścili więc na rynek plastikowe kubeczki, wypełnione małą porcją parafiny. Zalewamy taki kubeczek gorącą wodą, parafina wypływa na wierzch, tworząc grubą warstwę, w której możemy zanurzyć czubki palców. Na kubeczku jest specjalna kropka, która zmienia kolor w zależności od temperatury wody w kubku, więc nie ma ryzyka oparzeń.



Gry parafina się schłodzi, odlewamy nadmiar wody i kubeczek jest gotowy do kolejnego użycia.

Ubytek tkanki tłuszczowej


Jeśli macie tendencje do utraty tkanki tłuszczowej z dłoni, jak zawsze polecam zainteresowanie się wypełniaczami bez wstrzykiwania. Zwłaszcza jeśli dłonie robią się nadmiernie "żylaste".

Zapuchnięte dłonie


W koreańskiej książce z masażami jest specjalny rozdział (masaż nr. 17), poświęcony masażowi dłoni. Jest bardzo przyjemny i relaksujący dla dłoni, pomaga też pozbyć się nadmiernej opuchlizny.


Podsumowując


Rynek koreańskich kosmetyków oferuje spory wybór pomysłowych kremów i gadżetów. Czy są to jednak produkty na tyle unikatowe i wyjątkowe, by ponosić dodatkowy koszt związany z ich importem? Choć na pewno znajdują się pojedyncze produkty warte tej inwestycji, moim zdaniem lepiej ogół owych produktów traktować jako ciekawostki.

Makijaż podkreślający bladość


Są fani brązu i opalenizny, są też fani alabastrowej bladości. Mało się jednak pisze na temat tego, jak ową bladość podkreślić! Czas to zmienić :).

Problem z podkreślaniem bladości jest jednak problemem... samej bladości. Bladość bladości nierówna i mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Kolor naszej cery jest dużo bardziej zróżnicowany niż podział na blada/śniada.

Zasadniczo to, co powoduje różnice w kolorze skóry, to balans koloru żółtego i czerwonego - w bardzo uproszczonym modelu (jeśli macie ochotę zagłębiać się w tajemnice koloru cery, zapraszam TUTAJ). Są więc osoby, u których przeważa żółty pod-ton, oraz osoby, u których przeważa różowy.


U bladawców różnice bywają ciężkie do uchwycenia. Są bardzo subtelne, ale jeśli wiecie czego szukać, stają się widoczne. To delikatna różnica między bladością Katy Perry a Zooey Deschanel, Renee Zellweger a Nicole Kidman, Kelly Osbourne a Cate Blanchett...


Czasami ciężko wyłapać, która celebrytka jakiego jest koloru, choćby przez fakt, że podkład bywa dobierany niezgodnie z naturalnym pod-tonem cery. Wystarczy spojrzeć na Christinę Ricci i jej różowy dekolt, kontrastujący z beżową twarzą: to zapewne zasługa źle dobranego podkładu.

Nie mówiąc już o tym, że nienaturalne światło, używane do fotografii, często zaburza percepcję tonu.

Dodatkowo, istnieją osoby o karnacji neutralnej, gdzie idealna równowaga kolorów nie pozwala jednoznacznie określić typu. Są też osoby, których karnacja pozbawiona jest całkowicie elementu czerwonego - taką cerę nazywamy ziemistą, popielatą... Każdy z tych typów wymaga innego podejścia, jeśli chcemy podkreślić bladość.

Na czym właściwie polega podkreślanie bladości?

Aby uzyskać efekt bladej, neutralnej cery, warto próbować neutralizować istniejące w niej tony. Osoby a żółtym pod-tonie będą więc potrzebowały dodać odrobinę różu do swej karnacji, osoby o cerze delikatnie różowej, będą ją neutralizować pomarańczowymi tonami.

Podkreślanie dla pod-tonu żółtego


Bladolice osoby w tym typie mają cerę koloru "kości słoniowej" lub - jak ja to lubię nazywać - biszkoptu :).

Najlepszym przyjacielem tego typu karnacji jest chłodny róż w dowolnej formie. Od delikatnych tonów, po mocne kolory wina, wszelkie wariacje magenty.


Zasada tutaj jest prosta: im jaśniejsza cera, tym ciemniejsze tony pasują. Jeśli cera nie jest szczególnie blada, lepiej trzymać się delikatniejszych odcieni chłodnego różu.

Te kolory neutralizują żółtawe tony, usuwają wrażenie, że cera jest opalona, więc w efekcie tworzą wrażenie bladości.

Podkreślanie dla pod-tonu różowego

Dla osób o skórze koloru "porcelanowej" doskonale sprawdzą się kolory pomarańczowe.



W Korei od lat lubi się pomarańczowy makijaż i nie brak świetnie skomponowanych szminek oraz róży właśnie z tej tonacji.


Podkreślanie dla typu neutralnego


Dla wielu z nas określenie koloru pod-tonu może się wydawać niemożliwe, gdyż cera ani nie jest szczególnie żółta, ani szczególnie różowa. Co w takim wypadku?

Można stosować zarówno pomarańcze, jak i róże. Polecam skorzystać z koreańskiego patentu na nakładanie podwójnego koloru na policzki lub usta. Czyli korzystamy z kolorów chłodno-różowych i pomarańczowych, na przykład najpierw nakładamy delikatnie pomarańczowy kolor na całe policzki, po czym dodajemy odrobinę różu. Możemy też zamieszać i mieć usta w jednym tonie, a policzki w drugim :)


Dla osób o cerze w kolorze ziemistym


Cera osób w tym typie zawsze wygląda szaro, bez życia. To typ prawdziwie "wampirzy" i moim zdaniem bardzo piękny :). Osobom o tym typie cery doskonale pasują chłodne, liliowe odcienie, które podkreślają "chłód" tej niezwykłej karnacji.


Podsumowując...


To tylko pewne pomysły na to, jak można podkreślić bladość. Jestem pewna, że to nie wszystkie i pewnie wiele z Was zna więcej sposobów i patentów :).

Czy staracie się makijażem podkreślać swoją karnację?

Czy Twoja twarz jest proporcjonalna?


Na samym początku chciałabym zaznaczyć, żeby nie brać kwestii proporcji twarzy zbyt poważnie, bo proporcjonalność to jedynie zestaw bardzo obiektywnych zasad, które nie koniecznie muszą przekładać się na piękną twarz. Jednakże zapoznanie się z nimi może dać nam wskazówki, po jakie triki makijażowe warto sięgać.

Ogólnie zakłada się, że nasz nos powinien być tak długi jak odcinek między podstawą nosa a końcem brody, a także tak samo długi jak czoło. Słowem, twarz powinno dać się podzielić na 3 równe odcinki. Jeśli czoło jest zbyt wysokie, może warto rozważyć grzywkę. Jeśli odcinek od podstawy nosa do końca brody jest zbyt krótki, można spróbować "dobudować" dodatkowe kilka milimetrów brody wypełniaczem (bez-wstrzykiwania lub wstrzykiwanym, zależnie od preferencji).

A co jeśli nos lub broda są zbyt długie? Dobra fryzura i trochę pewności siebie :). Jak wspominałam, piękno nie jest zarezerwowane tylko dla osób, których twarz mieści się w owych obiektywnych proporcjach.

Idealna odległość miedzy oczami powinna być równa długości samego oka. Myślę, że jest to ciekawa wskazówka, jeśli rozważacie, jak makijażem ozdabiać wewnętrzny kącik oka. Choć dominująca na YouTube doktryna nakazuje zawsze i wszędzie rozjaśniać wewnętrzny kącik oka, wiele z nas może sobie pozwolić na jego zaczernienie, jeśli nic nie wskazuje, że oczy są zbyt blisko siebie. Zaczerniony kącik mega powiększa oczy :D

Jak długa powinna być rynienka nosowa? Linia ust powinna wypadać w 2/3 odcinka pomiędzy podstawą nosa o końcem brody. Im niżej owa linia, tym naturalnie dłuższa staje się rynienka nosowa. Ogólnie zakłada się, że rynienka nosowa nie powinna być dłuższa niż 14 mm. Wiem, że mój wpis o rynience nosowej wywołał sporo paniki w temacie i wiele osób zaczęło się zastanawiać, czy ma wystarczająco krótką rynienkę ^_^;.

Jeśli linia ust jest w 2/3, ale rynienka wydaje się zbyt długa, możemy kombinować z obrysowywaniem ust trochę wyżej, itp. Jeśli zaś linia ust jest zbyt nisko, wtedy trzeba rozważyć ćwiczenia i masaże twarzy.

Co do ust, bardzo ciekawa, moim zdaniem, jest też proporcjonalna szerokość. Idealnie proporcjonalne usta nie powinny mieć kącików wysuniętych dalej w szerokości twarzy, niż źrenice.

Czy znacie proporcje swojej twarzy?

Przedstawiane tutaj treści mają jedynie charakter informacyjny. Autor nie ponosi odpowiedzialności za działania czytelników, ani żadne konsekwencje wynikłe z zastosowania podanych tu pomysłów oraz technik. W razie wątpliwości skontaktuj się ze specjalistą.