piątek, 31 października 2014

Czym właściwie różni się azjatycka pielęgnacja od zachodniej?


O co właściwie chodzi w azjatyckiej pielęgnacji? Czas na odpowiedź.

Ale najpierw kilka słów wstępu: jak zapewne wiecie, mieszkam w Singapurze i mamy tutaj dostęp zarówno do zachodnich marek, jak azjatyckich - głównie japońskich i w mniejszym stopniu koreańskich. Różne osoby tutaj trzymają się różnych systemów pielęgnacji: jedni będą zwolennikami zachodnich produktów (czy to luksusowych, czy drogeryjnych); są też osoby, które wolą pomysły na pielęgnację z Japonii czy Korei, jak i są osoby, które korzystają z obu światów. Można też znaleźć kosmetyki, które próbują naśladować te z Zachodu, ale przeniknięte są azjatyckimi pomysłami na pielęgnację.

Więc co właściwie definiuje azjatyckie sposoby pielęgnacji? Myślę, że istnieje kilka wskaźników:

1. Azjatyckie kosmetyki mają cel, zachodnie zaś grupę odbiorców.

Kremy z Zachodu to kremy przeznaczone dla szerzej lub bardziej szczegółowo definiowanej grupy osób: osób z konkretnym typem cery (sucha, mieszana, tłusta, itp) lub w konkretnym wieku. Kosmetyki azjatycki ekstremalnie rzadko nawiązują do tego typu opisów, ponieważ większość z nich definiowana jest przez cel, jakiemu służą. Mamy więc kosmetyki nawilżające (ale nie jest w żaden sposób definiowane, czy oznacza to, że są dla cery suchej czy tłustej), rozjaśniające, wybielające, oczyszczające pory, poprawiające napięcie, poprawiające sprężystość, kremy przeciw starzeniu, kremy przeciw zmarszczkom i tak dalej.


Często jest to bardzo konfundujące dla osób z Zachodu i regularnie dostaję od Was maile z opisem cery i wiekiem ("Mam cerę **** i ** lat - jakie kosmetyki są dla mnie?"), choć te informacje nie mają żadnego znaczenia przy wyborze azjatyckiej pielęgnacji. Ważniejsze jest, co chcecie osiągnąć i z jakimi niedogodnościami cery się zmierzyć.

Dla mnie podejście azjatyckie ma więcej sensu. To, ile lat mamy, nie ma nic wspólnego z tym, jak zachowuje się nasza cera i czego potrzebuje! Tłusta cera też potrzebuje nawilżania, zaś sucha cera może mieć poważne problemy z wągrami, problem trądziku to nie tylko domena nastolatków, a problemy zmarszczek, jędrności skóry, itp. pojawiają się w różnych momentach życia i zależą od ogromu czynników (dieta, ilość ekspozycji na słońce, predyspozycje, itp.), więc kupowanie "po cyferce na opakowaniu" i typie cery moim zdaniem bywa nieproduktywne.

2. Kosmetyki z Zachodu są delikatne... Te z Azji nie tak bardzo...

Kiedy myślę o kosmetykach z Zachodu, przypominają mi się czasy, gdy na mojej toaletce królowały kosmetyki Chanel i Estee Lauder. Kremy były puszyste, pięknie pachniały i były super delikatne dla cery... Nie było mowy, by coś podrażniło, zostawiło tłusty film, czy miało silny zapach.

Kosmetyki azjatyckie przy zachodnich mogą się wydawać bardzo... toporne. Wschodni producenci nie przejmują się tak bardzo tym, czy kosmetyk będzie łatwy i przyjemny w użyciu, czy nie podrażni osoby o wrażliwej skórze, czy nie zapiecze podczas aplikacji - ważniejsze jest, by napchać go aktywnymi substancjami. Wiele kosmetyków wymaga nauczenia się ich poprawnego nakładania, potrafią podszczypywać po nałożeniu, często wymagają stosowania w zestawie z innymi produktami, bywają też tak "bogate", że aż przedobrzają.


Który wariant jest lepszy? Ja wolę azjatycki, bo lubię widzieć efekty i nie przeszkadza mi, jeśli muszę trochę popracować na odpowiednim nałożeniem tego czy innego kosmetyku, albo zmierzyć się z mocnym zapachem. Ale rozumiem, jeśli komuś to nie odpowiada.

3. Ilość kroków... Kosmetyki do wszystkiego vs. kosmetyki wieloetapowe

Ogromna różnica pomiędzy kosmetykami z Zachodu a Wschodu, to ilość przewidywanych w pielęgnacji kroków. Kosmetyki z Zachodu trzymają się schematu oczyszczanie-tonik-serum-krem, kosmetyki z Japonii i Korei przewidują nielimitowane ilości kroków w pielęgnacji, a różne kombinacje przeznaczone są na różne pory dnia.


Żaden z tych systemów nie jest "lepszy" czy "gorszy". Kompaktowa pielęgnacja z Zachodu nie wymaga ani głębokiej wiedzy na temat kolejnych kroków, ani nakładów czasu na ich wykonanie. Ale upychanie wszystkich składników razem ma też swoje ograniczenia - np. w azjatyckiej pielęgnacji rozdzielony jest etap nawadniania i nawilżania. Do nawadniania używa się lekkich składników, które przyciągają wodę, ale są one zazwyczaj bardzo lotne i "uciekają" ze skóry, więc w osobnym etapie nakłada się "pieczętujące", cięższe, nawilżające składniki.

Wielopostaciowość ma dla mnie jedną wadę - trzeba umieć złożyć swój zestaw i niestety nie jest to wcale proste. Trzeba z grubsza znać działanie poszczególnych składników i co się chce osiągnąć. Z jednej strony można dowolnie wybierać i dobierać składniki, uwzględnić wszystkie potrzeby swojej cery, ale wypracowanie systemu wymaga wielu prób i błędów. Nie mówiąc o konsekwencjach mniej udanych kombinacji...

Azjatycka pielęgnacja bez azjatyckich kosmetyków?

Wbrew podejrzeniom wielu osób, w kosmetykach z Japonii, Korei czy Singapuru nie znajdziecie żadnych szczególnych czy niezwykłych składników - składniki na obu rynkach są w miarę podobne, a różnica leży w koncentracjach oraz kombinacjach. 

 

Dlatego, aby stosować azjatycką pielęgnację, nie trzeba się od razu przerzucać na azjatyckie kosmetyki. Można zapoznać się z tym, na jakie problemy rynek azjatycki proponuje jakie kombinacje składników i szukać odpowiedników na swoim lokalnym rynku. Jeśli zmiany będą szły w dobrą stronę, wtedy można rozważyć zaimportowanie sobie czegoś z Azji lub np. sięgnąć po kosmetyki, które robi się samemu. Można wtedy uzyskać podobnie skoncentrowane składy. Może to odrobina więcej pracy i zachodu, ale moim zdaniem warto :).

Myślę, że celem dla mnie jest przedstawienie Wam jak rynek azjatycki definiuje potrzeby cery i jakie składniki poleca na dane wyzwania. Wiem, że na blogu ilość informacji jest ogromna, ale mam nadzieję, że da się z tego "miszmaszu" mimo wszystko wyciągnąć to czego szukacie :).

środa, 29 października 2014

Kosmetyki, które niezasłużenie dostają złe recenzje - powód: złe używanie!



Ostatnio  zauważyłam, że wiele kosmetyków dostaje negatywne recenzje, bo są używane niezgodnie ze swoim przeznaczeniem :(. Podam Wam kilka przykładów:

1. Używanie kosmetyków wypełniających (z volufiline lub puerarią) na "lwią zmarszczkę" i zmarszczki na czole - kosmetyki typu "wypełniacz" budują poduszeczkę tłuszczu pod skórą, więc nadają się do poprawienia objętości policzków, "wypchnięcia" w górę skóry, zapadniętej pomiędzy kącikiem nosa a kącikiem ust, lub zwalczania tak zwanej "doliny łez"; możne je też stosować na usta. Ale zmarszczki na czole i przy zewnętrznych kącikach oczu to efekt zaciśniętych mięśni, do których przyczepiona jest skóra. Budowanie poduszeczki tłuszczu nic to nie zdziała.



2. Stosowanie wcierek na włosy - wcierki, choć zwane "do włosów", w przeciwieństwie do odżywek powinny być stosowane tylko i wyłącznie na skórę głowy (odżywki zaś powinny być jak najbardziej stosowane z dala od skóry głowy). Wiem jednak, że wiele osób nakłada wcierki bezpośrednio na włosy, a potem są rozżalone, że ich włosy stają się przesuszone... Wszelkiego rodzaju wcierki, jak choćby Kaminomoto, powinny być stosowane bezpośrednio na skórę głowy i tylko tam. 


3. Roller pod oczy - istnieją 4 typy worków pod oczami i tylko jeden z nich jest w stanie reagować na kosmetyki typu rollery czy inne. Strukturalne worki pod oczami, "doliny łez" oraz girlandy wymagają innego podejścia. Często widzę po recenzjach, że osoby z tymi typami ciągle chcą walczyć, używając kosmetyków... Przez to całkiem dobre kosmetyki zbierają bardzo negatywne i bardzo niezasłużone opinie.


4. Stosowanie kosmetyków z acetylhexapeptide na "zmarszczkę od uśmiechania" - acetylhexapeptide delikatnie rozkurcza mięśnie połączone ze skórą - zmarszczki przy oczach i na czole są efektem zaciśnięcia się mięśni, więc acetylhexapeptide działa na nie idealnie. Ale zmarszczka "od uśmiechania" to efekt ich nadmiernego naciągnięcia. Mięśnie policzków z wiekiem rozciągają się i nie są aż tak kurczliwe - w efekcie ciążą w dół, naciskając na obszar dookoła ust i tworząc charakterystyczną dolinę, w której z czasem formuje się zmarszczka. Nakładanie rozkurczającego kosmetyku na ten obszar jest nie tylko mało produktywne, ale potencjalnie może pogorszyć sytuację.

5. Spożywanie kolagenu, kiedy skóra jest jeszcze jędrna i liczenie na cuda - tutaj mogę wskazać siebie, jako osobę winną. Po kolagenie wiele z nas spodziewa się "cudownych" efektów, jak pozbycie się kurzych łapek, zniwelowanie zmarszczki "od uśmiechania", itp... Ale jedyne co kolagen potrafi zdziałać, to przywrócić skórze jędrność. Nie pogrubia jej (od tego są peptydy), nie poprawia napięcia, nie rozkurcza zmarszczek (od tego jest acetylhexapeptide); dodaje jej charakterystycznej dla młodej skóry sprężystości. Kiedy pierwszy raz sięgnęłam po kolagen, moja skóra była naturalnie jędrna i nawilżona, więc oczywiście nie zauważyłam żadnych efektów i mocno krytykowałam kolagen do spożywania. Gdy niedawno do niego wróciłam (w połączeniu z dobrymi kosmetykami), widzę efekty. Skóra znowu jest jak napięta poduszeczka.



 Jakie kosmetyki czy metody pielęgnacji zbierają Waszym zdaniem niezasłużenie złe opinie?

czwartek, 23 października 2014

Etude House Play 101 wielofunkcyjne kredki - hit czy kit?


Rzadko recenzuję kolorówkę, bo choć uwielbiam koreańskie kosmetyki do pielęgnacji oraz kremy BB, kolorówka rzadko robi na mnie jakieś szczególne wrażenie.

Od razu zaznaczam, że o wielofunkcyjnych kredkach Etude nie mam wiele dobrego do powiedzenia. Pomysł jest zasadniczo dobry - zamiast inwestować w szminki, cienie, eyelinery, róże na policzki itp. firma Etude proponuje serię wielofunkcyjnych kredek, które można używać w dowolny sposób.


Jako promotorkę tego pomysłu zatrudniono Pony - gwiazdę stylizacji i makijażu.





Z kolekcji Play 101 nabyłam łącznie siedem kolorów - w tym jeden czarny, oraz cielisty (więc jego funkcja ogranicza się do bycia korektorem). Kredek nie trzeba temperować, co dla mnie jest ogromną zaletą, bo nie cierpię łamiących się w "strugaczce" rysików. Nie wiem, czy to kwestia wilgoci w Singapurze, ale wszystkie moje kredki łamią się okropnie (nawet trik z chłodzeniem w lodówce nie pomaga).



Rysik kredek jest miękki i żelowy, ale po nałożeniu zasycha i przylega do skóry. Zanim zaschnie można go delikatnie rozprowadzić, choć nie jest to produkt, który się ładnie rozciera. Kredki tworzą naprawdę trwały efekt i to ich największa zaleta.
Moja "kolekcja"

A wady? Jest ich sporo:
- Kredki mają być z natury wielofunkcyjne, ale nałożenie koloru na policzki czy powieki maleńką powierzchnią rysika jest bardzo czasochłonne! Dodatkowo, jak wspomniałam wcześniej, produkt słabo się rozciera, więc trzeba się nieźle napracować. Nie wspominając o fakcie, że takie rysowanie po powiece trochę jednak ciągnie skórę.
- Kredki są zdecydowanie zbyt suche, aby używać ich na usta! Nie wiem jakim cudem Pony się to udaje, ale u mnie żadna ilość baz pod spód ani kombinowania nie są w stanie tego zmienić.
- Kredki ze świetlistym wykończeniem (6 i 44), które posiadam, nie dają wyraźnego efektu i wydają się znikać szybciej niż pozostałe kolory.
- Kredki są relatywnie drogie - 6000 koreańskich wonów za sztukę.

Podsumowując... nie jestem przekonana. Kredki są trwałe i pomysł jest dość ekscytujący, ale sposób nakładania nie jest praktyczny. Na dodatek kredki po zastygnięciu na skórze są zbyt suche :(. Jedyna kredka, z jakiej jestem zadowolona, to kolor czarny - postawiłabym ją niedaleko Urban Decay 24/7 Glide On Pencil, choć ten drugi trzeba zastrugać.

Chyba najlepsze w całej kolekcji są pomysłowe makijaże Pony, ale można je odtworzyć bez użycia kredek. Nawet miałam plan zrobić sobie makijaż "Bad Girl" (mam do niego wszystkie odcienie), ale żal mi było dręczyć powiek złotą kredką i ryzykować kolejnej katastrofy na ustach, więc dałam sobie spokój.

Jakie jest Wasze zdanie na temat wielofunkcyjnych kosmetyków? Macie jakiś ulubieńców?


środa, 22 października 2014

Jak radzić sobie z trądzikiem i bliznami po trądziku - kosmetyki azjatyckie i co mają one do zaoferowania



Często kiedy poruszam kwestie problemowej cery (trądzik, zmarszki, itp.) "dostaje mi się", że nie mam prawa o tym mówić, bo nie mam takich problemów. Często nie mam, bo wiem, jak sobie z nimi radzić ;).

Dzisiaj chciałam opisać, jakie są moje sposoby na radzenie sobie z problemową cerą - pryszczami, zapaleniami i okazjonalnymi cystami trądzikowymi. Choć przyznaję, że jestem szczęściarzem, któremu poważne zapalenia zdarzają się bardzo rzadko, nie jestem wyjątkiem i też czasami zdarza mi się zmierzyć z gniewną cystą, głównie w rejonie brody.


Od razu zaznaczam, że poniższe rady i kosmetyki nie są kierowane do osób z poważnymi problemami natury trądzikowej - jeśli Twoja cera jest w bardzo złym stanie, lepiej skonsultować się najpierw ze specjalistą.

Dla mnie problem pryszczy i cyst ma głównie dwa komponenty: powolne gojenie się (zaczerwienienie, jątrzenie, łuszczenie), oraz pozostawianie przebarwienia w formie bordowo-szarawej plamki. Kiedyś te przebarwienia znikały w miesiąc, ale teraz, gdy bliżej mi do 30stki, te plamki potrafią utrzymywać się nawet 3-4 miesiące :(. To głównie walka z przebarwieniami potrądzikowymi zachęciła mnie do poszukiwań sposobów na radzenie sobie z tego typu problemami.

Jak oczyszczać cerę skłonną do trądziku?


Niektórzy z nas obdarzeni są cerą, która łatwo sama się "zapycha", ponieważ produkuje więcej keratyny i sebum, niż potrzebuje. Zapchane pory zakażają się i tworzą bolesne cysty. U niektórych osób przyczyny trądziku mogą być znacznie bardziej skomplikowane i te osoby zachęcam do skonsultowania się ze specjalistą.

Jak radzić sobie z takim problemem? Ja polecam oczyszczanie, polegające na delikatnym chemicznym złuszczaniu z użyciem kosmetyków z łagodnymi roztworami AHA lub retinolem, które rozpuszczają keratynowe wiązania i ułatwiają oczyszczanie porów. Nie jestem fanem głębokiego złuszczania, które jest tak modne w Polsce. Ale delikatne złuszczanie na co dzień - jak najbardziej! Łatwiej jest wtedy skórę dogłębnie oczyścić i odżywić.

Jakie kosmetyki polecam? Wymienię swoich ulubieńców, ale oczywiście nie znaczy to, że są to jedyne i słuszne kosmetyki! Ja używam właśnie tych i bardzo je lubię, ale jeśli znacie zamienniki, to oczywiście można ich używać. Nie znam polskiego rynku kosmetyków, więc nie jestem w stanie wskazać zamienników - ale zawsze podaję nazwę aktywnego składnika, więc można szukać na własną rękę zamienników z tym właśnie składnikiem.

Moim faworytem jest jest krem myjący "Tamagohada" z firmy Hada Labo. Jest bardzo delikatny, nie powoduje uczucia ściągnięcia czy wysuszenia, ale po kilku tygodniach używania znikają suche skórki oraz łatwiej doczyścić zapchane pory.

Okazjonalnie lubię też zrobić sobie miesięczną kurację serum z retinolem firmy Sidmool. Nie spodziewajcie się po tym serum mega-łuszczenia ani podrażnionej cery, ale z czasem cera staje się gładsza, czystsza i mniej pozapychana. Choć przez pierwsze tygodnie może być odrobinę ściągnięta.


Pryszcz, cysta, zapalenie - pierwsze dni są bardzo ważne!


Gdy dochodzi do zakażenia i na twarzy formuje się cysta lub pryszcz, nasze ciało uruchamia małą armię przeciwciał, by zwalczyła infekcję. Zanim jednak stan zostanie złagodzony, może minąć kilka dni (lub nawet tygodni), gdy infekcja sieje spustoszenie w skórze. To w tym momencie dochodzi do uformowania się przyszłej pigmentacji! Skóra nie jest w stanie rozpoznać, czy jest niszczona słońcem czy inwazją bakterii, więc uruchamia znany sobie mechanizm ochronny - produkcję melaniny.

Dlatego warto już w tym momencie zacząć działać. Krok pierwszy - ugasić stan zapalny. Pisałam już o maseczce z fasolki mung i dalej upierać się będę, że to jeden z najlepszych naturalnych kosmetyków dla problemowej cery. Jeśli nie mam czasu na robienie maseczki, biorę szczyptę proszku ze zmielonej fasolki, rozrabiam z wodą na pastę i nakładam bezpośrednio w miejscu zapalenia.



Krok drugi - zapobieganie przebarwieniom.

Jak wspominałam, moment formowania się przebarwienia następuje już w pierwszych dniach zapalenia i jeśli nic nie zrobimy, nawet po zagojeniu ranki będziemy mieć przebarwienie, które zniknie dopiero po czasie.

Ogromnym sprzymierzeńcem w zapobieganiu przebarwieniom jest lukrecja, która nie tylko łagodzi stany zapalne, ale również blokuje pracę melanocytów, odpowiedzialnych za przebarwienia.

Lukrecja występuje w ogromnej ilości kosmetyków (przynajmniej azjatyckich ;)) właśnie przez swoje dobroczynne działanie. Ale ważnym jest, aby używać jej zanim pojawi się problem.

Moje ulubione kosmetyki z lukrecją to przede wszystkim maseczka ze sproszkowanej lukrecji. W Korei można kupić pakieciki sproszkowanych ziół i tak między innymi trafiła do mnie sproszkowana lukrecja. Niestety sama w sobie jest trochę zbyt "sucha" jako materiał na maseczkę, dlatego często mieszam ją z innymi ziółkami i proszkami (np. świetnie działa w duecie ze sproszkowanymi algami rozrobionymi z wodą i odrobiną kwasu hialuronowego).

A photo posted by Azjatycki Cukier (@azjatyckicukier) on

Jest też krem It's Skin z lukrecją, jeśli ktoś lubi tą serię.


Zwalczanie już istniejących przebarwień.

Jeśli borykamy się z już istniejącymi przebarwieniami, niestety sytuacja nie jest prosta i zapewniam Was, że lepiej zapobiegać niż leczyć jeśli chodzi o przebarwienia potrądzikowe. Jeśli przebarwienie powstało, oznacza to, że melanocyty w tym konkretnym miejscu są nadmiernie aktywne i odkładają do komórek naskórka dodatkową melaninę na poziomie skóry właściwej. Nawet jeśli uda się nam je uspokoić i tak minie kilka tygodni, zanim zrzucimy przebarwiony naskórek.

Warto też pamiętać, że proces regeneracji skóry zaczyna się dopiero około 3 tygodnie od momentu uszkodzenia skóry, zwłaszcza, jeśli mówimy o głębokich uszkodzeniach.

Co można robić? Na pewno zainwestować w kosmetyki z witaminą C, która przyspiesza proces wymiany naskórka. Krem z filtrami to konieczność! Można też spróbować głębszego złuszczania, ale trzeba być ostrożnym - źle przeprowadzone głębokie złuszczanie może skończyć się większą ilością pigmentacji niż przed złuszczaniem.

Z kosmetyków mogę polecić krem z chińskim yamem oraz wyciągiem z wydzieliny ślimaka z firmy Sidmool. Yam ma działanie regeneracyjne i ten krem bardzo mi pomógł, gdy moja skóra przechodziła przez trudniejszy okres. Firma Sidmool ma wiele interesujących kosmetyków, które można używać właśnie, gdy walczycie z już istniejącymi przebarwieniami, ale najbardziej do gustu przypadł mi właśnie ten krem.



Na tym etapie doskonale sprawdza się też... maseczka z kurkumy! :D Przyspiesza wymianę naskórka, łagodzi pozostałości przebarwień, i znamienniejsza ilość produkowanych w skórze pigmentów! Czy można chcieć więcej? ;) Może tylko, żeby tak nie barwiła ;p.

I jak zawsze przy okazji tego tematu muszę podkreślić - przebarwienia potrądzikowe to nie to samo co przebarwienia posłoneczne. Przebarwienia potrądzikowe są tymczasową reakcją na uszkodzenie skóry. Przebarwienia posłoneczne są TRWAŁE i nie da się ich łatwo pozbyć. Wiele genialnych kosmetyków, pomagających na nietrwałe przebarwienia, zbiera negatywne opinie, od osób, które próbują nimi zwalczyć przebarwienia posłoneczne, które wymagają innego podejścia!

Podsumowując...

Jestem pewna, że istnieje masa sposobów i "systemów" dbania o cerę problemową i mam nadzieję, że jeśli szukacie swojego idealnego sposobu, powyższy wpis was zainspiruje. 

Jeśli macie jakieś rady, jak radzić sobie z trudną cerą, zachęcam do zostawienia komentarza :D

środa, 8 października 2014

Kulturowe przywłaszczanie, czyli dlaczego nie powinnaś zakładać kimona?


Kulturowe przywłaszczenie to temat, który powinien się tu pojawić dawno temu, ale to grząski grunt i przyznam, że nie jestem pod żadnym względem specjalistą w temacie, ani nie mam szczególnie wyrobionego zdania... jestem jednak ciekawa, co Wy o tym myślicie.


Kulturowe przywłaszczenie (w wielkim skrócie) to bezrefleksyjne i pozbawione kontekstu adoptowanie elementów kultury innej grupy i zmienianie je w produkty kultury masowej. Ostatnio ten termin pojawia się głównie w odpowiedzi na wyczyny artystek jak Katy Perry czy Miley Cyrus, które śmiało czerpią z innych kultur i traktują je jak modne akcesoria.


"Twerking" w wykonaniu Miley jest przywłaszczeniem, ale w wykonaniu Niki nie jest?
 

Przykładów kulturowego przywłaszczania jest wiele: od dredów, "tribalowych" tatuaży, przywożony z wakacji sombrero, po choćby modne na festiwalach typu Coachella pióropusze.

Czy przywłaszczenie kulturowe jest z natury złe? Wiele osób upiera się, że tak. Przywłaszczenie trywializuje kulturę innej grupy, odcina symbolikę od jej korzeni, "komodytyzuje" dobra kulturowe i zmienia je w produkty masowej konsumpcji.

Ale z drugiej strony interakcja z elementami obcej kultury oswaja nas z innością, przedstawia nam ją, poszerza horyzonty i inspiruje. Sam fakt, że jesteśmy gotowi zrobić czy ubrać coś innego, nieznanego, nie do końca rozumianego, wyrywa nas z ram codzienności.


Warto tutaj zaznaczyć coś jeszcze - kulturowe przywłaszczenie nie jest zarezerwowane jedynie dla relacji obcy-obcy. Każdy akt traktowania kultury jako akcesorium może być interpretowany jako akt przywłaszczenia kulturowego, nawet w wykonaniu osoby, która się z owej kultury wywodzi.
 *
*
Jaka jest moja opinia? Szczerze mówiąc, mam mieszane uczucia. Żyję w azjatyckim kraju i fascynuje mnie azjatycka kultura piękna. Ale obojętnie jak dobrze poznam Azję, jak bardzo nauczę się mówić lokalnym slangiem i rozumieć lokalną symbolikę, zawsze czuję, że wobec obcej kultury powinniśmy się zachowywać jak goście - korzystać z tego, gdzie nas zaproszono, ale nie pchać się z butami tam, gdzie nas nie chcą.

Dlatego nie mówię singapurskim slangiem, nie znajdziecie u mnie w domu obrazów z chińską kaligrafią, ani nigdy nie złapiecie mnie na mieście w kimonie, sari czy innym tradycyjnym stroju obcej kultury (ale gdybym miała okazję wdziać typowy strój regionalny opolszczyzny - bardzo chętnie!).

Mam też mocno mieszane uczucia, widząc zachodnie dziewczyny w stylizacjach Gyaru/Ulzzang/Lolita... Nie chodzi mi tutaj o inspirowanie się tym stylem i noszenie go we własny sposób, tylko kopiowanie i ogłaszanie się kaukaską Lolitą/Ulzzangiem czy Gyaru... Po prostu coś mi w tym nie leży :X. Może dlatego, że znam zbyt dobrze kulturowe korzenie tych trendów?

Z drugiej strony, nigdy nie odpuszczam okazji, by poznać i obserwować życie innych. Nic nie pozwala tak poznać siebie, jak poznanie innych, którzy są... inni :). Dopiero to daje nam możliwość spojrzeć na siebie z nowej perspektywy.

Dla mnie poznawanie kultury piękna Azji zawsze jest źródłem inspiracji i kierunkiem w poszukiwaniach rozwiązań problemów i zaspokajaniu potrzeby, których moja własna kultura nie umiała zaspokoić. Ale zawsze czuję, że trzeba pozostać zdystansowanym....


Wiem, że wiele osób w moim życiu widzi "robienie się na Azjatkę" - podejrzewam, że głównie chodzi o noszone przeze mnie circle lens, które tradycyjnie kojarzone są z Azją Wschodnią. Tutaj chyba najlepiej widać problem kulturowego przywłaszczenia: ja noszę soczewki z tych samych powodów, dla których nosiła je choćby Kristen Stewart w filmie Zmierzch (czwarta cześć - przypatrzcie się w pierwszych częściach filmu), z tych samych powodów dla których nosiła je Samantha Ruth Prabhu w Anjaan - bo podoba mi się efekt jaki dają. Nie wiążę ich z Azją, tak jak nikt z Azją nie wiąże klapek zwanych "japonkami". Soczewki są modne w Azji - czy to znaczy, że każdy, komu się podobają, dokonuje kulturowego przywłaszczenia, mimo, że mówimy o czymś, co nie ma korzeni w innej kulturze czy tradycji? Hmmm....

"Polska" w anime "Hetalia: Axis Powers"
Myślę też, że my, Polacy, znamy temat kulturowego przywłaszczenia bardzo jednostronnie - o ile stykamy się z przywłaszczeniami z innych kultur, nasza kultura rzadko jest tematem przywłaszczenia. Ale zastanawiam się, jakbyśmy się czuli, gdyby np. Chińczycy przyjeżdżali do Polski, przebierali się w tradycyjne stroje i "bawili się" w bycie Słowianami....

Co myślicie o tym temacie? Czy przywłaszczenia kulturowe uważacie za coś dobrego, czy złego? Gdzie stawiacie granicę?


niedziela, 5 października 2014

Jak pozbyć się zmarszczek na czole? Prosty sposób na "lwią zmarszczkę" i poziome zmarszczki


Ostatnio bardzo dużo dostaję zapytań, czy jest jakiś sposób na pozbycie się zmarszczek na czole - część z was pyta o poziome "krechy", część zaś o "lwią zmarszczkę"/"11", czyli pionowe zmarszczki przy brwiach.

Jest na nie sposób, choć nie jest łatwo wytłumaczyć o co chodzi. Dlaczego? Ponieważ część osób ma zmarszczki, ponieważ ich skóra nie jest wystarczająco zadbana i niestety, póki ten problem nie zostanie rozwiązany, nie ma sensu sięgać po inne techniki.

Ale jeśli jesteście w sytuacji, gdzie wasza skóra jest zadbana, nawilżona i gruba, a zmarszczki na czole nie chcą zniknąć - mam dla was sposób :D. Prosty masaż, który można stosować, by rozprostować zmarszczki, jak również, by się ich pozbyć.



Kosmetyk, który polecam do masażu to serum firmy Sidmool - mojego koreańskiego ulubieńca, który produkuje całą masę naturalnych i pomysłowych kosmetyków, które nie są testowane na zwierzakach. Serum bogate jest w peptydy, które pogrubiają skórę, oraz ma też małą dawkę acetylhexapeptide, który delikatnie rozkurcza zmarszczki.


Wiem, że wiele osób próbowało pozbyć się "lwiej zmarszczki" za pomocą wypełniacza bez wstrzykiwania, ale wierzcie mi, rozkurczanie jest tutaj o wiele lepszym pomysłem.

Mam nadzieję, że dacie tej technice szansę :D 

czwartek, 11 września 2014

"Azjatycki sposób na rozstępy"? Brak.

Często pytacie mnie or rozstępy i czy jest na nie jakiś fantastyczny "azjatycki sposób" lub kosmetyk, który robi furorę na rynkach w Azji. Niestety jeśli chodzi o rozstępy, to takowych innowacji brak.

W przeciwieństwie do problemu cellulitu, który w Azji zwyczajnie nie jest aż tak demonizowany i brak na rynku popytu na produkty z nim związane, innowacji związanych z rozstępami brak, ponieważ na ten problem wcale nie łatwo znaleźć rozwiązanie.


Rozstępy to bliznowacenie skóry na jej głębszym poziomie - skóry właściwej, gdzie większość kremów nie dociera. Wiele osób zakłada, że rozstępy to efekt rozciągania się skóry, ale istnieją podejrzenia, że może to być raczej efekt błędnego działania naturalnie funkcjonujących w naszym ciele enzymów. Pod wpływem nierównowagi hormonalnej (ciąża, dorastanie, itp.) zaczynają one dziwnie działać i doprowadzają do zniszczenia na poziomie skóry właściwej. W uszkodzonych miejscach skóra nie odbudowuje się poprawnie, tylko na szybko tworzy zbite struktury kolagenu - czyli tkankę bliznowatą.

Żaden krem nie jest w stanie rozpuścić tkanki bliznowatej na tak głębokim poziomie i zastąpić ją odbudowaną strukturą skóry. Kremy mogą jedynie polepszyć wygląd cery, jej jędrność czy koloryt, ale cudów nie zdziałają. W Azji możecie znaleźć kremy z żeń-szeniem, które czasami oferowane są właśnie na rozstępy, ale te kremy po prostu ujędrniają i tyle. Tak samo jedynie ujędrnić może olejek z kamelii.

Z tego co wiem, pewną poprawę stanu rozstępów można uzyskać laserami typu "fractal" lub igłowaniem - poprzez niszczenie zbliznowaciałej tkanki można doprowadzić do odtworzenia poprawnych struktur skóry. Ale te zabiegi powinny być przeprowadzane ostrożnie i przez profesjonalistów (źle przeprowadzone doprowadzają do odtworzenia struktur skóry w postaci "wysp" wewnątrz rozstępów). Lepiej też nie liczyć na spektakularne i szybkie efekty.

Dużo też zależy od indywidualnych predyspozycji. Sama widzę po sobie, że prawie wszystkie moje blizny znikają samoistnie i ten sam los spotkał rozstępy, które zrobiły mi się w wieku dorastania. Z drugiej strony, znam osoby, u których nawet najmniejsza rana zmienia się w ciemną bliznę. W Azji też wiele osób ma predyspozycję do tworzenia blizn keloidowych...

Wiem, że wiele osób pała ogromną nienawiścią do swoich rozstępów, ale myślę, że warto się zastanowić, czy naprawdę ma to sens... Są rzeczy, na które możemy wpływać, ale pałanie niechęcią do czegoś, na co nie ma się wpływu, jest trochę jak pałanie nienawiścią do dziurki w nosie czy małego palca na stopie. Dla wielu z nas "paski" są częścią naszej historii - pamiątką okresu dorastania, czy okresu ciąży.
Przedstawiane tutaj treści mają jedynie charakter informacyjny. Autor nie ponosi odpowiedzialności za działania czytelników, ani żadne konsekwencje wynikłe z zastosowania podanych tu pomysłów oraz technik. W razie wątpliwości skontaktuj się ze specjalistą.

Posty, które moga Cie zainteresowac

Related Posts with Thumbnails