Jeśli śledzicie moją działalność w innych miejscach niż sam blog, pewnie wiecie, że od wielu miesięcy bardzo męczy mnie fakt, że zrobił się tutaj taki bałagan. Format bloga jednak chyba nie jest odpowiedni dla typu treści, które chciałam Wam przedstawić. Jest tu ogrom wiedzy, to prawda, ale wszystko jest zabałaganione, że nawet ja sama mam problemy z odnalezieniem interesujacych mnie tekstów. Dlatego chwilowo nic nie piszę.

Jeśli interesują Was azjatyckie kosmetyki, to zapraszam na AzjatyckiBazar.com, gdzie kontynuję swoją misję przedstawiania Wam interesujących produktów z Azji :). 

PS. Wiem, że krążą plotki, że niby jestem w ciąży,  mam depresję, raka i chowam się po operacji plastycznej. Nie, nie jestem w ciąży, nie mam depresji, nie mam raka, ani nie chowam się po operacji plastycznej. Całą swoją energię skupiam obecnie na Azjatyckim Bazarze.

Porozmawiajmy o podróbkach... z trochę innej strony.


Zanim zaczniemy wpis o podróbkach, chciałabym zaprosić was do wzięcia udziału w pewnej opowieści. Wyobraźcie sobie, że mieszkacie w niewielkim miasteczku, w którym jest 5 piekarni. Wszystkie piekarnie, choć mają różne szyldy, kupują swoje wypieki w jednej mega-piekarni. Ceny mają podobne, choć piekarnia w samym centrum jest bardziej prestiżowa i nalicza kilka złotych więcej za tego samego rogalika, którego możecie kupić w trochę mniej prestiżowej piekarni na peryferiach. Choć piekarnie sprzedają ten sam produkt, naliczają mu różne ceny.

A teraz wyobraźcie sobie, że chcecie to zmienić. Oszczędzacie kapitał startowy, pożyczacie co się da w banku i od rodziny, wynajmujecie lokal, kupujecie szyld i sprzęt piekarniczy. Miesiącami, jeśli nie latami pracujecie nad recepturą na idealny rogalik. Kiedy w końcu stajecie się rogalikowym mistrzem, wiecie, że wasz rogalik jest tak pyszny, tak wyjątkowy i tak delikatny, że żadna mega-piekarnia nigdy nie wyprodukujcie mu równego.


Idziecie dalej - płacicie za kampanie reklamową i nawet zatrudniacie lokalną celebrytkę do występu w kampanii reklamowej na rzecz waszego produktu. Otwieracie stronę internetową, gdzie klienci mogą składać zamówienia on-line na przepyszne produkty. Wysyłacie pudełka swoich rogalików do lokalnych stacji radiowych, redakcji i telewizji, licząc na przychylne słówko dziennikarzy. Wysyłacie swoje rogaliki nawet znanym YouTuberkom ;D. Ponosicie koszty zatrudnienia sprzedawców pracujących w waszym sklepie, płacicie ich pensje i składki. Niestety ogrom ponoszonych przez was kosztów odbija się na cenie rogalików i za jednego w sklepie trzeba zapłacić 10 PLN.

Ale to nie problem, bo sprzedajecie również swoje rogaliki z 2 PLN panu Jackowi, by mógł rozłożyć straganik przed waszym sklepem i sprzedawać wasze rogaliki za 6 PLN.

CHWILA, ŻE CO? Dlaczego miałybyście to robić? 

No właśnie... Przecież poniosłyście wszystkie koszty - od opracowania receptury, utrzymania swojego sklepu, pracowników, strony internetowej, nie mówiąc o kosmicznych kosztach reklamy i PR! Nigdy nie sprzedałybyście swoich rogali jakiemuś panu Jackowi, by sprzedawał je po cenach NIŻSZYCH niż w waszym własnym sklepie. To byłoby nielogiczne dawać mu taką możliwość! Nie jesteście mega-piekarnią, tylko producentem i sprzedawcą zarazem.

Ma sens, czyż nie? A teraz zamieńcie rogaliki na kosmetyki (niekoniecznie koreańskie... pomyślcie o markach jak M.A.C., Urban Decay, Chanel, itp.), a pana Jacka na eBay i zapytajcie się, czy dalej nagle ma to sens?

Wiele osób mylnie zakłada, że marki kosmetyczne jak Skin79, Etude House, Laneige, Holika Holika, itd. są jak opisana w historii "mega-piekarnia", czyli że oferują swoje produkty po cenach hurtowych, zaś dystrybutorzy decydują, po jakich cenach je sprzedają. Niestety tak nie jest. Większość sławnych marek, jest zarówno producentem, jak i dystrybutorem. Sami płacą za produkcję swoich kosmetyków i sami je dystrybuują, ponosząc przy tym koszty utrzymania swoich butików, sklepów on-line oraz kampanii marketingowych.

Koreańskie marki w Polsce


W Polsce jest już kilku dystrybutorów oryginalnych marek azjatyckich, którzy mają podpisane porozumienia z producentami i ich bezpośrednią współpracę. Mamy polską Misshę (missha.com.pl), sklep Myasia.pl jest oficjalnym dystrybutorem Holika Holika i Lioele, sklep AsianStore.pl dzielnie wywalczył prawa do dystrybucji Ginvery, Bio-Essence, BRTC i Mizon. Ale kiedy przyjrzycie się cenom w tych sklepach i tak daleko im do cen na eBay, ponieważ zadaniem oficjalnego dystrybutora nie jest zagrażać biznesowi marki, którą dystrybuuje.

Jest wiele marek, które do re-dystrybucji podchodzą jak do jeża. Choćby Etude House, który wyznaje zasadę "albo nasz własny butik, albo wcale", czy Skin79, który jest BARDZO oporny w nawiązywaniu współprac. Są też marki, które nie redystrybują, bo nikt w ich drużynie nie mówi w języku innym, niż koreański (Sidmool -_-;, wiem, bo czasami do mnie "dzwonią"). Marka My Beauty Diary produkuje tylko dla większych dystrybutorów, jak sieci sklepów typu Sasa i nie są zainteresowani współpracą z nikim mniejszym.

Zawsze się zastanawiam, co dzieje się w głowach osób, które zamawiają produkty na eBay po cenach niższych, niż na przecenie w butiku producenta i zapierają się rękami i nogami, że produkt jest autentyczny. Jakim cudem ów eBayowy sprzedawca nabył go po tak niskiej cenie? Może jeszcze dopłaca do wysyłki? Taki charytatywny i miły z niego człowiek?

Nie mówię, że każdy sprzedawca eBay czy Alegro musi opychać podróbki, bo przecież też może być oficjalnym dystrybutorem, który działa w pełni legalnie i za przyzwoleniem producenta. Ale trzeba się pytać, jak to możliwe, że oferowane ceny są dużo bardziej konkurencyjne niż te na stronach producenta.

Jak odróżnić markę, która pozwala na re-dystrybucję, od takiej, która nie pozwala?


Zasadniczo, jeśli marka ma własne butiki, lub stoiska w ramach domów handlowych, mało prawdopodobnym jest, że odsprzedaje "na boku, po cenach hurtowych" swoje produkty, by te mogły być re-dystrybuowane po eBay'u, Allegro czy innych tego typu platformach po cenach niższych, niż w ich własnych placówkach. Pomyślcie o markach typu M.A.C. czy Urban Decay, a markach jak Nivea czy Eveline. Które z nich znajdziecie na półkach w Tesco czy innego supermarketu?


Jeśli chcecie kupować oryginały, kupujcie u źródeł, czyli samych producentów, u oficjalnych dystrybutorów, lub od sklepów, które się u nich zaopatrują. To nie jest tak, że każda podróbka zrobi wam bajzel na twarzy czy włosach - podróbki często są tworzone z użyciem prostych mikstur niegroźnych substancji, i takie miksy można sobie na kilogramy i wiadra kupić choćby na alibaba.com. Ale wiele firm, które dorobiło się pozycji na rynku, doszło do niej poprzez przemyślane receptury.

Są też marki, które z założenia są markami, które poddają się dystrybucji poprzez hurtownie, itp. Taką marką jest np. Kaminomoto czy Yamano, dlatego na tych produktach często są naklejki z informacją z jakiej hurtowni pochodzą i kto je do danego kraju sprowadził.

Jakie w tym wszystkim jest miejsce Azjatyckiego Bazaru?


Kiedy otwierałam tego bloga, nie chodził mi po głowie plan sprzedaży kosmetyków. Wręcz przeciwnie - sama polecałam Wam sprzedawców na eBaym, którzy cieszą się dużym poważaniem ... do czasu, aż zaczęłam dostawać komentarze, że zakupione przez czytelniczki produkty są jakieś nie takie, jak być powinny. Zaczęłam dostawać prośby, czy w takim razie, skoro jestem w Singapurze czy przy okazji wakacji w Korei, mogłabym zakupić produkt w sklepie i go przesłać. Tak zrodził się Bazar.

Bardzo mnie cieszy każda wiadomość o rosnącej popularności i dostępności koreańskich marek w Polsce czy Europie :D, bo to oznacza możliwość kupowania oryginałów bez stresu i wątpliwości. Oznacza również więcej możliwości i ścieżek w pielęgnacji, tak, że każdy będzie mógł znaleźć coś dla siebie - albo wśród produktów ze Wschodu, lub z Zachodu, które mają rożne podejścia do wielu spraw.

Ja zaś dalej testować dla Was będę kosmetyki i jeśli mi się spodobają, trafią na Bazar i będę je dla Was kupować i Wam je przekazywać. Bazar jest tycim przedsięwzięciem, którym zajmuję się dwa wieczory w tygodniu, więc nie aspiruję do rangi dystrybutora i nigdy nie będę w stanie zaoferować niskich cen, bo produkty kupuję z marżami sklepowymi :(. Ale mam nadzieję, że będę Wam w stanie oferować zawsze kosmetyki przetestowane i skuteczne :).

Mam nadzieję, że rozważycie argumenty podane w tym wpisie.

Koreańskie sposoby na piękne dłonie

Wiele z Was pytało o wpis w tym temacie. Skupię się tutaj głównie na produktach koreańskich, bo to właśnie rynek koreański ma największy wybór ciekawych i innowacyjnych kremów.

W Korei, gdzie rynek kosmetyczny jest wyjątkowo ciasny i zapchany, firmy muszą ze sobą ostro rywalizować o uwagę klientek i robią to co roku przedstawiając nowe pomysły, nowe składniki, sposoby aplikacji, itp. Prawie zawsze, jeśli wprowadzają nową serię kosmetyków, w kolekcji znajdzie się krem do rąk.

Kremy do rąk


Kremy bywają lepsze i gorsze. Z tych bardziej innowacyjnych miałam kiedyś krem z (moim zdaniem niesłusznie) popularnym SYN-ake, który niby rozkurcza zmarszczki. Nie zauważyłam jednak jakiegoś szczególnego działania na dłonie. Testowałam też krem Holika Holika z ceramidami i ten był bardzo przyzwoity. Zużyłam też wiele tubek kremów do rąk z Dr. G i te są naprawdę dobre.


Ostatnio trafił mi w ręce krem do rąk firmy TheFaceShop, wzbogacony o witaminę C, ekstrakt z jagód i SPF20 (chroni przed powodującymi przebarwienia promieniami UVB) oraz PA++ (chroni przed postarzającymi skórę promieniami UVA). Krem wymaga chwili na wmasowanie i wchłonięcie, ale poza tym sprawuje się świetnie. Biorąc pod uwagę, że promienie słoneczne bardzo niszczą dłonie (przebarwienia, ubytek tkanki tłuszczowej), to jest to fantastyczny pomysł na bardzo słoneczne miesiące.

Maseczki na ręce


Kilka razy kupowałam w Korei rękawiczki-maseczki, wypełnione pielęgnującymi substancjami (czasami można je upolować na Azjatyckim Bazarze, jeśli wpadną mi w ręce). Pomysł na działanie jest podobny jak przy sheet-masks - w foliowych rękawiczkach ukryta jest, nasączona pielęgnującą substancją, ligninowa płachta. Po zdjęciu rękawiczek nie płuczemy rąk, tylko delikatnie wklepujemy pozostałości maseczki w skórę.

Maseczki, które testowałam, przynoszą natychmiastową ulgę, ale nie powiem, żeby efekty w dłuższej perspektywie były jakoś widoczne... 


Inni ciekawy pomysł, to specjalne "naparstki", które działają podobnie jak rękawiczki, ale zakładamy je tylko na paznokcie. Ciekawy pomysł dla osób, borykających się z pożółkłą płytką paznokcia, choć tutaj pewnie trzeba by używać tego produktu bardzo regularnie.

Innowacje


Jakiś czas temu wpadł w moje ręce ciekawy gadżet do parafinowej kuracji paznokci. Kto ma suche i łamliwe paznokcie wie, że przykrycie ich warstwą ciepłej parafiny potrafi przynieść sporo ulgi. Producenci jak It's Skin wypuścili więc na rynek plastikowe kubeczki, wypełnione małą porcją parafiny. Zalewamy taki kubeczek gorącą wodą, parafina wypływa na wierzch, tworząc grubą warstwę, w której możemy zanurzyć czubki palców. Na kubeczku jest specjalna kropka, która zmienia kolor w zależności od temperatury wody w kubku, więc nie ma ryzyka oparzeń.



Gry parafina się schłodzi, odlewamy nadmiar wody i kubeczek jest gotowy do kolejnego użycia.

Ubytek tkanki tłuszczowej


Jeśli macie tendencje do utraty tkanki tłuszczowej z dłoni, jak zawsze polecam zainteresowanie się wypełniaczami bez wstrzykiwania. Zwłaszcza jeśli dłonie robią się nadmiernie "żylaste".

Zapuchnięte dłonie


W koreańskiej książce z masażami jest specjalny rozdział (masaż nr. 17), poświęcony masażowi dłoni. Jest bardzo przyjemny i relaksujący dla dłoni, pomaga też pozbyć się nadmiernej opuchlizny.


Podsumowując


Rynek koreańskich kosmetyków oferuje spory wybór pomysłowych kremów i gadżetów. Czy są to jednak produkty na tyle unikatowe i wyjątkowe, by ponosić dodatkowy koszt związany z ich importem? Choć na pewno znajdują się pojedyncze produkty warte tej inwestycji, moim zdaniem lepiej ogół owych produktów traktować jako ciekawostki.

Makijaż podkreślający bladość


Są fani brązu i opalenizny, są też fani alabastrowej bladości. Mało się jednak pisze na temat tego, jak ową bladość podkreślić! Czas to zmienić :).

Problem z podkreślaniem bladości jest jednak problemem... samej bladości. Bladość bladości nierówna i mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Kolor naszej cery jest dużo bardziej zróżnicowany niż podział na blada/śniada.

Zasadniczo to, co powoduje różnice w kolorze skóry, to balans koloru żółtego i czerwonego - w bardzo uproszczonym modelu (jeśli macie ochotę zagłębiać się w tajemnice koloru cery, zapraszam TUTAJ). Są więc osoby, u których przeważa żółty pod-ton, oraz osoby, u których przeważa różowy.


U bladawców różnice bywają ciężkie do uchwycenia. Są bardzo subtelne, ale jeśli wiecie czego szukać, stają się widoczne. To delikatna różnica między bladością Katy Perry a Zooey Deschanel, Renee Zellweger a Nicole Kidman, Kelly Osbourne a Cate Blanchett...


Czasami ciężko wyłapać, która celebrytka jakiego jest koloru, choćby przez fakt, że podkład bywa dobierany niezgodnie z naturalnym pod-tonem cery. Wystarczy spojrzeć na Christinę Ricci i jej różowy dekolt, kontrastujący z beżową twarzą: to zapewne zasługa źle dobranego podkładu.

Nie mówiąc już o tym, że nienaturalne światło, używane do fotografii, często zaburza percepcję tonu.

Dodatkowo, istnieją osoby o karnacji neutralnej, gdzie idealna równowaga kolorów nie pozwala jednoznacznie określić typu. Są też osoby, których karnacja pozbawiona jest całkowicie elementu czerwonego - taką cerę nazywamy ziemistą, popielatą... Każdy z tych typów wymaga innego podejścia, jeśli chcemy podkreślić bladość.

Na czym właściwie polega podkreślanie bladości?

Aby uzyskać efekt bladej, neutralnej cery, warto próbować neutralizować istniejące w niej tony. Osoby a żółtym pod-tonie będą więc potrzebowały dodać odrobinę różu do swej karnacji, osoby o cerze delikatnie różowej, będą ją neutralizować pomarańczowymi tonami.

Podkreślanie dla pod-tonu żółtego


Bladolice osoby w tym typie mają cerę koloru "kości słoniowej" lub - jak ja to lubię nazywać - biszkoptu :).

Najlepszym przyjacielem tego typu karnacji jest chłodny róż w dowolnej formie. Od delikatnych tonów, po mocne kolory wina, wszelkie wariacje magenty.


Zasada tutaj jest prosta: im jaśniejsza cera, tym ciemniejsze tony pasują. Jeśli cera nie jest szczególnie blada, lepiej trzymać się delikatniejszych odcieni chłodnego różu.

Te kolory neutralizują żółtawe tony, usuwają wrażenie, że cera jest opalona, więc w efekcie tworzą wrażenie bladości.

Podkreślanie dla pod-tonu różowego

Dla osób o skórze koloru "porcelanowej" doskonale sprawdzą się kolory pomarańczowe.



W Korei od lat lubi się pomarańczowy makijaż i nie brak świetnie skomponowanych szminek oraz róży właśnie z tej tonacji.


Podkreślanie dla typu neutralnego


Dla wielu z nas określenie koloru pod-tonu może się wydawać niemożliwe, gdyż cera ani nie jest szczególnie żółta, ani szczególnie różowa. Co w takim wypadku?

Można stosować zarówno pomarańcze, jak i róże. Polecam skorzystać z koreańskiego patentu na nakładanie podwójnego koloru na policzki lub usta. Czyli korzystamy z kolorów chłodno-różowych i pomarańczowych, na przykład najpierw nakładamy delikatnie pomarańczowy kolor na całe policzki, po czym dodajemy odrobinę różu. Możemy też zamieszać i mieć usta w jednym tonie, a policzki w drugim :)


Dla osób o cerze w kolorze ziemistym


Cera osób w tym typie zawsze wygląda szaro, bez życia. To typ prawdziwie "wampirzy" i moim zdaniem bardzo piękny :). Osobom o tym typie cery doskonale pasują chłodne, liliowe odcienie, które podkreślają "chłód" tej niezwykłej karnacji.


Podsumowując...


To tylko pewne pomysły na to, jak można podkreślić bladość. Jestem pewna, że to nie wszystkie i pewnie wiele z Was zna więcej sposobów i patentów :).

Czy staracie się makijażem podkreślać swoją karnację?

Czy Twoja twarz jest proporcjonalna?


Na samym początku chciałabym zaznaczyć, żeby nie brać kwestii proporcji twarzy zbyt poważnie, bo proporcjonalność to jedynie zestaw bardzo obiektywnych zasad, które nie koniecznie muszą przekładać się na piękną twarz. Jednakże zapoznanie się z nimi może dać nam wskazówki, po jakie triki makijażowe warto sięgać.

Ogólnie zakłada się, że nasz nos powinien być tak długi jak odcinek między podstawą nosa a końcem brody, a także tak samo długi jak czoło. Słowem, twarz powinno dać się podzielić na 3 równe odcinki. Jeśli czoło jest zbyt wysokie, może warto rozważyć grzywkę. Jeśli odcinek od podstawy nosa do końca brody jest zbyt krótki, można spróbować "dobudować" dodatkowe kilka milimetrów brody wypełniaczem (bez-wstrzykiwania lub wstrzykiwanym, zależnie od preferencji).

A co jeśli nos lub broda są zbyt długie? Dobra fryzura i trochę pewności siebie :). Jak wspominałam, piękno nie jest zarezerwowane tylko dla osób, których twarz mieści się w owych obiektywnych proporcjach.

Idealna odległość miedzy oczami powinna być równa długości samego oka. Myślę, że jest to ciekawa wskazówka, jeśli rozważacie, jak makijażem ozdabiać wewnętrzny kącik oka. Choć dominująca na YouTube doktryna nakazuje zawsze i wszędzie rozjaśniać wewnętrzny kącik oka, wiele z nas może sobie pozwolić na jego zaczernienie, jeśli nic nie wskazuje, że oczy są zbyt blisko siebie. Zaczerniony kącik mega powiększa oczy :D

Jak długa powinna być rynienka nosowa? Linia ust powinna wypadać w 2/3 odcinka pomiędzy podstawą nosa o końcem brody. Im niżej owa linia, tym naturalnie dłuższa staje się rynienka nosowa. Ogólnie zakłada się, że rynienka nosowa nie powinna być dłuższa niż 14 mm. Wiem, że mój wpis o rynience nosowej wywołał sporo paniki w temacie i wiele osób zaczęło się zastanawiać, czy ma wystarczająco krótką rynienkę ^_^;.

Jeśli linia ust jest w 2/3, ale rynienka wydaje się zbyt długa, możemy kombinować z obrysowywaniem ust trochę wyżej, itp. Jeśli zaś linia ust jest zbyt nisko, wtedy trzeba rozważyć ćwiczenia i masaże twarzy.

Co do ust, bardzo ciekawa, moim zdaniem, jest też proporcjonalna szerokość. Idealnie proporcjonalne usta nie powinny mieć kącików wysuniętych dalej w szerokości twarzy, niż źrenice.

Czy znacie proporcje swojej twarzy?

Po co nam właściwie kultura piękna?




Jeśli ktokolwiek odważy się choćby pisnąć, że postrzega jakąś cechę swojego ciała jako nieładną, zostanie automatycznie zalany lawiną pocieszeń "nie, nie prawda, jesteś piękna, idealna, pokochaj siebie, nie ważne co myślą inni, gdybyśmy wszyscy byli tacy sami byłoby nudno, każdy jest ładny na swój sposób", etc.. Ale jeśli ktoś chce sprawić komuś przykrość, od razu sięgnie po teksty o krzywej mordzie.

Czy jesteśmy urodowymi hipokrytami?

 

Która z nas nie jest zamknięta w cyklu chęci samoakceptacji i dbania o siebie? Są dni, gdzie kochamy siebie, swoje ciało, swoje "niedoskonałości", gdzie czujemy się wdzięczne, za wszystko, co nasze ciało potrafi zdziałać. Kilka dni później coś jednak się zmienia i uczucie euforii i samozadowolenia zastępuje potrzeba zmieniania siebie, działania, modyfikacji. Uczucie zadowolenia ewoluuje w potrzebę ulepszania, naprawiania.


Manipulated from Kelsey Higley on Vimeo.


Po co właściwie nam piękno? 

 

Piękno w swej bazowej naturze ma wymiar biologiczny. To, co uważamy za piękne, w swej wydestylowanej formie sprowadza się do biologicznego sukcesu rozrodczego. Ci z naszych przodków, którzy instynktownie dobrze interpretowali oznaki zdrowia i potencjału, mieli większe szanse na odchowanie dzieci, niż przodkowie pozbawieni owej intuicji.

Jednak nasza potrzeba piękna wydaje się rozciągać znacznie ponad biologiczną funkcję rozmnażania. Lubimy piękno pod wieloma postaciami: nie tylko pięknych ludzi, ale pięknych rzeczy, krajobrazów, dźwięków. Potrafimy dostrzegać je w najbardziej niespodziewanych miejscach.

Piękno jak muzyka?

 

Czy zastanawiało Was kiedykolwiek dlaczego, jak świat długi i szeroki, ludzie uwielbiają słuchać muzyki? Jedna z teorii głosi, że muzyka jest formą jednoczenia się z grupą. Ponieważ niezależnie od przynależności kulturowej czy czynników biologicznych, ludzie bez problemu interpretują pewne kompozycje dźwięków jako smutne, inne jako energiczne i wesołe.

Nie ewoluowaliśmy do bycia samotnymi wilkami. Nasza natura pcha nas ku innym i chcemy być akceptowani, otoczeni bezpieczeństwem bycia w grupie. Gdy ludzie słuchają tej samej muzyki, wywołuje ona u nich te same uczucia. Przez choćby drobną chwilę, możemy zjednoczyć się z innymi, ponieważ czujemy to samo; wiemy i rozumiemy, co czują inni.

Czy piękno jest więc jak muzyka? Czy potrzebujemy go, by móc rozumieć co myślą i czują inni? Czy dlatego tak bacznie przysłuchujemy się, kto jest uznawany za ładnego, a kto jest brzydki i dlaczego? Czy nie dlatego odczuwamy potrzebę dostosowywania się do norm piękna, by móc choćby odrobinę mieć kontrolę nad innymi? Czy dlatego, obojętnie jak dużo nasłuchamy się apelów o samoakceptacji, instynktownie chcemy zrzucić kilka kilo, czy mieć bardziej płaski brzuch, bo nasz "małpi" umysł upierać się będzie, że bez tego możemy stracić bezpieczeństwo gwarantowane przez akceptację grupy?
Pomimo zapewnień, że w różnorodności jest piękno, cegiełką budującą naszą cywilizację jest podział na "nasz" i "obcy". To w grupach "naszych" rozwijały się szlachetne instynkty jak altruizm, solidarność, wierność. Zaś "obcy" nie był widziany jako człowiek i można go było bez ceregieli zamordować. Czy kultura piękna jest jednym ze sposobów, w jaki staramy się instynktownie zabezpieczyć status "naszego"?

Czy dlatego w Azji, gdzie ceniona jest harmonia, ideały piękna są bardziej homogeniczne, zaś na Zachodzie, gdzie konformizm jawi się jako coś potencjalnie niebezpiecznego, nasze definicje piękna są bardziej rozmyte?


Natura przeciw osobie


Jak pewnie wyczułyście, nie jestem wielkim fanem ognistych apelów o samoakceptację i wierzenia, że każdy jest piękny i nie pozostaje nic innego, jak usiąść na tyłku i mruczeć z samozadowolenia. O ciarki przyprawiają mnie teksty o tym, że naturalne jest najpiękniejsze i że trzeba siebie zostawić w spokoju i broń boże niczego nie zmieniać. Jak nie zmieniać, kiedy nasze ciało cały czas się zmienia? Twarz, którą miałyśmy 5 lat temu nijak się ma do twarzy z dzisiaj. Są tak różne, ale która jest naturalna, skoro obie choć różne, są dane przez naturę? Która jest "prawdziwsza"?

Każda z nas na w swej głowie określony obraz "siebie". Jak stosować dogmat samoakceptacji, gdy ciało, twarz, strój, figura z jakiś powodów przestają wyglądać jak "ja"? Co jeśli twarz, którą miałam dawniej, jest twarzą, która przychodzi do głowy, gdy myślę "ja", a ta, którą mam teraz, nie jest tą, która jest dla mnie "naturalna"?


Czy w tym ujęciu kultura piękna jest sposobem, w jaki próbujemy zgrać wygląd z tym, kim jesteśmy w środku? Sposobem na szukanie harmonii między osobą, która siedzi w ciele, a ciałem, które ową osobę reprezentuje?

Piękno jako certyfikat

Bardzo często pytacie mnie o masaże czy gadżety, które mogłyby pomóc usunąć garbek na nosie. Ale dlaczego właściwie ów garbek jest tak demonizowany? Azjaci mają garbki na nosach i nikt tak na nie nie zwraca uwagi, by wykształcić popyt na rynku na ich usuwanie. Azjaci jednak nie chowają się na bajkach, gdzie każda zła wiedźma ma garbaty nos.

Ale zarówno w bajkach azjatyckich, jak i europejskich, każdy kto jest dobry i zacny jest też piękny. Gdy myślimy o księżniczkach z bajek, wiemy, że wszystkie są dobre, współczujące, miłościwe i łaskawe. I piękne. Piękno jest niczym certyfikat, poświadczający nobliwość osoby. Wiedźmy, jeśli są piękne, są piękne tylko na chwilę i tylko w wyniku oszustw. Ich piękno jest powierzchowne, złudne i nietrwałe. Jest tylko iluzją, którą rozproszy ich zła natura.

Czy nie edukujemy się od najmłodszych lat, że piękno jest niczym noszony na sobie certyfikat, potwierdzający nasze wewnętrzne walory? Gdy chcemy kogoś zdyskredytować, nazwiemy tą osobę "brzydką, starą babą" i może dodamy jeszcze, że "ma grubą dupę".

Czy szukamy piękna, bo wierzymy, że będąc pięknym będziemy mogli pokazać kim jesteśmy w środku?

Piękno jak zasób kontrolowany


Gdy powiemy komuś komplement, akceptujemy tylko dwie reakcje: wdzięczność lub paradę skromności. Jeśli osoba obdarowana komplementem wzruszy ramionami lub przytaknie, lubimy taką osobę mniej. Bo jest przemądrzała, uważa się za lepszą od innych, zadziera nosa.

Ale czym właściwie jest komplement? Dlaczego dając go czujemy się, jakbyśmy sprawiali drugiej osobie radość, bo przecież każdy powinien się czuć wdzięczny, że został dowartościowany... "Dowartościowany" zakłada jednak, że osoba MUSI czuć się poniżej wartości. Dlatego czasami w komplemencie kryje się pewna presja, pewne oczekiwanie.

Czy dzieje siak dlatego, że piękno nie jest obiektywną normą, ale pewnym zasobem społecznym, który ostrożnie przyznajemy innym. Powiedzenie komplementu jest więc wyrazem społecznej benewolencji, przyjaznego nastawienia, zaś nazwanie kogoś brzydkim jest odebraniem owego społecznego przywileju, wyrażeniem wrogości. .Oczekujemy, że komplement sprawi radość, bo usuwa z relacji element niepewności, obawę odrzucenia z grupy. W myśl tej teorii ideały piękna są po prostu systemem powszechnie zaakceptowanych wskazówek jak możemy komunikować pozytywne lub wrogie intencje. Dlatego w Azji komplementujemy chudość czy jasną cerę, na Zachodzie zaś uśmiech czy ładne oczy.

Podsumowując


Nie wiem, która z tych teorii jest trafna, ale każda z nich daje punkt widzenia na pogmatwany świat piękna. Która z tych teorii najbardziej do Was przemawia? Jaka jest Waszym zdaniem rola kultury piękna?

Wieloetapowe kosmetyki do usuwania zaskórników


Zaskórniki powstają, gdy produkowane przez naszą własną cerę sebum i keratyna nie wydostają się z pora w odpowiedni sposób i zaczopowują się w środku. Zawarta w owych substancjach melanina utlenia się i z czasem owy czop barwi się na czarno. Powstaje zaskórnik.

Jest masa sposobów na walkę z tymi nieestetycznymi czarnymi kropeczkami. Można się pokusić o brutalną, ręczną ekstrakcję, można przecierać kwasami różnej maści (BHA jest bardzo ceniony w tym względzie), można też nakładać maseczki z glinką, itd.

Sposobów jest masa. Niestety ze skutecznością różnie bywa. Warto podkreślić, że zaskórników nie da się "pozbyć". Można się ich co najwyżej regularnie pozbywać i zmniejszyć częstotliwość ich powstawania.

Chciałbym Wam dzisiaj przedstawić pomysł wielofazowego oczyszczania porów i jakich kosmetyków można używać. Choć (wbrew krążącym pogłoskom) w Korei nie da się kupić "magicznego kosmetyku rozpuszczającego zaskórniki", można kupić masę ciekawych kosmetyków pomagających otworzyć, oczyścić i domknąć pory.

Jeśli macie problem z pozbyciem się zaskórników, pewnie znacie te frustrujące momenty, gdy po zmyciu maseczki z glinki czy zdjęciu plasterka peel-off z nosa żaden z zaskórników nie wydaje się nawet odrobinę ruszony z miejsca. Siedzą sobie w skórze dranie i nie mają ochoty wyjść. Tradycyjnie więc poleca się, by przed oczyszczaniem porów zafundować sobie gorącą kąpiel lub trzymanie twarzy nad parującą miską wody, by skórę rozgrzać i otworzyć pory. To doskonałe pomysły, jeśli ktoś ma warunki do ich zrealizowania i skórę, która dobrze reaguje na ciepło.

Alternatywą jest otworzenie porów poprzez masaż z użyciem oleju lub wazeliny. Wystarczy wziąć olejek do oczyszczania twarzy lub odrobinę bardzo tłustego kremu (czy nawet czystej wazeliny) i przez 2-4 minuty masować nos czy brodę. Ciepło palców rozgrzeje skórę w delikatny sposób. Warto pamiętać, że tłuszcze najlepiej rozpuszczają się w tłuszczach, więc taki aktywny masaż pomoże też rozpuścić wstępnie skondensowane w porach sebum. Po masażu spłukujemy dokładnie wazelinę czy inne użyty produkt.
Nie polecam! Zero działania... ot, taki krem.
Właściwie pudełeczko wazeliny.


W Korei jest wiele kosmetyków przeznaczonych właśnie do takiej przed-oczyszczaniowej rozgrzewki. Ale nie znajdziemy w składach nic szczególnego, poza wazeliną czy innym olejem.

Kolejny krok to ekstrakcja i tutaj warto sięgnąć po ulubioną glinkę czy plaster oczyszczający. Nie uważam, że trzeba tutaj inwestować w koreańskie cuda, bo dobrych glinek oczyszczających nie brakuje na żadnym rynku. Ja osobiście lubię maseczkę oczyszczającą Innisfree, bo mimo, że dobrze oczyszcza, nie przesusza mojej i tak suchej skóry.


Ostatni krok jest najważniejszy i najczęściej ignorowany - po oczyszczeniu pory trzeba domknąć! Zakładamy, że oczyszczone powinny się zbiec same z siebie, ale często tak się nie dzieje i pory szybko pozapychają się znowu i utworzą nieestetyczne kropki.

Czym pory domykać? Ja polecam sięgnąć do natury - albo skorzystać z zielonej herbaty (nakładanej na skórę), albo z ekstraktu z łuski kasztana. Ten drugi może nie być łatwo dostępny, ale o zieloną herbatę nie trudno. Wystarczy nasączyć wacik w naparze zielonej herbaty i przetrzeć oraz wklepać w oczyszczone miejsca.

Żel z ekstraktem z łuski kasztana

Wiele osób nie docenia wagi elastyczności cery przy problemie porów. Czasami zamiast oczyszczać, lepiej nawilżyć, chronić i zainteresować się elastycznością cery.

Bardzo pomaga też technika 100 chluśnięć wodą! Może się to wydawać dziwnym pomysłem, ale jeśli zależy Wam na perfekcyjne oczyszczonej cerze, dajcie jej szansę.

Oczywiście warto też spróbować metody 4-2-4! Wystarczy raz w tygodniu, a wygląd cery może się drastycznie poprawić.

Przedstawiane tutaj treści mają jedynie charakter informacyjny. Autor nie ponosi odpowiedzialności za działania czytelników, ani żadne konsekwencje wynikłe z zastosowania podanych tu pomysłów oraz technik. W razie wątpliwości skontaktuj się ze specjalistą.

Posty, które moga Cie zainteresowac

Related Posts with Thumbnails