piątek, 25 lipca 2014

4 różne typy worków pod oczami - tego nie powie Ci żadna firma kosmetyczna ani gabinet!


Och worki pod oczami... Czy istnieje bardziej frustrujący temat? Już kiedyś pisałam o nich w kontekście cieni pod oczami (spora grupa ludzi uparcie nazywa cienie pod oczami workami -_-;), ale wygląda na to, że to nie koniec sagi...

Trochę szukałam informacji na ich temat i wygląda na to, że jest kilka typów worków pod oczami. W zależności od typu potrzebne jest trochę inne podejście w ich zwalczaniu. Niestety bardzo mało się o tym mówi - w efekcie wiele z nas inwestuje w kosmetyki, które nie są w stanie nam pomóc.

1. Tymczasowe worki pod oczami - "klasyczny typ". Odrobina tłuszczyku pod okiem wygląda naprawdę dobrze - jeśli owa tkanka jest usytuowana zaraz pod linią rzęs i ma regularny, jędrny kształt dodaje masy uroku! 

Ale jeśli owa wypukłość przesunie się niżej, zaczyna to wyglądać nieestetycznie. Często jest to kwestia nadmiaru płynu, który zbiera się w rejonie dookoła oka - czasami w wyniku traumy, alergii, nierównowagi zarządzania płynami w organizmie, itd. Na tego typu worki pomaga masaż drenujący, odpowiednie kremy (często zawierające np. gumę ksantynową, która tymczasowo napina skórę), zimny kompres lub ciepły kompres z użyciem torebki po herbacie. Zmiana sposobu odżywiania lub pozycji, w jakiej śpimy, też może pomóc. Jest masa sposobów do przetestowania!

Opisywany tutaj typ charakteryzuje się tym, że jest tymczasowy - słowem, worki czasami są, a czasami znikają. Są dość miękkie i "wodniste". Osoby które dotyka ten typ są szczęściarzami! Mają sporo możliwości zawalczenia o siebie. Niestety kolejne typy nie mają już tak łatwo.

2. Stale obecne worki - często pojawiające się z wiekiem i bardziej trwałe formy worków - te, z którymi nie daje rady żaden krem, które nie znikają pomimo dobrze przespanych nocy. Charakterystyczny znak rozpoznawczy - stają się bardziej wyraźne, kiedy osoba popatrzy w górę. Są dość jędrne gdy się ich dotyka. Ich granica pokrywa się z kształtem oczodołów.

Ten typ to rezultat naciągnięcia się tkanek dookoła oka, głównie przegrody oczodołowej. Anatomiczna poduszeczka tłuszczu, która otacza oko, nagle zaczyna się wybrzuszać, dochodzi do dalszego naciągnięcia skóry i mięśni.



W tym wypadku pomocne są ćwiczenia twarzy, choć w zaawansowanym stadium niestety jedyną dostępną metodą walki z problemem jest zabieg chirurgi plastycznej, zwany blepharoplastyką. Ale przynajmniej są opcje!

3. Dolina łez/"tear troughts" - efektem migracji twarzy jest obniżenie policzka. To jeden z pierwszych i początkowo trudnych do uchwycenia objawów starzenia twarzy. Dochodzi do "rozdzielenia" obszaru otaczającego oko i policzka, a w efekcie do wykształcenia się zapadniętej linii zaczynającej się w obszarze wewnętrznego kącika oka. Powstała "dolina" może dawać wrażenie, że oko jest zapuchnięte nawet jeśli nie jest.

Doliny łez dobrze reagują na wypełnienie i jest to polecana forma estetycznej korekty. Można wypełniać wstrzykiwanymi specyfikami, ale można też zawalczyć wypełniaczem bez wstrzykiwania. Ćwiczenia "podciągające" całą twarz też są doskonałym pomysłem.

4. "Malar mouds"/"festoons"/"girlandy"- o tym typie jest frustrująco mało informacji! Malar mouds pojawiają się poniżej linii oczodołu po zewnętrznej stronie policzka. To "worki", które siedzą na kości policzkowej. Struktura tego typu worka to zazwyczaj zapadnięta linia, której często towarzyszy w miarę płaski i wodnisty "worek". Nie stają się one bardziej widoczne, gdy osoba patrzy w górę.


Czym są? Nie do końca wiadomo. Część lekarzy uważa, że to efekt "zerwania" struktur skóry w wyniku jej słabości, uszkodzeń (wypadku, opalania, itp). Część upierać się będzie, że to wewnątrz-tkankowa przepuklina, czego skutkiem jest zbierający się nad zapadniętą linią płyn.

Czy można coś z nimi zrobić? Najwyraźniej nie... Różni lekarze podają nawzajem wykluczające się rozwiązania. Ci, którzy polecają laser, twierdzą, że chirurgia nic nie zdziała; ci, którzy promują chirurgię, naśmiewają się z pomysłu laseru czy innych form złuszczania skóry, i tak w kółko...
Duże znaczenie dla "girland" ma zbierający się w tkankach nadmiar płynu, dlatego wiele kuracji poleca masaże limfatyczne oraz spożywanie diuretyków, ale jak na mój gust to trochę zbyt agresywne działania, jak na walkę z - jakby nie patrzeć - niewielką zmianą na twarzy.

Malar mouds są więc typem, z którym w teorii nie da się wiele zrobić - ani chirurgicznie, ani kosmetycznie. Może dlatego tak niewiele się o nich mówi i pisze.

Moje przygody - dolina łez i "girlandy"

Kiedyś moim problemem była dolina łez - głęboka i ciągnąca się od wewnętrznego kącika oka do prawie że skroni. Ale pięknie się wypełniła, gdy zaczęłam używać wypełniaczy bez wstrzykiwania.

Teraz większym problemem jest dla mnie "girlanda" pod prawym okiem. Mam ją od dawna i miała swoje lepsze i gorsze momenty, ale nie chce zniknąć tak jak dolina łez. To, co odróżnia ją od doliny łez, to to, że nie zaczyna się w kąciku oka, tylko w połowie policzka. Gdy borykałam się z doliną łez, nie było też problemu opuchlizny - po prostu miałam wrażenie, że policzek "spadł".

Jak walczę ze swoim "girlandem"? Ćwiczenia całej twarzy, aby podciągnąć policzki i zapobiegać migracji. "Wypełniacz bez wstrzykiwania" nakładany miejscowo tylko tam gdzie skóra jest zapadnięta.

Bardzo pomaga mi też jeszcze jeden manewr, ale z góry zaznaczam, że nie polecam tego nikomu, ani nie biorę odpowiedzialności, jeśli ktoś zdecyduje się przetestować, bo jest to z użyciem kosmetyku nie przeznaczonego na ten obszar ciała. Na miękką część zaraz na szczycie kości policzkowej, tam gdzie zbiera się płyn nakładam odrobinę... Inchloss'a. Ale robię to BARDZO ostrożnie, używając jedynie odrobinki kremu oraz patyczka kosmetycznego. Inchloss genialnie napina skórę, więc pomaga zmniejszyć retencję płynu.

Na zakończenie....

Myślę, że warto wiedzieć, jaki typ worków pod oczami jest problemem. Na typ 1 jest cała masa kosmetyków i zabiegów, które mogą realnie pomóc. Jednak jeśli próbują ich osoby z pozostałymi typami, to niestety starania mogą okazać się rozczarowujące.

Kiedyś na Azjatyckim Bazarze oferowałam rolkę z Ginvery, która mi bardzo pomagała na pojawiającą się pod koniec dnia opuchliznę (czyli typ 1). Produkt dostał jednogłośnie negatywne recenzje, z których wprost wynikało, że wiele osób liczyło na zwalczenie problemu uporczywych, strukturalnych zmian. Niestety na nie nie ma kremu. Trzeba próbować ćwiczeń, masaży, wypełniania (wstrzykiwanego lub naturalnego).


Na zakończenie jedynie dodam... że worki pod oczami, nawet takie jak typ 4, nie są koniecznie tragedią. Żyjemy w czasach, gdzie na każdym zdjęciu modelki mają do perfekcji wyfotoshopowane nawet najmniejsze oznaki wybrzuszenia... Ale wiele celebrytek ma worki pod oczami i nie przeszkadza im to uchodzić za piękności. Spójrzcie choćby na Jessicę Albę czy Kate Middleton.

Z jakim typem worków Wy się zmagacie?


środa, 23 lipca 2014

Czy cerę da się rozjaśnić? Na czym polega wybielanie skóry?


Kiedyś jak mantrę powtarzałam, że nie istnieją bezpieczne sposoby na rozjaśnienie cery. Ale... z perspektywy obecnie posiadanej przeze mnie wiedzy, chciałabym trochę ten temat rozwinąć i sprostować.

Wiem, że temat pigmentacji nie jest szczególnie popularny, ale naprawdę polecam Wam przeczytać ten wpis.... Dla niektórych może mieć on wymiar praktyczny, np. borykają się z problemem plam lub ostudy. Myślę, że warto znać temat również, jeśli interesuje Was kulturowy aspekt wybielania i białej skóry. Wszyscy wiemy, że w Azji ceni się jasną skórę... ale z praktycznego punktu widzenia, na ile jest to osiągalne?

Jak pigment funkcjonuje w naszej skórze?


Za kolor skóry odpowiada melanina. Ale... gdzie dokładnie owa melanina się znajduje? Przyznam, że przez długi czas nigdy nie zadawałam sobie tego pytania. Jasne, każdy widzi melaninę w skórze - widzimy ją w formie opalenizny, widzimy ją w piegach, pieprzykach i przebarwieniach. Ale gdzie ona właściwie jest i skąd się tam bierze?


Melanina produkowana jest w melanocytach - wyspecjalizowanych komórkach, które są "fabrykami" pigmentu. Owe komórki rozmieszczone są na styku skóry właściwej oraz naskórka. Nasz naskórek cały czas się dzieli i nowe warstwy wypychają starsze warstwy w stronę powierzchni skóry. Komórki naskórka są na początku żywe, ale z czasem obumierają i tworzą martwą, zrogowaciałą warstwę.

Melanocyty produkują pigment (melaninę) i zamykają ją w maleńkich błonkach, tworząc zgrabne pakieciki, które za pomocą specjalnych dendrytów lokowane są w dzielących się komórkach naskórka. Pigment znajduje się więc bezpośrednio w naskórku.

Co z tego wynika? Bardzo dużo.

Ponieważ pigment zamknięty jest w komórkach naskórka, zarówno tych żywych, jak i martwych, zmiana koloru skóry nie jest łatwym zabiegiem - obojętnie czy mówimy tutaj o klasycznym pojęciu wybielania, czy o rozjaśnieniu przebarwienia, albo plamy posłonecznej.

Nie ma prostych chemicznych sposobów na "wyciągnięcie" pigmentu z komórki naskórka, bez jej zniszczenia. Peelingi chemiczne czy mikrodermabrazja pozbawiają naskórek warstwy zrogowaciałej, więc efektywnie usuwają część naskórka z pigmentem. Bezpośrednio po zabiegu skóra robi się więc jaśniejsza, zaś przebarwienia wydają się blednąć. Ale te zabiegi nie wpływają na to, że melanocyty dalej działają jak działały i odbudowujący się naskórek powróci do oryginalnego koloru.
W miejscach z przebarwieniami dochodzi do nadmiernego rozwoju melanocytów.

Można też laserowo zniszczyć istniejące pakieciki melaniny, ale jest to zabieg porównywalny trwałością do peelingu kwasami czy złuszczania kwasami. Ja miałam laserowo złuszczane piegi, ale poprawa przebarwienia nie była znaczna w perspektywie dłuższego czasu...

Czy można trwale rozjaśnić cerę?


Zabieg trwałego wyniszczania melanocytów nosi nazwę "depigmentacji" i jest przeprowadzony za pomocą silnych środków chemicznych. Jak łatwo się domyślić, nie jest to wcale takie proste. Generalnie zabieg depigmentacji jest głównie kierowany do osób, dotkniętych ostrymi formami bielactwa. Konsekwencje "ubicia" melanocytów to nie tylko ekstremalnie biała skóra, ale też szereg problemów, jak brak jakiejkolwiek naturalnej ochrony przed promieniami UV.

Modelka dotknięta bielactwem

Choć ludzie uparcie eksperymentują z depigmentacją nawet jeśli nie mają problemów z bielactwem, są to eksperymenty ryzykowne pod wieloma względami (również estetycznymi, gdzie można się dorobić białych, pozbawionych pigmentu plam) i ciężko uważać je za bezpieczne. Jeśli ktoś naprawdę potrzebuje tego typu zabiegów, powinny być one prowadzone pod okiem specjalisty.

Czy można bezpiecznie rozjaśnić cerę?


Można, ale w sposób ograniczony i nietrwały. Nietrwałość jest tutaj ZALETĄ procesu, nie wadą, ponieważ oznacza, że jeśli z jakiś względów Wasza skóra wymagałaby zwiększonej naturalnej ochrony w formie melaniny, to może powrócić do jej produkowania.

Na czym polega proces bezpiecznego rozjaśniania cery? Na obniżaniu produkcji melaniny oraz na zapobieganiu jej odkładania w komórkach naskórka.

Jak obniżyć produkcję melaniny?


Nasze ciało cały czas balansuje poziom melaniny, by dać nam równowagę pomiędzy ochroną przed UV, a możliwością produkcji witaminy D. Melanina jest produkowana, gdy w skórze pojawiają się wolne rodniki - melanocyty produkują pewien enzym, który pozwala wolnym atomom tlenu "utlenić" bazowy składnik melaniny i w ten sposób powstaje cząsteczka pigmentu. Nie będę się tutaj wdawać w szczegóły - to dość zawiły proces, ale jeśli lubicie te tematy, to polecam o nim doczytać.

Sposobem na obniżenie produkcji melaniny jest zatem obniżenie ilości wolnych rodników oraz blokowanie tyrozynazy - owego enzymu wspomnianego w poprzednim akapicie. Ogromna ilość naturalnych przeciwutleniaczy ma tendencję do przyklejania się do owego enzymu i blokowania jego działania.

Składniki, które zmniejszają produkcję melaniny (w sposób ograniczony, ale pozwalający na stopniowe i bezpieczne rozjaśnianie):
- produkowany przez nasze własne ciało przeciwutleniacz glutation
- arbutyna - delikatny w działaniu składnik, typowo dodawana do kremów BB
- kwas azelainowy - popularny składnik kuracji przeciwtrądzikowych
- kwas kojowy - niestety podrażnia i nie jest polecany
- wyciąg z korzenia lukrecji - bardzo popularny składnik kremów, ale też balsamów i antyperspirantów
- hesperydyna, którą znaleźć można w skórkach owoców cytrusowych
- kwas linolowy
- ekstrakt z liści morwy (morus alba)
- soja
- astanksantyna, która idzie o krok dalej i blokuje produkcję półproduktów melaniny

Dieta bogata w przeciwutleniacze, spożywanie suplementów z kwasami omega, ćwiczenie jogi - pomagają obniżyć ilość stanów zapalnych w organizmie, a stany zapalne są mocno związane z produkcją melaniny. Im ciało w lepszym stanie - tym mniej nadmiarowej melaniny.

Aplikowana powierzchniowo witamina B3 może nawet do 68% zaburzyć odkładanie pakiecików melaniny w komórkach naskórka, więc może być używana do rozjaśnienia cery.

Czy efekt może być trwały?


Osoby które przez lata pielęgnowały swoją cerę pod kątem rozjaśniania często zauważają, że po długim czasie cera staje się naturalnie jaśniejsza. Istnieją podejrzenia, że aktywność melanocytów jest napędzana przez ich własną aktywność... im więcej melaniny melanocyt produkuje, tym aktywniejszy się staje. Jeśli ktoś przez lata używa kosmetyków blokujących enzym wspierający wytwarzanie melaniny, prawdopodobnie doprowadza do stopniowego obniżenia aktywności melanocytów. Zapewne efekt zostałby odwrócony, gdyby taka osoba nagle zaczęła się intensywnie opalać.

Mam wrażenie, że w podobny sposób walczy się z trwałymi pigmentacjami.

Azjatyckie kosmetyki do wybielania cery - bezpieczne czy nie?


To chyba najważniejsze pytanie... Jak pisałam wcześniej, istnieje cała masa różnych substancji, opóźniających działanie melanocytów, a większość z nich ma łagodne i bezpieczne dla ciała działanie (np. witamina C). Ale są też substancje, których bezpieczeństwo jest wątpliwe lub żadne. Kontrowersyjny hydrochinon daje szybkie efekty, ale potrafi podrażniać - dlatego jest sprzedawany na receptę i nie znajdziecie go w kosmetykach.

Innym kontrowersyjnym składnikiem jest rtęć, która też blokuje wytwarzanie melaniny. Większość krajów nie pozwala na sprzedaż kosmetyków zwierających dawkę rtęci powyżej 1 cząsteczki na milion (Stany, Europa, Korea), ale są wyjątki: Chiny oraz Filipiny, gdzie akceptuje się wyższe stężenia rtęci. W Indiach jest zakaz dodawania soli rtęci, ale przez kiepską infrastrukturę kontrolną, istnieją ogromne podejrzenia, że liczne kosmetyki ją zawierają. Dlatego bardzo Was proszę - nie kupujcie wybielających kosmetyków z CHIN, FILIPIN, ani INDII! Z dozą nieufności podchodziłabym do kosmetyków wybielających z Tajlandii, Indonezji, Sri Lanki, Tajwanu... oraz Japonii (nie mówię tutaj o renomowanych markach, które eksportują, jak Shiseido, Astalift, Hada Labo... tylko o jakiś mniej znanych, lokalnych markach, nad którymi nikt nie sprawuje kontroli).


Moim sposobem na szukanie bezpiecznych kosmetyków, jest szukanie marek, które:
- Mają lokalne atesty (na przykład firmy koreańskie często śmiało chwalą się swoimi certyfikatami Korean Food and Drug Administration)
- Są sprzedawane międzynarodowo (Etude House, Dr. G, Hada Labo, Missha, Skin79 [mają butiki w Europie], My Beauty Diary, itd.). Wiele rynków ma ostre regulacje dotyczące bezpieczeństwa sprzedawanych produktów, więc wiele osób przyglądało się owym produktom i ich składom, zanim trafiły do sprzedaży.

Gdybym miała polecać kosmetyki z Azjatyckiego Bazaru, to polecałabym It's Skin z witaminą C oraz z wyciągiem z lukrecji.

Nie polecam kupowania koreańskich "gotowców" do rozjaśniania - jeśli zajrzyjcie na skład, to często jest to po prostu mieszanka różnych pielęgnujących składników z arbutyną, która akurat nie słynie z powalającej skuteczności. Działaniem takich kremów w najlepszym wypadku będzie po prostu ładnie wyglądająca cera, ale na rozjaśnienie nimi przebarwień nie ma co liczyć.

Nie do końca "whitening"...

  Kosmetyki dostępne w Polsce?


Jeśli interesuje Was rozjaśnianie cery lub skoncentrowany atak na konkretną plamę czy przebarwienia, nie musicie sięgać po zagraniczne kosmetyki. Witamina B3 jest standardowym składnikiem wielu kremów pielęgnujących, w aptekach można kupić kremy, zawierające kwas azelainowy, a na stronach z półproduktami kosmetycznymi dostaniecie ekstrakt z korzenia lukrecji, itd. Nie chcę tutaj polecać konkretnych sklepów, bo z ich usług nie korzystałam, ale wiem, że opcje są jak najbardziej dostępne ;).

Grunt to zrozumieć, że proces rozjaśnianie skóry polega na blokowaniu zabarwienia świeżo formujących się komórek naskórka. Jest więc to proces, który zajmuje sporo czasu, jest nietrwały oraz ograniczony w działaniu.

Drobna notka na zakończenie:
- Piegi to grupy melanocytów nadwrażliwe na stymulację - dlatego piegi znikają przy dobrej ochronie przed słońcem.
- Plamy posłoneczne, ostuda lub pigmentacja wynikająca z nierównowagi hormonalnej to często efekt nadaktywnych melanocytów, zamkniętych w samonapędzającej się pętli nadprodukcji melaniny.  Warto zauważyć, że mogą wymagać bardziej skoncentrowanej aplikacji bezpośrednio w miejscach przebarwień.
- Przebarwienia po gojącym się pryszczu często znikają samoistnie po kilku tygodniach. Proces można przyspieszyć poprzez złuszczenie naskórka.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Poznajmy się lepiej - ankieta dla Azjatyckiego Cukru

Byłabym ogromnie wdzięczna za wypełnienie załączonej ankiety. Chciałabym dowiedzieć się więcej na temat tego co was interesuje - jakie tematy na blogu i kanale YT zwracają waszą uwagę.


czwartek, 17 lipca 2014

Filtry przeciwsłoneczne - tak czy nie?

DO OSÓB, KTÓRE CZYTAJĄ TYLKO TYTUŁ I WYCIĄGAJĄ POCHOPNE WNIOSKI: NIE PISZE ŻEBY SIĘ OPALAĆ BEZ FILTRA! POD ŻADNYM POZOREM! CAŁY WPIS JEST O TYM, BY UNIKAĆ BEZPOŚREDNIEJ EKSPOZYCJI, NAWET JEŚLI STOSUJECIE FILTRY!!!!!!!

Kiedyś BARDZO wierzyłam w filtry przeciwsłoneczne. Ale ostatnio mam trochę więcej wątpliwości... O ile dalej wierzę, że ma sens stosowanie ich na twarz (zwłaszcza w sezonie słonecznym), to co do stosowania na ciało nie mam już takiego przekonania.

Trochę czytałam na ten temat i moje wątpliwości są następujące:
  1. Nie ma pewności, czy filtry w ogóle obniżają ryzyko raka skóry. Wiemy jedynie, że oparzenie skóry zwiększa ryzyko
  2. Składniki filtrów mogą ukrywać symptomy oparzenia. Choć skóra może być uszkodzona, zawarte w filtrach składniki łagodzące i pielęgnujące nie dopuszczą do powstania rumienia, który dałby nam znak, że powinniśmy zejść ze słońca.
  3. Filtry dają fałszywe uczucie bezpieczeństwa, które zachęca do nadmiernej ekspozycji...
  4. Filtry i ich niestabilność to temat rzeka... Im więcej o tym czytam, tym bardziej przestaję ufać, że jakikolwiek filtr chemiczny może działać, bo wydaje się że destabilizuje je absolutnie wszystko - łącznie z samymi promieniami UV.
  5. Istnieją wątpliwości na temat przenikania filtrów przez skórę; niektóre filtry chemiczne oraz drobno zmielone filtry fizyczne mogą przenikać do systemu krwionośnego. O ile nie sądzę, by ilość nakładana na twarz mogła znacząco wpłynąć na organizm, to marynowanie się kremem od stóp do czubka głowy, zwłaszcza przez cały rok, wydaje mi się potencjalnie niebezpieczną sytuacją.
  6. Filtry chronią głównie przed UVB, kiedy tak na dobrą sprawę to UVA jest problemem. To UVA odpowiada za fotostarzenie, zwiększone ryzyko raka, uszkodzenie kolagenu i struktur skóry. Filtry zaś ogromnie skupiają się na ochronie przed UVB, które jest potrzebne do syntezy witaminy D. Może dlatego, że ochrona przed UVB jest łatwiejsza i łatwiej "zobaczyć" jej efekty? Filtry UVA to głównie filtry chemiczne (patrz punkt 4), zaś zniszczenia przez nie powodowane nie są natychmiastowo widoczne.
Wiem, że utrało się, by smarować się filtrami przed większym wyjściem, a już na pewno jeśli udajemy się na plażę. Daje to uczucie bezpieczeństwa; myśl, że możemy "bezpiecznie korzystać ze słońca". Ale czy jest to w ogóle możliwe? Nie mam pewności :(.

Żyję w kraju tropikalnym, słońce jest dostępne cały rok (często za chmurami, ale jest) i mimo wszystko nie umiem do końca przekonać się do stosowania filtrów na całe ciało. Zamiast tego staram się:

  • Unikać przebywania na słońcu w godzinach 11 do 17 i po prostu organizować swoje aktywności na świeżym powietrzu albo z samego rana, albo pod wieczór. Tą zasadę stosuję również na wakacjach w sezonie letnim - w tych godzinach staram się szukać aktywności wykonywanych w pomieszczeniach, chyba, że nie ma innej możliwości. 
  • Jeśli wiem, że będę dłużej na słońcu, staram się wybierać stroje, które zasłaniają sporo skóry - mam całą kolekcję zwiewnych narzutek, lekkich koszul i sukienek. Choć nie chronią przed UVA, pomagają uniknąć oparzeń.
  • Noszę ze sobą zawsze parasol (zwykły niestety.. muszę sobie kupić coś bardziej "profesjonalnego") i jeśli czuję, że słońce zbyt mocno podgrzewa skórę, chowam się pod parasolem. Jeśli jest dostępny cień, chowam się w cieniu.
  • Do pływania mam kupioną specjalną koszulkę z długim rękawem i zabudowanym dekoltem chroniącą przed UV.
  • Jeśli czuję, że skóra została podrażniona słońcem, biorę chłodny prysznic, potem wklepuję w cerę płyn z astaksantyną i smaruję skórę balsamem. Rano znowu astaksyna i balsam.
  • Jeśli wiem, że będę dłużej na słońcu, wtedy filtr idzie na całe ciało. 

Na twarz co rano nakładam filtr i przed wyjściem na lunch również staram się coś nałożyć. Stosuję filtr SPF38/PA++. Kiedyś sięgałam po 50, ale mam wrażenie, że trudniej taki filtr nałożyć i że moja cera nie do końca dobrze z nim współpracuje.

Mimo wszystko zachęcałabym Was do używania kremów z filtrem na twarz. A co z resztą ciała? To już indywidualna decyzja i wiem, że są czytelniczki, które np. ze względu na pracę spędzają masę czasu w słońcu praktycznie całe wakacje - wtedy wiadomo, że pokrywanie się filtrem to absolutna konieczność. Ale można też suplementować swoją ochronę np. ubraniami chroniącymi przed UVA.

A jak Wy się czujecie w tym temacie?

P.S. Pozwolę sobie na mały komentarz odnośnie chodzenia z parasolką. Kto spróbował wie, że jest to często wygodniejsza opcja niż kapelusz, bo nic nie spłaszcza fryzury, i można bez problemu schować ramiona i kark przed parzącymi promieniami.

Wiele z Was próbowało i czasem piszecie, że spotyka się to z negatywnymi komentarzami, nawet od obcych osób na ulicy. Ale przecież chodząc z parasolką nie naruszacie wolności i swobody innych, nie szkodzicie nikomu, nie narzucacie nic... To Wasza sprawa czy chodzicie z parasolką, kapeluszem, filtrem czy bez. To jest dla mnie nie do pojęcia, że akceptowalnym jest puszczanie głośno muzyki i - jakby nie patrzeć - hałasowanie innym w domach, czy palenie na ulicy i narzucanie śmierdzącego zapachu dymu innym, ale kiedy ktoś robi coś, co nikomu niczego nie narzuca i jest wyłącznie sprawą preferencji, to nagle inni czują przyzwolenie, by wytwarzać społeczną presję i pchać się ze swoimi poglądami w życie obcej osoby. Pamiętajcie, że za każdym razem, gdy podporządkowujecie się takiej presji, wyrażacie dla niej poparcie.

wtorek, 15 lipca 2014

Ulubione kanały YT? :D

Czasami pytacie o moje ulubione kanały na YouTube, więc chciałabym dzisiaj trochę rozwinąć temat i podzielić się z Wami tym, co oglądam.

Od razu zaznaczę, że nie śledzę zbyt wielu kanałów urodowych... Po prostu ciężko mi coś dla siebie znaleźć, choć okazjonalne zaglądam na tą czy tamtą produkcję...

Ale za to uwielbiam kanały, które mają w sobie coś ciekawego, odkrywczego lub naprawdę bardzo zagłębiają się w jakiś temat:).

Mój ranking:

1. Najulubieńszy kanał wszech czasów: Vsauce

Chylę czoło przed pomysłem na kanał i genialnym wykonaniem. Wiele z filmików dało mi dużo do myślenia i podoba mi się przewrotność niektórych wniosków. Ulubione filmy:



2. Vlogbrothers - obserwacje braci Green są czasami niesamowicie trafne i inspirujące. Choć część filmików nie jest szczególnie dobra, niektóre są po prostu niesamowite:



3. CrashCourse - kolejna produkcja braci Green. Gdyby tak uczono historii lub literatury w szkole, jestem pewna, że świat byłby dużo lepszy:



4. TED - tego cyklu chyba nie trzeba nikomu przedstawiać, ale chciałabym wyciągnąć z niego dwa filmiki, o których mogę powiedzieć, że drastycznie zmieniły moje spojrzenie na świat. Nie ogląda się ich łatwo, ale polecam:



Tak poza tym, do ulubionych zaliczyłabym:
5. Ziołowy Zakątek - za pasję do tematu! Kanał Klaudyny ma to, co lubię - ciekawostki, praktyczne pomysły i rzetelne, bezstronne podejście do tematów.
6 i 7. Resonance22 i ZeroEmpires -  chyba najlepsze kanały dla fanów AoE. Obaj narratorzy mają świetny styl narracji i trafne spostrzeżenia.
8. CinemaSins - mistrz sarkazmu xD
9. CleanMySpace - chyba jedyny kanał we na Ziemi, który potrafi człowieka zmotywować do sprzątania ;D
10. Deserek.TV - moja słabość na piątkowe wieczory xD

Do okazjonalnie oglądanych zaliczyłabym jeszcze EatYourKimchi, EmmyMadeInJapan, Annchirisu, WatchMojo, CGP Grey oraz SciShow (kiedyś mieli dużo lepszy materiał).

środa, 9 lipca 2014

Kultura piękna?

Czasami na Facebooku dzielę się z Wami różnymi myślami - czasami tymi bardziej kontrowersyjnymi, bo jestem ciekawa co myślicie w danym temacie i jak ustosunkujecie się do pewnych argumentów. Czasami to co piszecie jest dla mnie świetnym sposobem na poszerzenie horyzontów, choć czasem dyskusję utykają....

Jednym z tematów, który regularnie wywołuje właśnie takie kulejące i trudne dyskusje jest temat koloru cery. Sporo osób pała do owej idei szczerą niechęcią, ale wiele będzie jej bronić...

Zawsze zapewniacie mnie, że moda na skwarkowe opalanie dawno minęła i muszę się z tym zgodzić. Opaloną na ciemny mahoń cerę dawno przestaliśmy kojarzyć z wakacjami w tropikach, a stała się znakiem rozpoznawczym "Blachar" (o których ja wolę myśleć "Polskie Ganguro" :)), robotników czy osób, które nie nadążają za modą i jeszcze się nie zorientowały, że mania skwarkowania dawno przeminęła.

Ale w ostatnim artykule, w którym starałam się przedstawić dlaczego ze strategicznego punktu widzenia ma sens unikanie przyciemnienia skóry, wypłynął dość ciekawy trend w komentarzach. Pojawił się motyw, że przecież złota opalenizna to nic złego (problem w tym, że nieważne czy opalenizna jest złota czy miedziana - tak samo paraliżuje wytwarzanie witaminy D w miesiącach, gdzie słońca jest mniej). Z tego wynikało proste skojarzenie - złota opalenizna to naturalna konsekwencja tego, że ktoś grał w siatkówkę ze znajomymi, wyjechał na wycieczkę, chodził na grilla, itd. Słowem, że ta złota opalenizna to oznaka, że ktoś jest towarzyski, ma znajomych i okazję do wychodzenia z domu.

Zaczęło mnie to zastanawiać, bo - jakby nie patrzeć - jest to pewien stereotyp, który najprawdopodobniej leży gdzieś w podświadomym fundamencie frazy "zdrowa opalenizna" - zdrowa, bo będąca symbolem tego, że osoba, która ją posiada wychodzi z domu, ma siatkę znajomych, ma zasoby, by aktywnie organizować sobie czas. To nie jest coś, o czym myślimy świadomie. Mało kto będzie chodził się opalać z myślą "nie chcę, by otoczenie myślało, że jestem "no-lifem"", tak jak nikt nie kupuje markowej torebki myśląc "to po to, żeby wszyscy widzieli, jak dobrze mi się wiedzie". A jednak noszenie markowej torebki spotyka się z zainteresowaniem i aprobatą, tak jak opalenizna wzbudza ten właśnie pozytywny stosunek otoczenia. Kto nigdy nie był blady nie zrozumie, ile nacisku jest wywierane na osoby, które się nie opalają....

Gdy podzieliłam się z Wami tą myślą na Facebooku, wiele osób odpowiedziało, że to doszukiwanie się zbyt głębokich abstrakcyjnych związków, że opalenizna nic nie znaczy, że to tylko kwestia mody. Ale przecież mody się skądś biorą. Nie są wcale przypadkowym i nieznaczącym procesem. 

Dlaczego coś uznajemy za ładne/modne/godne pożądania? Co powoduje, że pewne rzeczy wypadają z łask, a inne są gloryfikowane? I czy umiemy myśleć i postrzegać w oderwaniu od tych idei? Gdzie jest tego początek?

Popatrzcie na modę: w latach powojennych dominowały dłuższe i pełne sukienki. Gdy nagle zniesiono reglamentację materiału, modnym było nosić "obfite" sylwetki w stylu klasycznego Dior'a. W latach 60-tych nagle dominowała chudziutka Twiggi, której chuda sylwetka szokowała w obliczu wspomnień powojennej biedy, odcinając się od lat, gdzie bycie krągłym oznaczało bycie zasobnym. Nagle możliwość pozwolenia sobie na chudość była nową oznaką "zasobności".


Lata 80-te to pokolenie yuppies - karierowiczów chcących się szybo dorobić, stojących w kontraście z beztroskimi hippisami. Preferencja zmieniła się na atletyczną, chudą sylwetkę, ubraną w sportowe buty i frotowe skarpetki. W odpowiedzi na jet-setterskie aspiracje yuppies, w latach 90-tych pojawiła się wychudzona Kate Moss, trend na "heroin chic" i gandż, będący odrzuceniem konsumeryzmu poprzednich lat. I tak się koło toczy...

To, co jest "modne", nie jest przypadkiem. Jest efektem głębszych procesów kulturowych. I to, jak myślimy o kolorze skóry, nie jest od tego uwolnione.

Skąd właściwie pomysł na przyciemnianie cery? Czy opalenizna nie była domeną chłopstwa, kiedy zaś arystokracja pozostała alabastrowa? Warto zauważyć, że poprzedni wiek to wiek urbanizacji - coraz więcej osób zaczęło przenosić się do miasta. Rewolucja przemysłowa to czas, gdzie zaczęły wybuchać wśród dzieci epidemie krzywicy. Lekarze na początku XX wieku skojarzyli ekspozycję na słońce z mniejszym prawdopodobieństwem krzywicy i pierwsze powiązanie słońca ze zdrowiem wkroczyło do społecznej świadomości.

Legenda głosi, że Coco Chanel zapoczątkowała wśród arystokracji modę na opaleniznę, ale myślę, że znaczenie miał też fakt, że po wojnie wyjazd na wakacje odróżniał klasę średnią od biednej. Wdzianie skąpego bikini i wylegiwanie się na plaży było czymś więcej niż tylko przyjemnością - było aktem partycypacji w przemianach kulturowych. Choć na chwilę obecną ciężko powiązać opaleniznę z pieniędzmi, mam wrażenie, że mocno wiążemy ją z wizją pewnego "stylu życia" - życia, w którym są grille ze znajomymi, wypady na grę w siatkówkę na boisku, wycieczki w góry czy do ciekawych miast. Nikt nie myśli o tym wprost: "będę miał super życie społeczne i się opalę, żeby wszyscy wiedzieli". Mam wrażenie, że opaleniznę traktujemy jako dowód, swego rodzaju świadectwo, że żyjemy pełnią życia. Nie chodzi wcale o demonstrowanie tego innym. Myślę, że te rzeczy mają znaczenie dla nas samych, nawet jeśli nie poddajemy ich głębszej, świadomej refleksji. Ozłocenie skóry to konsekwencja tego, co obecnie uznajemy za atrakcyjny styl życia.

W Azji działa to do złudzenia podobnie. Ludzie może chcą czegoś innego, ale ich motywacje są bliźniacze. Gdy w Singapurze widzi się kobietę o mlecznej cerze, łatwo założyć, że stać ją na dobre kosmetyki, wizyty u kosmetyczki, wycieczki do Europy, a nie pobliskiej, wiecznie słonecznej Tajlandii, że jeździ autem i nie stoi na przystanku co rano. Nikt nie patrzy na taką osobę z uproszczoną myślą "ale jest nadziana", tylko wzdycha "ta to ma fajne życie"... nawet jeśli go nie ma. Z polskiej perspektywy taki styl życia nie jest wcale atrakcyjny, ale w Singapurskiej ekonomii jest symbolem sukcesu i statusu.

W Indiach funkcjonuje skojarzenie, że osoba o jasnej cerze osiągnie sukces (świetny artykuł w temacie: http://masalaola.blogspot.sg/2013/09/fair-and-lovely.html ). Nie trzeba być znawcą kultury, by wydedukować, że jest to postkolonialny spadek, gdyż kiedyś to biali Brytyjczycy mieli zarezerwowane najlepsze pozycje w wojsku i biznesie. Pytałam o to moje bliskie indyjskie przyjaciółki i obie potwierdziły, że osoba o jasnej skórze osiągnie sukces - zarówno w pracy, jak i w dobrym małżeństwie. Jedna z moich koleżanek ma dość ciemną cerę i pomstowała, że odbiło się to na wysokości żądanego przez rodzinę męża posagu. Widząc osobę o jasnej cerze, w Indiach myśli się "ten to będzie mieć dobre i łatwe życie", nawet jeśli ta osoba takowego mieć nie będzie.

Czy w Polsce nie mamy podobnych skojarzeń? Gdy widzimy osobę muśniętą słońcem, czy nie mamy naturalnych skojarzeń, że to pewnie osoba spędzająca czas aktywnie wypoczywając, co automatycznie uznajmy za dobry pomysł? Lub że taka osoba jest choćby zadbana; w sensie, że zadała sobie trud "ozłocenia się"? Nie myślimy o tym zbyt głęboko, nie analizujemy swoich myśli i spostrzeżeń, nie pytamy siebie, dlaczego te rzeczy uznajmy za pozytywne. Dodatkowo sztab cioć i babć, wiecznie ganiących bladawców, nie powoduje, że czujemy się zachęceni do drążenia tematu.

A wydaje mi się, że warto drążyć.. Warto się zastanawiać. Warto powątpiewać. Te skróty myślowe, te normy i mody, które akceptujemy w swoim życiu, mają na nas ogromny wpływ. Na chwilę obecną szczupłość w połączeniu z atletyczną sylwetką kojarzona jest ze zdrowiem (nie wystarczy już być chudym, teraz chcemy być "fit"), opalenizna zaś z "życiem pełnią życia" (bo przecież nikt się nie ozłoci od siedzenia samotnie w domu... Co ciekawe, w Singapurze "życie pełnią życia" oznacza wydawanie sporych sum w restauracjach na spotkaniach ze znajomymi... co kraj to obyczaj ;p).

Ile jeszcze takich skojarzeń wkrada się do naszej świadomości? Jak bardzo pozwolimy im dyktować, jak mamy żyć?




wtorek, 8 lipca 2014

Pierwsze wrażenia na temat nowej serii Sailor Moon Crystal


Ostatnio wyszła nowa seria "Sailor Moon" i nie wiem na ile kto jest zainteresowany, ale pozwolę sobie zostawić drobną recenzję.

Dorastałam na odcinkach "Sailor Moon" i śmiało mogę powiedzieć, że miała ogromny wpływ na moje życie (jeśli ktoś przegapił filmik, to zapraszam do obejrzenia ;)). Kolekcjonowałam też tomy mangi prawie do samego końca i o ile uwielbiałam anime, manga nie robiła na mnie aż takiego wrażenia. W porównaniu do anime manga była dużo poważniejsza, nie miała lekkości ani gagów z anime. Bohaterki dorastały w mandze dużo szybciej i autorka nie bała się poruszać nawet bardzo dojrzałych tematów (np. specjalne opowiadanie o miłości Luny do człowieka, czy opowieść o relacji Rei z dojrzałym mężczyzną). 

Nowa seria anime ma nawiązywać bardziej do stylu i fabuły w oryginalnej mandze "Sailor Moon". Zaadoptowano więc delikatną kreskę Naoko Takeuchi oraz wydłużone proporcje ciała przez nią preferowane. Szczerze mówiąc, nie wiem na ile to dobry ruch, bo o ile w początkowych tomach mangi postacie są jedynie wydłużone, to w ostatnich tomach są do przesady rozciągnięte i naprawdę składają się w 3/4 z nóg. Pozostaje mieć nadzieję, że anime nie pójdzie za tą ewolucją.
*
*

Nowa "Sailor Moon Crystal" zachwyca dokładniejszym wykonaniem, głębszym cieniowaniem, ale od pierwszego momentu czuć, że nie będzie ani tak lekka, ani zabawna jak pierwsza seria anime.

Główna bohaterka, choć dalej jest płaczliwą gapą, nie wydaje się mieć tej samej optymistycznej pogody ducha i energii co protagonistka z dawnej serii. Choć jej interakcje i reakcje są bardziej "ludzkie", nowa Usagi nie ma tej samej charyzmy. Brakuje szybkości zmiany nastrojów i intensywności przeżywania emocji, za którą wszyscy tak lubiliśmy "Bunny". Nowa Usagi jest za to bardzo "wydelikacona", bardzo dziewczęca, gdzieś umknął element "girl power"... Wydaje się być bardzo jęczliwym (choć głos podkładany jest przez tą samą osobę, mam wrażenie, że ciężko jej wejść na niezbędne dla roli wysokie tony) i oderwanym od rzeczywistości stworzeniem.... 


Seria nie wydaje się być kierowana do młodej publiczności, wręcz jest ukłonem w stronę fanów, którzy już dawno wyrośli z oglądania animowanych seriali o magicznych wojowniczkach. Może właśnie przez to relacja głównej bohaterki i głównego męskiego bohatera jest rozegrana w całkowicie innym tonie, niż w oryginale, gdzie Usagi z jednej strony pogardzała Mamoru i nadmiernie idealizowała Tuxedo Mask. W mandze ich relacja ma bardziej typowy i szybki przebieg, a przez to zakładam, że seria jest kierowana do starszej publiczności, ich związek będzie pokazany bardziej realistycznie.

Co ciekawe, sporą ilość materiałów, reklamujących nową serię, oraz różnego rodzaju portfele, torebki i inne akcesoria, związane z serią, znalazłam w magazynie VIVI, który kierowany jest do kobiet pomiędzy 20-35 rokiem życia. Za to w kierowanym do nastolatek Popteen było tylko kilka drobnych wzmianek. Jak na razie mam wątpliwości, czy nowa Usagi umiałaby do siebie przekonać nową generację fanów...

Nie chcę mówić na razie, czy podoba mi się bardziej dawna czy nowa seria, bo widzieliśmy zaledwie jeden odcinek i to do tego dość ładnie wykonany (poza połamaną nogą Tuxedo Mask... serio, co się tam stało? xD). Z przyjemnością będę oglądać kolejne odcinki i wspominać czasy dzieciństwa :).

A co Wy myślicie o nowej serii? :D

Przedstawiane tutaj treści mają jedynie charakter informacyjny. Autor nie ponosi odpowiedzialności za działania czytelników, ani żadne konsekwencje wynikłe z zastosowania podanych tu pomysłów oraz technik. W razie wątpliwości skontaktuj się ze specjalistą.

Posty, które moga Cie zainteresowac

Related Posts with Thumbnails