niedziela, 13 maja 2012

Zakupy z Gmarket: It's Skin i Holika Holika

Stęskniłam się za koreańskimi kosmetykami, więc z braku możliwości pojechania na zakupy do Seulu, skusiłam się na zakupy na Gmarket.

Moje "łupy" ;)
  • 3 "wodne kremy" It's Skin - nawilżający  z fito-ekstraktami(niebieski), nadający blask z witaminą C (żółty) i uelastyczniający z kolagenem z żyjątek morskich (jasny brąz)
  • Maseczka na noc z miodem i czereśnią z Holika Holika
  • Rozjaśniacz pod oczy z It's Skin
  • Kredka-korektor z Holika Holika
  • Puder prasowany "rozświetlający" z Holika Holika
  • 3 kredki do oczu z HH z serii Jewel-light Waterproof Eyliner
  • "Berry Tint" z HH
  • Balsam do ust "Macaroon" o zapachu winogron z It's Skin
  • Holi-Holi Perfumed Tin o zapachu wanilia
  • Peeling do stóp oparty na kwasach (w tym wypadku obstawiam, że chodzi o kwas salicylowy)
  • Nawilżajaco ujędrniający "M.D. Forumla" krem/serum z It's Skin
  • Puder/rozświetlacz z kotem :3

Więcej produktów tych firm na Gmarket znajdziecie TU oraz TU.

W sumie jestem jak na razie zadowolona z zakupów, choć nie jest to do końca tak satysfakcjonujące jak zakupy "na żywo" w Korei... W koreańskich sklepach garściami ładują wam do zakupów różne próbki innych produktów, których niestety poskąpiono przy sprzedaży wysyłkowej.

Macie jakieś doświadczenia z kupowanie kosmetyków na Gmarket? :D

sobota, 12 maja 2012

Mini-seria: Azjatyckie porady dotyczące trądziku - cz. 3 z 3

Czas na kolejną poradę, którą często usłyszycie w Singapurze, przy okazji rozmów o trądziku. Obawiam się, że znowu niektórym się nie spodoba... ale cóż, pytacie, jakie są sposoby w Singapurze na radzenie sobie z trądzikiem, więc przekazuję Wam to, co się tutaj radzi....

Po Trzecie: chroń skórę filtrami i unikaj słońca.



To rada, która nie raz pojawiła się na tym blogu przy okazji innych tematów, ale powraca również przy okazji trądzika. W Singapurze mówi się, że słońce sprzyja trądzikowi na dwa sposoby. Po pierwsze, wysusza skórę z zewnątrz, zatykając ją w efekcie. Po drugie, pobudza gruczoły łojowe, co sprzyja powstawaniu cyst i nowych stanów zapalnych.

Wiem, że w Polsce często można usłyszeć radę, aby opalać trądzik, bo się go w ten sposób przesuszy. W Singapurze właśnie dlatego się nie zaleca opalania - aby nie przesuszyć cery, gdyż rozwiązanie problemu widzi się w przywróceniu skórze równowagi. Singapurki (i ogólnie Azjatki...) bardzo nie lubią suchego naskórka i ryzyka zapchania się cery, więc poza nawilżaniem stosuje się tutaj peelingi, nie raz zalecane wręcz do codziennego użycia.

Wiem też, że temat unikania słońca zawsze budzi wielkie kontrowersje, ze względu na temat potencjalnego braku witaminy D. Jednak na to mam tylko jedną odpowiedź - do dyspozycji mamy skórę na całym ciele, produkcja witaminy D nie jest zarezerwowana tylko i wyłącznie dla skóry twarzy. Nie zalecam też nikomu smarowania się super mocnymi filtrami od czubka głowy do samych pięt - jedynie chronienie tych części skóry, na których pojawiają się stany zapalne.

Poza wymienionymi trzema radami, usłyszeć też w Singapurze można, że aby pozbyć się trądzika należy spać 8 godzin dziennie i pić duuuuuużo wody, ale radę tego typu usłyszycie właściwie przy okazji jakiegokolwiek problemu ;)) - bólu głowy, nadwagi, wypadaniu włosów... I oczywiście - zawsze, ale to zawsze należy zmyć makijaż przed snem!

Mam nadzieję, że rady się Wam przydadzą :)

piątek, 11 maja 2012

Mini-seria: Azjatyckie porady dotyczące trądziku - cz. 2 z 3

Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami poradą, o której wiem, że wzbudzi ogromne kontrowersje i sprzeciw, ponieważ podważa pewien paradygmat, który choćby w Polsce wpaja się przez całe życie, głównie poprzez agresywne kampanie medialne.
W Singapurze jednak nie ma takiej nagonki a zarówno gazety i lekarze specjaliści będą Wam tą radę przekazywać. Ma ona nie tylko podstawy w Tradycyjnej Medycynie Chińskiej, ale również poparcie naukowe.

Jesteście gotowi?

A więc......


Po Drugie: Unikaj krowiego mleka i jego przetworów.

W Tradycyjnej Medycynie Chińskiej mleko postrzegane jest jako sprzyjające "rozgrzewaniu" (choć samo mleko jest na ogół postrzegane jako neutralne, produkty mleczne ze względu na cukier lub tłuszcz często są klasyfikowane jako "rozgrzewające"), co sprzyja zaognianiu się infekcji i ogólnemu "przegrzewaniu" ciała. Dlatego, nawet gdy zgłosimy się do lekarza ze zwykłym przeziębieniem czy zapaleniem gardła, powie on nam żeby kategorycznie unikać produktów mlecznych. To pierwsza i podstawowa rada, jakiej udzieli.

Jeśli "hokus-pokus" Medycyny Tradycyjnej do was nie przemawia, to jest cały ogrom artykułów łączących spożywanie mleka i jego przetworów z problemami skórnymi. Jakby nie patrzeć, mleko pochodzi od żywej istoty i jest zasadniczo przeznaczone dla cielaka, nie dla człowieka. O ile zawarte w nim hormony są małej krówce niezbędne, o tyle aktywne w organizmie człowieka nie są pożądane.

Nie mówię, że mleko jest złe i że koniecznie każdemu zaszkodzi. Problemy trądzikowe są jednak oznaką, że coś w organizmie nie działa do końca tak, jak powinno i warto rozejrzeć się za potencjalnymi przyczynami i alternatywami w żywieniu.

Zwłaszcza w Polsce istnieje ogromna nagonka, aby o mleku i jego przetworach nawet złego słowa nie powiedzieć, bo przecież to źródło wapnia. Niezaprzeczalnie jest to źródło wapnia, ale zadecydowanie nie jedyne. W Singapurze niektórzy nie spożywają mleka w ogóle i jest ono właściwie nie używane w codziennym jadłospisie kuchni lokalnej, a jakoś naród nie cierpi na masową osteoporozę. Dlaczego? Ponieważ mleko, choć jak najbardziej jest źródłem wapnia, to nie jest jednym takim źródłem, a tym bardziej niekoniecznie jest tym "najlepszym".

Singapurczycy dostarczają do swojej diety wapnia za pomocą ryb i innych owoców morza. Do każdego dania dostaniecie tutaj garść "ikan bilis", czyli suszonych maleńkich sardynek. Filiżanka takich rybek dostarcza 3 razy większą dawkę wapnia niż pełna szklanka mleka. Nie wspominając o kwasie omega, żelazie i witaminach z grupy B.



Jeśli komuś nie w smak konsumowanie rybek w całości (a ja na przykład nie jestem ich fanką), może zjeść krewetkę, albo inne stworzenie morskie ;).

Doskonałym źródłem wapnia są też ciemnozielone liściaste warzywa, których spożywanie ma cały szereg innych zdrowotnych korzyści. Jeśli naprawdę boicie się niedoborów wapnia, warto często podjadać jarmuż i  brokuły (szpinak niekoniecznie, ponieważ słabo jest absorbowany w organizmie). Można podjadać orzechy, migdały czy figi, popijać mleko sojowe, wymienić ziemniaki na fasolę, czy zjeść pomarańczę (2 dziennie dają właściwie minimalną niezbędną dawkę wapnia).

Dla miłośników azjatyckich smaków polecane są "nori", czyli suszone japońskie algi (swoją drogą, to właśnie ich używa się często do "fortyfikowania" wapniem nie-mlecznych produktów).



Jeśli męczą Was przewlekłe problemy trądzikowe, spróbujcie odstawić mleko i jego przetwory (jogurty, serki, lody, czekoladę, itp) na miesiąc i sprawdźcie sami. Jeśli dodacie do swojej diety wymienione wyżej produkty, na pewno nie ucierpicie z powodu niedoboru wapnia a stan Waszej cery może się poprawić.

Do prawdziwości tej teorii przekonuje mnie również fakt, że sama zaobserwowałam na sobie, że jeśli 3 dni z rzędu zdarzy mi się zjeść coś mlecznego, to na bank zrobi mi się pod skórą nieprzyjemny pryszcz, który potem goi się tygodniami.

Wiem, że pomysł odstawienia mleka może się wydawać w Polsce kontrowersyjny, gdy wszyscy trąbią o jego zaletach, a marketing edukuje nas, że właściwie to od 6 miesiąca życia powinno się codziennie wcinać serki, jogurty i produkty mleczne (a rodzic, który odmówi dziecku takowego nie dba o dobro swojej pociechy...). Ale w Azji, gdzie rynek mleczny nie radzi sobie tak doskonale, podejście do mleka jest dużo bardziej stonowane. O powiązaniach mleka z trądzikiem powiedzą Wam nawet lekarze medycyny konwencjonalnej - ludzie, którzy jakby na to nie patrzeć, powinni się na temacie znać.

Zapraszam jutro na ostatnią odsłonę tej mini-serii :)

czwartek, 10 maja 2012

Mini-seria: Azjatyckie porady dotyczące trądziku - cz.1 z 3

Trądzik to temat, którego do tej pory unikałam, ale prosicie o jakieś informacje na ten temat naprawdę często. A unikam ponieważ: 

- Sama nigdy nie musiałam się mierzyć na poważnie z problemami skórnymi tego typu. 
- Wbrew częstym sugestiom, Singapurczycy wcale jakoś szczególnie dobrze z trądzikiem sobie nie radzą. Na 5 osób, 1-2 będą miały trądzik, albo głębokie blizny po trądziku. Niestety, w gorącym i wilgotnym Singapurze, leczenie problemów skórnych jest o wiele trudniejsze niż w Europie, więc większość osób udaje się po prostu do lekarza i albo leczy trądzik farmakologicznie, albo zabiegami laserowymi.
- W żadnym wypadku nie jestem znawcą tematu, dlatego wybaczcie, jeśli nie wnikam w temat zbyt głęboko.

Są jednak pewne rady i zalecenia, które można znaleźć w lokalnych gazetach lub usłyszeć od znajomych. Chciałabym się nimi z Wami podzielić i może akurat Wam się przydadzą :).

Ale od razu uprzedzam - wkroczymy na tereny kontrowersyjne, więc zachowanie otwartego umysłu to podstawa ;).

Po pierwsze: Dodaj do swojej diety ANANASA :)



Może brzmi to banalnie, ale ananas cieszy się w Singapurze dużym poważaniem. Z punktu widzenia medycyny chińskiej, ananas pomaga usunąć z organizmu "przegrzanie", czyli stan gdzie nasz zbyt pobudzony organizm i gruczoły szaleją, przyczyniając się do zaogniania stanów zapalnych. Dodatkowymi oznakami "przegrzania" mogą być: uczucie gorąca, pocenie się, uczucie nerwowości, czy problemy ze snem.

Jeśli paradygmaty medycyny tradycyjnej Was nie przekonują, to zawsze pod uwagę można wziąć bardziej "naukowe" zalety ananasa ;). Zawiera miedzy innymi siarkę, która działa odkażająco i kojąco. Ananas to również jedyne naturalne źródło bromeliny - rzadkiego enzymu, który pomaga zwalczać stany zapalne. Ananas bogaty jest też w błonnik, który usprawnia pracę układu pokarmowego - w Singapurze często podkreśla się, że zaparcia i powolna praca jelit sprzyjają rozregulowywaniu organizmu i powstawaniu wyprysków.

Jeśli macie dostęp do świeżych ananasów, to polecam choćby niewielką dawkę codziennie. Albo na surowo, albo w formie soku (można zmiksować z innymi owocami i lodem), albo nawet papkę lub sok z ananasa nałożyć bezpośrednio na problemowe miejsca.

Jeśli jednak nie macie dostępu do świeżych ananasów, to raczej nie polecałabym sięgania po puszkowane... Ilość cukru, w jakim są konserwowane, nie tylko anulowałaby efekt usuwania "przegrzania", ale wręcz mogłaby je zwiększać! Jeśli zależy Wam na efekcie przeciwzapalnym, to alternatywą jest zażywanie tabletek z siarką, albo dodanie do swej diety czosnku. Według lokalnych wierzeń, czosnek "oczyszcza krew", ale to pewnie po prostu zasługa zawartej w nim siarki ;). Ale trzeba czosnek jeść z umiarem, ponieważ może "rozgrzewać" organizm. Zaś jeśli chodzi o substytut do ananasowego błonnika, pozytywny wpływ na pracę układu pokarmowego będą mieć śliwki, banany i kiwi.

Jako ciekawostkę mogę wspomnieć, że zgodnie z lokalnym folklorem, kobiety w ciąży powinny unikać ananasa. Odniesienie do tego tematu można naleźć w książce Marcina Bruczkowskiego "Singapur, czwarta rano" oraz w singapurskim hicie filmowym sprzed paru lat "I Not Stupid Too".

Zapraszam jutro na kolejny wpis z tej mini-serii.

sobota, 28 kwietnia 2012

Dlaczego SPF nie wystarczy, czyli jak opóźnić starzenie cery o 90%?

Wszyscy wiemy, że słońce i skóra to niekoniecznie najlepsi przyjaciele. Na szczęście moda na skwarkowe opalanie mija i co raz więcej dziewczyn sięga po filtry przez cały rok... Ale czy sam filtr wystarczy?

Na wstępnie chciałabym zaznaczyć, że nie jestem specjalistą w dziedzinie słońca, fizyki, promieni czy filtrów... Ale będąc kiedyś na interesującym spotkaniu z przedstawicielami pewnej firmy kosmetycznej nasłuchałam się wielu ciekawych rzeczy o słońcu i jego działaniu na naszą cerę i dzisiaj chciałabym się jedną z najbardziej interesujących informacji z Wami podzielić :3.


Słońce działa na nas dwoma rodzajami promieni: UVA i UVB. Te drugie odpowiadają za nadanie naszej skórze brązowego wyglądu. UVB jest też głównym czynnikiem zwiększającym szanse na raka skóry, więc unikanie UVB jest wskazane głównie ze względu na ryzyko zachorowania (UVB uszkadza DNA w komórkach skóry... nawet w małych ilościach! Dlatego nie ma czegoś takiego jak "opalanie dla zdrowia"). Poza tym UVB sprzyja tworzeniu pigmentacji i uporczywych plam na twarzy.

Na UVB mamy SPF i większość kremów na dzień będzie mieć SPF rzędu 15-25, który wystarczy, aby zabezpieczyć skórę przed podrażnieniem czy oparzeniem, jeśli w ciągu dnia zdarzy nam się nagle przebywać zbyt długo na słońcu.

Ale... choć UVB nie jest dobre dla skóry, ponieważ zwiększa ryzyko raka, jak i powstania nieestetycznych pigmentacji (na których pozbycie się nasze ciało może potrzebować 5-7 lat!) to nie UVB odpowiada za dramatyczne przyspieszanie procesów starzenia. Prawdziwym "sprawcą" problemów są tak naprawdę promienie UVA!
 Biedna Lindsay nie czyta Azjatyckiego Cukru ;(

UVA penetruje naszą skórę i działa bezpośrednio na zawarty w niej kolagen oraz elastynę, rozkładając je i doprowadzając do ich zanikania. UVA działa "podstępnie", ponieważ niszczy skórę od środka, więc efektów degradacji skóry długo nie widać. Ale kiedy już widać i skóra nagle się "sypie" to nie ma już odwrotu. Już kiedyś na blogu wspominałam o wynikach badań, które dowodzą, że nawet do 90% procesów starzenia może pochodzić właśnie od ekspozycji skóry na promienie słoneczne.

Filtr przeciwdziałający promieniom UVA jest oznaczany jako "PA" i występuje w trzech odmianach: "+", "++" i najmocniejszej "+++", choć widziałam już kremy deklarujące "++++". Problem z filtrem PA jest taki, że niestety nie ma jeszcze ogólnoświatowego standardu, opisującego oznaczenia, a także co kosmetyk musi zawierać, aby na owo oznaczanie zasłużyć.

W Singapurze większość kremów przeciwsłonecznych do twarzy zawiera kombinację filtrów SPF i PA, ale z tego co mi wiadomo, w Polsce wiedza i rozpowszechnienie filtru PA dopiero raczkuje. Czasami zastanawia mnie, na ile nie ma w tym przypadkiem premedytacji firm produkujących kosmetyki... Ile pieniążków by stracili, gdyby klientki zamiast leczyć objawy starzenia ciężkimi kremami, nagle zaczęłyby zapobiegać problemowi? ;)

Jeśli zależy Wam na zachowaniu młodo wyglądającej twarzy i sprężystej cery, potraktujcie temat filtrów poważnie. BARDZO poważnie. Azjatki nakładają kremy przeciwsłoneczne z religijną wręcz systematycznością. Mamy smarują nimi dzieci, nastolatki sięgają po kremy przeciwsłoneczny nawet jeśli nie używają żadnych innych kosmetyków. Nawet panowie nie gardzą ochroną przed słońcem. Gdybym miała wskazać jedną rzecz, dzięki której Azjaci zachowują młody wygląd na długo, to powiedziałabym, że jest to właśnie kultura nie-lubienia słońca. Azjaci praktycznie wyeliminowali ze swojego życia PRZYCZYNĘ większości procesów starzenia. Należy pamiętać, że gdy na skórze pojawiają się pierwsze widoczne efekty działania słońca, może być już zbyt późno na zahamowanie niszczących efektów jego działania.

Wiem, że temat unikania słońca budzi ogromną kontrowersję ze względu na wręcz paranoiczny lęk zasiany w naszych umysłach, o potencjalnym braku witaminy D. Ale jakby na to nie patrzeć, skóra jest największym organem naszego ciała. Czy naprawdę jest absolutnie koniecznym, aby witaminę D produkować poprzez prażenie skóry na twarzy? Skóry, która akurat w tym miejscu jest bardzo delikatna, narażona na ciągłe naciąganie i stres, a jednocześnie będącą naszym najbardziej reprezentatywnym kawałkiem ciała, którego nijak nie da się ukryć? ;P

Chyba bym wolała poświęcić łydkę czy przedramię na pastwę procesów starzenia, jeśli naprawdę bałabym się o braki witaminy D, niż śpieszyła się do poświęcania twarzy ;). Młoda i świeżo wyglądająca twarz zawsze będzie zbierać komplementy i robić dobre ważnienie... Wierzcie mi, nikt nie doceni Waszej 40 letniej twarzy komplementem "ach, na pewno nie masz braków witaminy D" ;)).

Dlatego dziewczyny, tego lata poza SPF przynajmniej 50 polecam rozejrzeć się za czymś z wysokim filtrem PA jednocześnie! To inwestycja, której efektów nie dostrzeżecie w krótkim terminie, ale w dłuższym okresie nie pożałujecie!

środa, 25 kwietnia 2012

KL po raz kolejny :)

Pewnie zauważyliście, że w tym miesiącu nie mam zbyt wiele czasu na tworzenie nowych wpisów, ani nagrywanie filmików... Niestety na dokładkę ogromnych ilości pracy dołożyło się przeziębienie. Wbrew pozorom bardzo ciężko doleczyć nawet niewielki ból gardła w kraju tropikalnym, i nawet najmniejsze przeziębienie ciągnie się tygodniami, jeśli nie ma się czasu porządnie wypocząć.

Ale w tym wszystkim są i pozytywne momenty - jak choćby delegacja do Kuala Lumpur (zwanego tutaj po prostu KL :)). Miałam okazję spędzić trochę czasu z moją malezyjską drużyną - cudownymi, pełnymi energii kobietami, z którymi pracuję na co dzień :).

Poza godzinami spotkań, pracy i szkoleń było też kilka pozytywnych momentów - buszowanie po przepięknie urządzonej loży dla VIPów (moja firma zajmuje się sprzedażą marek jak Prada, Dior, itp.  w formie zamkniętych sprzedaży), kolacja i lunch, noc w całkiem przyjemnym hotelu....

Kilka zdjątek:
 Przygotowanie do spotkania.
 Szefowa biura z Brunei przywiozła nam zrobione przez siebie ciasto :D
 Kolacja.
 Smażone kway teow z wołowiną - mniam!
 Herbata z żeń-szenia i inne ziołowe napoje...

 Gdzieś w okolicach Bangsar Village
 Centrum handlowe...
 .. nietypowo udekorowane.

 W kolejce po lunch.

 Lunch podany na liściu bananowca :D Pyyyyyyyyszny!
 Loża dla VIPów. Można sobie kupić coś ładnego.
 Ktoś lubi Burberry?
 Prada.. Może kiedyś ;), ale chyba zostanę przy mojej nylonowej wersji.

Mam nadzieję, że czeka mnie więcej wyjazdów do KL :) Naprawdę lubię to miasto... Ma genialny klimat :).

sobota, 14 kwietnia 2012

Kosmetyk, który się kocha i nienawidzi... czyli recenzja Bio-Essence "Inchloss"

Dzisiaj czas na recenzję, którą obiecałam Wam baaaardzo dawno temu. Dlaczego zwlekałam? Ponieważ kosmetyk, o który chodzi, jest dostępny na Azjatyckim Bazarze i czasami, kiedy zrobię recenzję jakiegoś kosmetyku, niektórym wydaje się, że zachwalam dlatego, że jest na Bazarze. Kochani, na Bazarze są kosmetyki, które testowałam na sobie i które mi się spodobały, i w które prawdziwie wierzę, nie na odwrót ;).

W każdym razie, czas na recenzję Bio-Essence "Inchloss", kremu drastycznie ujędrniającego, którego można używać do odchudzania kłopotliwych lub "upartych" miejsc.





Jak większość kobiet, borykam się z wagą, ale nie jestem fanką wyglądania jak szkielet. Choć zalewacie mnie komplementami, kiedy moja waga schodzi do niebezpiecznie niskich numerów, ja wolę siebie w bardziej unormowanym przedziale. Ale.. niestety jest pewne ale. Moim problemem przez długi czas były uda całkowicie odporne na wszelkie zmiany wagi całego ciała.

Każdy ma takie miejsce na ciele - ramiona, uda, albo i podbródek, które nie zmieniają swojej masy, niezależnie ile schudniemy. Dla mnie takim regionem ciała były uda i było to niesamowicie kłopotliwe. Obojętnie jak bardzo chuda była moja sylwetka, moje uda traciły może 2cm... Dochodziło do sytuacji, gdzie kupowałam bluzki w rozmiarze 36, a spodnie 42, aby móc przepchać przez nogawki moje masywne uda... Oczywiście talia w takich ciuchach była za duża, i zebrana paskiem wyglądała jak pielucha :P Noszenie spódnic też dobrym pomysłem nie było, ponieważ uda o siebie ocierały...

Próbowałam w Polsce wielu kremów odchudzających, peelingów kawowych, wizyt na siłowni (które tylko sytuacje pogarszały, gdyż moje mięśnie tylko jeszcze bardziej poszerzały moje nogi) i chyba nie wierzyłam, że da się coś zdziałać. Krem Inchloss kupiłam bardziej z ciekawości, niż z wiary, że da radę, ale firma Bio-Essence jak zawsze nie zawiodła i pod kilkunastu tygodniach udało mi się stracić wystarczająco obwodu z ud, aby czuć się komfortowo i efekt okazał się w miarę trwały. W sumie zeszłam z 55cm obwodu (o zgrozo!) do 51-52cm, co wydaje mi się bardziej dopasowane do mojej sylwetki. Do tego wyniku schodziłam kilkanaście tygodni, bo nie jestem wstanie używać kremu dłużej niż kilka dni... ponieważ...

... ten krem to najbardziej bolesny kosmetyk z jakim zdarzyło mi się zetknąć! Pali żywym ogniem, który jest niesamowicie nieprzyjemny! Co najdziwniejsze, tego kremu nie da się zmyć, ani zetrzeć. Zaraz po nałożeniu wnika w skórę zaczyna się "palenie", które może pojawiać się po jednej aplikacji i trwać ponad 2 dni.

Zaraz po nałożeniu nie czuje się nic, co zachęca do nakładania kolejnej warstwy kremu. Po kilku minutach pojawia się lodowate mrowienie, a potem uderza nas fala ognia. Jest to uczucie tak intensywne, że czasami nie da się usiedzieć. Potrafi w nocy obudzić! Na szczęście trwa tylko koło 10 minut, po czym przechodzi, aby powrócić po około 20 minutach, na kolejną sesję palenia.

Dla mnie największym problemem jest "przyczepność" tego kremu. Po nałożeniu rano i całym dniu wielokrotnego mycia rąk i tak przy wieczornym ściąganiu soczewek, nie raz zdarzyło mi się podrażnić oczy resztkami kremu, który pozostał na moich palcach po porannym użyciu. Nie wiem, jakim cudem to draństwo jest tak trwałe!

Ale, mimo tego, jest to jedyny kosmetyk tego typu, o którym mogę powiedzieć, że na mnie działa i choć samo używanie jest mega nieprzyjemne, to jednak efekty widać już po kilku dniach, a uporczywe fałdki maleją, skóra jest przyjemnie napięta, cellulit mniej widoczny. Krem najgorzej piecze na udach, ale jest całkiem znośny na brzuchu czy ramionach.

Dlaczego działa? Jak działa? Jak większość kremów ujędrniająco-odchudzających oparty jest na kofeinie, która zmienia metabolizm komórek tłuszczowych z "magazynowania" na "spalanie". Ale większość kremów nie ma tego, co ma Inchloss - specjalnego płynu amino-mineralnego, który potrafi niezbędnym składnikom pomóc wniknąć w głąb skóry. Ten płyn występuje w wielu produktach Bio-Essence i naprawdę potrafi zmienić percepcję tego, jak powinny działać kosmetyki ;).

Poza kofeiną i owym specjalnym płynem mineralnym, w Inchloss znajdziemy również wyciąg z papryki (którą podejrzewam za sprawcę uczucia palenia), ananasa, imbiru oraz żeń-szenia.

Czy polecam? Zdecydowanie! Zwłaszcza osobom, które są na diecie, ćwiczą, itp. i po prostu potrzebują sposobu na powiedzenie swojemu ciału gdzie tłuszcz ma znikać. Ale trzeba być gotowym na ból, zaczerwienienia i podrażnienia skóry, ataki "palenia" ;P To jeden z tych kosmetyków, które się kocha i nienawidzi za razem ;).

To tyle, jeśli chodzi o moją małą recenzję. Możecie też zajrzeć na recenzje innych:

PS. Co do pytań, czy ten krem nadaje się do twarzy... nie, zdecydowanie nie! Jest zbyt mocny! Jeśli interesuje was odchudzenie twarzy, polecam inne produkty Bio-Essence, jak choćby ich krem z ATP lub z pyłkiem sosny.

Posty, które moga Cie zainteresowac

Related Posts with Thumbnails